Wpisy archiwalne w kategorii
transport
| Dystans całkowity: | 47847.78 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 2254:03 |
| Średnia prędkość: | 21.21 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 60.42 km/h |
| Suma podjazdów: | 704 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (98 %) |
| Maks. tętno średnie: | 152 (78 %) |
| Suma kalorii: | 6134 kcal |
| Liczba aktywności: | 2279 |
| Średnio na aktywność: | 21.00 km i 0h 59m |
| Więcej statystyk | |
Poniedziałek, 13 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Miało nie być nic ciekawego
W niedzielę zakładałem, że przynajmniej poniedziałkowy wpis pójdzie szybko, bo zwykle w poniedziałki można napisać, że "jechałem". Wiedziałem co prawda, że Hipcia zapewne nie pojedzie ze mną, bo musiałem być w pracy wcześniej, ale to miała być jedyna zmiana w stosunku do innych poniedziałków. Tymczasem...
Pierwsza zmiana: wychodzę, a na zewnątrz prószy śnieg - znaczy - sympatycznie. Zaczyna się robić mokro na jezdni, temperatura się odrobinę podniosła, może i dobrze, bo już mam dość tych mrozów, jak chyba większość mroźnych rowerzystów - nie ze względu na temperaturę, ale na ubieranie tego wszystkiego na siebie. Jechałem sobie radośnie z wiatrem w plecy i chyba było mi za dobrze, bo na skrzyżowaniu z Połczyńską, przy lewoskręcie, ktoś w czarnej Toyocie postanowił spróbować się do mnie przytulić - zobaczyłem zbliżający się łukiem bok samochodu, na tyle blisko, że mógłbym go dotknąć. To dotknąłem - jechał wolno, więc przycelowałem ręką w lusterko, ale zdążył już odjechać, więc uderzyłem tylko palcami. Chciałem go pogonić, ale dwa razy z rzędu dostał zielone światło i straciłem szanse.
Z kolei na pocieszenie dostałem moje ulubione skrzyżowanie Kasprzaka z Prymasa, a raczej dojazd do niego od strony Elekcyjnej. Tym razem korek zaczynał się tuż przy Elekcyjnej, więc mogłem przez długi czas cieszyć się kosztem wszystkich smutnych pysków płacących za paliwo spalane na postoju. I znowu - za bardzo się nacieszyłem, gdy dojechałem do zejścia po schodach pod Rondem Zesłańców, na pierwszym schodku o mało co nie wywinąłem orła. Schodziłem tamtędy dokładnie cztery tysiące osiemset dwadzieścia trzy razy, a akurat dzisiaj bym się koncertowo wziął i wyjebał.
Do roboty dojechałem już na szczęście bez kolejnych przygód.
Weekend uznaję za zamknięty, zgodnie z tradycją: w sobotę rowerowanie, w niedzielę - regeneracja: w końcu jesteśmy Poważnymi Sportowcami, w niedzielę poszliśmy znowu na ściankę, tym razem na cztery godziny (buty do wspinaczki naprawdę robią różnicę) i stwierdziliśmy, że nie ma się co katować na rowerze (zresztą szlag człowieka trafiał na myśl o ubieraniu się na tenże), lepiej zregenerować ciało i ducha przy użyciu między innymi piwa.
Pierwsza zmiana: wychodzę, a na zewnątrz prószy śnieg - znaczy - sympatycznie. Zaczyna się robić mokro na jezdni, temperatura się odrobinę podniosła, może i dobrze, bo już mam dość tych mrozów, jak chyba większość mroźnych rowerzystów - nie ze względu na temperaturę, ale na ubieranie tego wszystkiego na siebie. Jechałem sobie radośnie z wiatrem w plecy i chyba było mi za dobrze, bo na skrzyżowaniu z Połczyńską, przy lewoskręcie, ktoś w czarnej Toyocie postanowił spróbować się do mnie przytulić - zobaczyłem zbliżający się łukiem bok samochodu, na tyle blisko, że mógłbym go dotknąć. To dotknąłem - jechał wolno, więc przycelowałem ręką w lusterko, ale zdążył już odjechać, więc uderzyłem tylko palcami. Chciałem go pogonić, ale dwa razy z rzędu dostał zielone światło i straciłem szanse.
Z kolei na pocieszenie dostałem moje ulubione skrzyżowanie Kasprzaka z Prymasa, a raczej dojazd do niego od strony Elekcyjnej. Tym razem korek zaczynał się tuż przy Elekcyjnej, więc mogłem przez długi czas cieszyć się kosztem wszystkich smutnych pysków płacących za paliwo spalane na postoju. I znowu - za bardzo się nacieszyłem, gdy dojechałem do zejścia po schodach pod Rondem Zesłańców, na pierwszym schodku o mało co nie wywinąłem orła. Schodziłem tamtędy dokładnie cztery tysiące osiemset dwadzieścia trzy razy, a akurat dzisiaj bym się koncertowo wziął i wyjebał.
Do roboty dojechałem już na szczęście bez kolejnych przygód.
Weekend uznaję za zamknięty, zgodnie z tradycją: w sobotę rowerowanie, w niedzielę - regeneracja: w końcu jesteśmy Poważnymi Sportowcami, w niedzielę poszliśmy znowu na ściankę, tym razem na cztery godziny (buty do wspinaczki naprawdę robią różnicę) i stwierdziliśmy, że nie ma się co katować na rowerze (zresztą szlag człowieka trafiał na myśl o ubieraniu się na tenże), lepiej zregenerować ciało i ducha przy użyciu między innymi piwa.
- DST 9.44km
- Czas 00:25
- VAVG 22.66km/h
- VMAX 34.89km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 10 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Z rana na półśpiąco
Do pracy jechałem sam, musiałem być odrobinę wcześniej. Gdy wjeżdżałem w tunel przy Zachodnim, nagle z boku w pozie Supermana wyrósł z bojowym okrzykiem Goro. Którym to okrzykiem, trzeba przyznać, obudził mnie. Daleko sobie nie zajechaliśmy, postaliśmy trochę przy Rondzie Zesłańców, bo on w prawo, ja w lewo, przegadaliśmy temat Mazovii i RJnO (tak, tak, cholera, KUPIĘ ten rower) i zawinęliśmy - każdy do swojego padołu łez.
- DST 22.78km
- Czas 00:59
- VAVG 23.17km/h
- VMAX 23.19km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 10 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Pogotowie Samochodowo-Rowerowo-Ratunkowo-Piwne
W pracy sobie siedziałem wesoło, rozpoczynając trzecią nadgodzinę, Hipcia sobie siedzi ze znajomymi z pracy przy piwie, nagle pojawia się krytyczny komunikat "chcę do domu". Jako, że stężenie we krwi zapewne przekroczyło normy, zakazałem kategorycznie prób wracania na rowerze, grzecznie się pożegnałem i ruszyłem do domu, by przesiąść się na cztery koła (nie cierpię, nie cierpię jazdy autem po mieście), zaparkować w Centrum na zakazie i odebrać Hipcię. Upiekło mi się z tym zakazem, bo gdy zbliżałem się z rowerem do auta, przy nim stało już dwóch panów mundurowych, którzy najwyraźniej zamierzali mnie nagrodzić, na szczęście przyszedłem w dobrej chwili, może to, że prowadzę rower, też mnie uratowało i zlitowali się - popatrzyli tylko, jak go stawiam na dachu i poszli sobie.
- DST 7.51km
- Czas 00:18
- VAVG 25.03km/h
- VMAX 40.02km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 9 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Nadchodzi lato pełną gębą
To już nie żarty. Z roboty wróciłem zgrzany. Na kurs pojechaliśmy w wersji jesiennej, czyli buffy zamiast kominiarek i po dwie warstwy ubrania na dół i górę. I było ciepło. Za ciepło. Do pracy co prawda kominiarki, ale nadal czuć, że coś jest na rzeczy.
Posłuszeństwa odmawia rower Hipci, przejechałem się wczoraj testowo po kursie: rower nie jedzie. Musiałem włożyć kupę siły w to, żeby pojechać 27km/h, gdy na swoim rowerze bez wysiłku jechałem 30. Trzeba oddać i naprawić, bo tak to jeździć nie można.
Maks wyciągnięty na Połczyńskiej za autobusową "eLką". Jak się ma szczęście, to się jeździ za darmo.
Posłuszeństwa odmawia rower Hipci, przejechałem się wczoraj testowo po kursie: rower nie jedzie. Musiałem włożyć kupę siły w to, żeby pojechać 27km/h, gdy na swoim rowerze bez wysiłku jechałem 30. Trzeba oddać i naprawić, bo tak to jeździć nie można.
Maks wyciągnięty na Połczyńskiej za autobusową "eLką". Jak się ma szczęście, to się jeździ za darmo.
- DST 39.32km
- Czas 01:51
- VAVG 21.25km/h
- VMAX 46.65km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 8 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Lato, panie dziejaszku!
Na minusie tylko jedna cyfra, powoli trzeba kombinować nad rezygnacją z części ubioru (wszystkie mrozy przejeździłem na zestawie bluzka+bluza+softshell, czas na rezygnację z tej środkowej). Już nawet ręce nie próbują odmarzać.
Max wyciągnięty za ciężarówką na Połczyńskiej.
Max wyciągnięty za ciężarówką na Połczyńskiej.
- DST 21.85km
- Czas 01:00
- VAVG 21.85km/h
- VMAX 52.43km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 7 lutego 2012
Kategoria transport, waypointgame
Ryby wchodzą na grzyby
Praca+kurs+jeden waypoint. Standard.
- DST 43.79km
- Czas 02:15
- VAVG 19.46km/h
- VMAX 35.81km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 6 lutego 2012
Kategoria transport, do czytania
Poranek-zas(p/r)anek
Weekend był aktywny. W sobotę późno poszliśmy spać, w niedzielę wstaliśmy o ósmej, by się zebrać i sprawdzić, czy hipopotamy chodzą w pionie. Na ściankę wspinaczkową. Okazuje się, że owszem, chodzą, nawet sprawnie i zgrabnie, więc będą chodzić dalej. Wieczorem była okazja, więc była impreza, a rano zbudziłem się tak cholernie niewyspany, że nie wiedziałem, jak się nazywam. I za to właśnie lubię rower - potrafi mnie nawet z takiego stanu doprowadzić do równowagi i rozbudzenia.
Pobiłem rekord miesięcznego przebiegu z lutego 2010. Trudno nie było (niecałe 100km wtedy przejechałem), ale sukces to sukces. Zobaczymy, co na to marzec.
Pobiłem rekord miesięcznego przebiegu z lutego 2010. Trudno nie było (niecałe 100km wtedy przejechałem), ale sukces to sukces. Zobaczymy, co na to marzec.
- DST 8.55km
- Czas 00:27
- VAVG 19.00km/h
- VMAX 29.42km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 3 lutego 2012
Kategoria transport, do czytania
Morsy wchodzą na torsy
Nic. Nuda. Standardowy powrót z pracy do domu. Jechałem, jechałem i dojechałem. Fascynujące.
- DST 11.45km
- Czas 00:29
- VAVG 23.69km/h
- VMAX 34.02km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 3 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Z pracy w słońcu?
W czwartek w pracy brakło prądu. Na początku przepięto się na baterie, wyłączając zbędne odbiorniki prądu; kuchnia i WC tonęły w ciemności. Obiad zjedliśmy jednak w kuchni, przy świetle lampek rowerowych, budząc podziw i zazdrość. Ha, było przyjechać rowerem, a jak się chce dupę wozić autkiem, to proszę, wjedź sobie samochodem do kuchni i poświeć. ;)
Gdy wróciliśmy przed komputery, powitała nas smutna wiadomośc - sieć padła, komputery leżą, mamy zbierać manatki i spadać do domu. Co zrobić, zebrałem się, zadzwoniłem do Hipci z dobrą nowiną, licząc na to, że oszczędzę Jej siedzenia godziny w autobusie na rzecz godziny w samochodzie, a tu niespodzianka: rower już do odebrania z serwisu. Ruszyłem zatem w słoneczną, mroźną Warszawę, wracając z pracy przy świetle słonecznym po raz pierwszy od jesieni. W domu okazało się, że by pojechać po Hipcię, musiałbym za kwadrans zacząć się zbierać, zatem wybrałem opcję "dobry gospodarz". I tak, gdy Hipcia przyszła z rowerkiem, czekała już gorącą kąpiel i pełniutki kufel grzańca.
Z rana pojechaliśmy w końcu razem do pracy, jakoś jeszcze mroźniej było niż wczoraj, Stacja meteo, którą podłapałem od Krzyśka, gdy przyszedłem do pracy, pokazywała -19,5°C; odczuwalną: -21,5°C. Oboje mieliśmy lanserskie fajery ze szronu po obu stronach głowy. Średnia też wyższa o 2-3km/h niż zwykle, bo hipciowy rower po prostu jedzie. Suport poszedl do wymiany, tylna piasta na szczęście była do uratowania. Czyli - do listy serwisów, którym ufam, dopisuję Profibike, jest tam również Activbike, ostatnio, po zalaniu klocków płynem hamulcowym, z listy spadł Legion.
Z rana spotkałem Terminatora. Nie wspominałem tu o nim nigdy, ale w końcu kiedyś trzeba. Facet jedzie od strony Ochoty w kierunku Centrum. Jesień, wieje, deszcz - zawsze bez czapki, zawsze bez rękawiczek. Zaczęły się temperatury w okolicy zera - ugiął się, założył rękawiczki, pomińmy, że zwykłe, bawełniane i cienkie. Ostatnio go nie widziałem, pewnie dlatego, że wychodziliśmy za późno. Dziś go znowu spotkaliśmy. Temperatura taka, jak napisałem wyżej. Ugiął się, założył kaptur. Kapturek w zasadzie. Cienki, ortalionowy kapturek. Nie powiem, żeby to było jakieś wyzwanie, też bym tak dał radę jeździć codziennie. Pytanie tylko - po co? Bo przyjemności z jazdy to już być raczej nie może.
Gdy wróciliśmy przed komputery, powitała nas smutna wiadomośc - sieć padła, komputery leżą, mamy zbierać manatki i spadać do domu. Co zrobić, zebrałem się, zadzwoniłem do Hipci z dobrą nowiną, licząc na to, że oszczędzę Jej siedzenia godziny w autobusie na rzecz godziny w samochodzie, a tu niespodzianka: rower już do odebrania z serwisu. Ruszyłem zatem w słoneczną, mroźną Warszawę, wracając z pracy przy świetle słonecznym po raz pierwszy od jesieni. W domu okazało się, że by pojechać po Hipcię, musiałbym za kwadrans zacząć się zbierać, zatem wybrałem opcję "dobry gospodarz". I tak, gdy Hipcia przyszła z rowerkiem, czekała już gorącą kąpiel i pełniutki kufel grzańca.
Z rana pojechaliśmy w końcu razem do pracy, jakoś jeszcze mroźniej było niż wczoraj, Stacja meteo, którą podłapałem od Krzyśka, gdy przyszedłem do pracy, pokazywała -19,5°C; odczuwalną: -21,5°C. Oboje mieliśmy lanserskie fajery ze szronu po obu stronach głowy. Średnia też wyższa o 2-3km/h niż zwykle, bo hipciowy rower po prostu jedzie. Suport poszedl do wymiany, tylna piasta na szczęście była do uratowania. Czyli - do listy serwisów, którym ufam, dopisuję Profibike, jest tam również Activbike, ostatnio, po zalaniu klocków płynem hamulcowym, z listy spadł Legion.
Z rana spotkałem Terminatora. Nie wspominałem tu o nim nigdy, ale w końcu kiedyś trzeba. Facet jedzie od strony Ochoty w kierunku Centrum. Jesień, wieje, deszcz - zawsze bez czapki, zawsze bez rękawiczek. Zaczęły się temperatury w okolicy zera - ugiął się, założył rękawiczki, pomińmy, że zwykłe, bawełniane i cienkie. Ostatnio go nie widziałem, pewnie dlatego, że wychodziliśmy za późno. Dziś go znowu spotkaliśmy. Temperatura taka, jak napisałem wyżej. Ugiął się, założył kaptur. Kapturek w zasadzie. Cienki, ortalionowy kapturek. Nie powiem, żeby to było jakieś wyzwanie, też bym tak dał radę jeździć codziennie. Pytanie tylko - po co? Bo przyjemności z jazdy to już być raczej nie może.
- DST 23.72km
- Czas 01:06
- VAVG 21.56km/h
- VMAX 42.59km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 2 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Samotny hipopotam jeździ samotnie
Że z pracy - to się przyzwyczaiłem, ale dziś Hipcia przebrała się za pieszą i do pracy pojechała autobusem. I tak sam, przez tnące szpony mrozu... Rowerostradą przez Połczyńską, z wiatrem w pysk. Jak w lecie nikogo tam nie spotykałem, tak dziś akurat ktoś jechał na rowerze. W okolicy Ronda Zesłańców myślałem, że mnie atakuje Darth Vader, ale na szczęście to tylko Chrabu w swojej masce. Tak w nocy, to można by się przestraszyć. :D
Inna sprawa, że wyszedłem z domu jeszcze przed ósmą. Ha! Czyli wiemy, kto się guzdrze i spowalnia cały proces wyjścia z domu.
Wczoraj Hipcia sprowadziła mi do domu taki kawałek. Pomińmy kwestię tekstów, Lil Wayne tylko o jednym śpiewa, ale rytm wpada w ucho. Od rana śpiewam. Szlag mnie trafia.
&ob=av2e
Inna sprawa, że wyszedłem z domu jeszcze przed ósmą. Ha! Czyli wiemy, kto się guzdrze i spowalnia cały proces wyjścia z domu.
Wczoraj Hipcia sprowadziła mi do domu taki kawałek. Pomińmy kwestię tekstów, Lil Wayne tylko o jednym śpiewa, ale rytm wpada w ucho. Od rana śpiewam. Szlag mnie trafia.
&ob=av2e
- DST 23.55km
- Czas 01:04
- VAVG 22.08km/h
- VMAX 37.45km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















