Niedziela, 8 maja 2016
Kategoria > 50 km, do czytania
Odwiedzić Gassy
Swego czasu tak o tym miejscu pisał nieodżałowany, nieaktywny od dawna BestiaHeniu:
To tutaj spotkasz Cervelo P5, a Pinarello i Bianchi to codzienność. Jeśli nie potrafisz utrzymać 40km/h na całym segmencie to nie masz co się tam pokazywać. Gassy - mekka kolarstwa. To właśnie tu wszyscy warszawscy kolarze spotykają się na swoje codzienne rundy. Często zerkaj za swoje ramie, bo akurat może Cię potrącić peleton Ośki Warszawa, czy innego Żolibera.
Sparaliżowany strachem pojawiłem się tam również i ja. I co zobaczyłem? Gładki asfalt, jakieś pola, Wał Zawadowski. Żadnej magii. Równie dobrze można jeździć po Okuniewie, czy innym Raszynie.
A jednak Gassy to co innego. Nikt nie wie dlaczego, spotyka się tutaj cała kolarska śmietanka. Można poznać mnóstwo kolarskich znajomych. Można się dowiedzieć też jak łatwo jest zerwać Cię z koła.
Są wpisy, które mnie potrafią zaciekawić, a ten - mimo że napisany tak dawno - gdzieś huczał w mej głowie. Po tych okolicach zdarzyło mi się jechać, ale do samych Gassów jakoś nigdy. Miejsce, w którym spotykają się "wszyscy warszawscy kolarze", na które #szosowawarszawa z Wykopu ustawia się wieczorami - to mogło być coś ciekawego. A jako że Hipcia musiała zostać w domu, to mogłem sobie pozwolić na taką wycieczkę - gdybyśmy mieli jechać razem, to na pewno nie pchalibyśmy się takiego kawału przez miasto.
Przeleciałem do Wilanowskiej nawet sprawnie, później, aż do Przyczółkowej DDR-kami, zastanawiając się, czy ta po południowej stronie Wilanowskiej nie jest czasem wyasfaltowana (bo po stronie północnej - już za Sobieskiego - mieszka sobie kostka). Na fragmencie drogi "technicznej" wzdłuż Przyczółkowej kupa ludzi, dwie wielkie, mijające się Masy Krytyczne.
Po chwili już jestem po drugiej stronie i zbliżam się do Wisły. No ale... gdzie ci kolarze? Młodzież na góralach: jest. MTB-owcy: są. Rodziny z dziećmi: a jakże. Przyczepki rowerowe: ależ owszem. Całokształtu dopełniły babcie w kapeluszach i dziadkowie, z rozwianymi koszulami prezentującymi pokaźne brzuchy. Ale kolarzy ni ma.
W końcu pojawiło się kilku. Pojedynczy, czasami parami. No cóż, chyba nie trafiłem w godzinę, bo trochę wieje pustkami.
Spodziewałem się jednak sporo lepszych asfaltów. Wcześniej trafiały się nierówności, fragment długiej prostej na Obory był połatany, a później przeszedł w zwykłe, betonowe płyty zalane asfaltem. Tym akurat, szczerze mówiąc, zawiodłem się nieco, bo spodziewałem się, że będą tu asfalty gładkie, jak łysina błyszcząca w świetle księżyca.
Przeleciałem w kierunku Konstancina, bezlitośnie wygrywając walkę na podjeździe z babcią na mieszczuchu. Powrót przez Piaseczno, gdzie przetestowałem znaną mi DDR-kę i kolejną, nieznaną, już w Warszawie (miała 300 m długości i kończyła się trawnikiem).
No i o. Może jeszcze zawinę w te strony, bo trochę dróżek zostało nieodwiedzonych. No i może w końcu trafię na te peletony lecące 40 km/h.
To tutaj spotkasz Cervelo P5, a Pinarello i Bianchi to codzienność. Jeśli nie potrafisz utrzymać 40km/h na całym segmencie to nie masz co się tam pokazywać. Gassy - mekka kolarstwa. To właśnie tu wszyscy warszawscy kolarze spotykają się na swoje codzienne rundy. Często zerkaj za swoje ramie, bo akurat może Cię potrącić peleton Ośki Warszawa, czy innego Żolibera.
Sparaliżowany strachem pojawiłem się tam również i ja. I co zobaczyłem? Gładki asfalt, jakieś pola, Wał Zawadowski. Żadnej magii. Równie dobrze można jeździć po Okuniewie, czy innym Raszynie.
A jednak Gassy to co innego. Nikt nie wie dlaczego, spotyka się tutaj cała kolarska śmietanka. Można poznać mnóstwo kolarskich znajomych. Można się dowiedzieć też jak łatwo jest zerwać Cię z koła.
Są wpisy, które mnie potrafią zaciekawić, a ten - mimo że napisany tak dawno - gdzieś huczał w mej głowie. Po tych okolicach zdarzyło mi się jechać, ale do samych Gassów jakoś nigdy. Miejsce, w którym spotykają się "wszyscy warszawscy kolarze", na które #szosowawarszawa z Wykopu ustawia się wieczorami - to mogło być coś ciekawego. A jako że Hipcia musiała zostać w domu, to mogłem sobie pozwolić na taką wycieczkę - gdybyśmy mieli jechać razem, to na pewno nie pchalibyśmy się takiego kawału przez miasto.
Przeleciałem do Wilanowskiej nawet sprawnie, później, aż do Przyczółkowej DDR-kami, zastanawiając się, czy ta po południowej stronie Wilanowskiej nie jest czasem wyasfaltowana (bo po stronie północnej - już za Sobieskiego - mieszka sobie kostka). Na fragmencie drogi "technicznej" wzdłuż Przyczółkowej kupa ludzi, dwie wielkie, mijające się Masy Krytyczne.
Po chwili już jestem po drugiej stronie i zbliżam się do Wisły. No ale... gdzie ci kolarze? Młodzież na góralach: jest. MTB-owcy: są. Rodziny z dziećmi: a jakże. Przyczepki rowerowe: ależ owszem. Całokształtu dopełniły babcie w kapeluszach i dziadkowie, z rozwianymi koszulami prezentującymi pokaźne brzuchy. Ale kolarzy ni ma.
W końcu pojawiło się kilku. Pojedynczy, czasami parami. No cóż, chyba nie trafiłem w godzinę, bo trochę wieje pustkami.
Spodziewałem się jednak sporo lepszych asfaltów. Wcześniej trafiały się nierówności, fragment długiej prostej na Obory był połatany, a później przeszedł w zwykłe, betonowe płyty zalane asfaltem. Tym akurat, szczerze mówiąc, zawiodłem się nieco, bo spodziewałem się, że będą tu asfalty gładkie, jak łysina błyszcząca w świetle księżyca.
Przeleciałem w kierunku Konstancina, bezlitośnie wygrywając walkę na podjeździe z babcią na mieszczuchu. Powrót przez Piaseczno, gdzie przetestowałem znaną mi DDR-kę i kolejną, nieznaną, już w Warszawie (miała 300 m długości i kończyła się trawnikiem).
No i o. Może jeszcze zawinę w te strony, bo trochę dróżek zostało nieodwiedzonych. No i może w końcu trafię na te peletony lecące 40 km/h.
- DST 71.69km
- Czas 02:24
- VAVG 29.87km/h
- Sprzęt Stefan
Komentarze
Myślę Hipku, że już zrozumiałeś. Liznąłeś ledwie Gassy, stąd Twoje rozczarowanie.
yurek55 - 17:53 wtorek, 10 maja 2016 | linkuj
Niby w Gassach byłeś, ale tak naprawdę tylko drogę dojazdową zaliczyłeś ;).
"Prawdziwe" Gassy - to wzdłuż wału, a dalej na Cieciszew i Dębówkę wilk - 12:37 wtorek, 10 maja 2016 | linkuj
"Prawdziwe" Gassy - to wzdłuż wału, a dalej na Cieciszew i Dębówkę wilk - 12:37 wtorek, 10 maja 2016 | linkuj
Jedyne z czym kojarzyły mi się Gassy to relacje Jurka i prom tamże. W jak wielkiej nieświadomości żyłem! ;)
michuss - 10:02 wtorek, 10 maja 2016 | linkuj
W sobotę i niedzielę przy dobrej pogodzie to tam królują "niedzielni" z Konstancina, a nie "kolarska śmietanka".
Tą "śmietankę" chyba łatwiej zauważyć dalej pomiędzy Dębówką a Górą Kalwarią.
Najlepszy, bo najnowszy asfalt jest na drodze wzdłuż Wału przeciwpowodziowego od Gassów do Kępy Okrzewskiej. oelka - 15:43 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Tą "śmietankę" chyba łatwiej zauważyć dalej pomiędzy Dębówką a Górą Kalwarią.
Najlepszy, bo najnowszy asfalt jest na drodze wzdłuż Wału przeciwpowodziowego od Gassów do Kępy Okrzewskiej. oelka - 15:43 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Raz pojechałeś i już byś chciał zobaczyć i doświadczyć tego wszystkiego co jest solą Gassów. Zostań stałym bywalcem tych tras, a zaręczam, że poczujesz magię tego miejsca i jego niepowtarzalny klimat. I spotkasz Cie to wszystko, co tak poetycko bestiaheniu opisał.
PS. pochwal się czasami na tamtejszych segmentach yurek55 - 13:44 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
PS. pochwal się czasami na tamtejszych segmentach yurek55 - 13:44 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Nauczyłem się kiedyś czytać, to czasem czytam, żeby nie wyjść z wprawy.
Takie krótkie formy o niczym są do tego idealne. Nie muszę rozumieć. Niewe - 11:38 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Takie krótkie formy o niczym są do tego idealne. Nie muszę rozumieć. Niewe - 11:38 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Do tego trzeba by mieć jakieś odpowiednie ubranie. Jak pojadę w tym, w czym jeżdżę na co dzień, do tego w moich wyjazdowych górskich glanach to mnie nie wpuszczą na kofibrejka, ewentualnie wezmą mnie za obsługę, która dba o czystość. W takiej sytuacji to rzeczywiście "robienie segmentów" miałoby sens. O ile teren jest podzielony na rzeczone segmenty.
garmin - 11:32 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Ja tamtędy jeżdżę na zdezelowanym góralu jak mnie najdzie ochota na żurek w przydrożnym barze w Górze Kalwarii. Wracam zwykle już po "właściwej stronie" Wisły.
garmin - 11:11 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
nie chcę być złośliwy (ponad miarę), ale... może za wolno jechałeś? :P
Dzięks za wyjaśnienie, teraz już wiem, czemu Tomek tam koksuje :D elizium - 09:26 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Dzięks za wyjaśnienie, teraz już wiem, czemu Tomek tam koksuje :D elizium - 09:26 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Widać to była pora na kofibrejk w Veloarcie koniecznie w żółtych skarach i z podwiniętym daszkiem :)
Nie znasz się ;) Niewe - 08:40 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Nie znasz się ;) Niewe - 08:40 poniedziałek, 9 maja 2016 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!