Wpisy archiwalne w kategorii
do czytania
| Dystans całkowity: | 96832.03 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 4314:10 |
| Średnia prędkość: | 22.38 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 4401.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 164904 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (87 %) |
| Suma kalorii: | 202907 kcal |
| Liczba aktywności: | 1948 |
| Średnio na aktywność: | 49.73 km i 2h 13m |
| Więcej statystyk | |
Poniedziałek, 27 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Ze słońcem w oczy
Słońce zaświeciło, śnieg iskrzył i raził. Przyjemnie się jechało.
Od zeszłego tygodnia jeżdżę w jesiennych rękawiczkach, zimowe są już za ciepłe.
Od zeszłego tygodnia jeżdżę w jesiennych rękawiczkach, zimowe są już za ciepłe.
- DST 8.61km
- Czas 00:27
- VAVG 19.13km/h
- VMAX 32.01km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Niedziela, 26 lutego 2012
Kategoria do czytania, waypointgame, < 50km
Ursynowskie waypointy
Sobotę odpuścilismy rowerowo i przeznaczyliśmy na przygotowanie do urlopu, jak również na popołudniowe odwiedzenie ścianki na Nowowiejskiej. W niedzielę za to postanowiliśmy porowerować: w rytmie oglądanego z nudów przez Hipcię familinego filmu "Szkoła Rocka" przeczyściłem rowery, potem spakowaliśmy wszystko i po zmroku wyruszyliśmy w trasę.
Początek był standardowy do bólu: Górczewska>Prymasa>Bitwy>Banacha>Rostafińskich>Boboli>Wołoska>Domaniewska>Modzelewskiego. Po drodze złapał nas całkiem spory (w stosunku do prognozy na niedzielę) śnieg. Dotarliśmy do Rzymowskiego, tam wskoczyliśmy na jezdnię, przemknęliśmy pod Puławską i skręciliśmy w KEN. Na pierwszy strzał poszła Wieża z bardzo fajną zagadką. Potem, stosunkowo blisko, czekał Platan, gdzie zakładam cieplejsze rękawiczki. To jest jednak wielki minus tej gry: waypointowanie chłodzi. Mniejsza, gdy jadę trzydzieści kilometrów, by odhaczyć jedną miejscówkę i wrócić, jednak gdy między kolejnymi punktami jest około kilometra, a do tego, żeby do tak nadźganych waypointów dotrzeć, trzeba jeszcze robić trochę przystanków nawigacyjnych, człowiek marznie. Kolejny przystanek, Alternatywy 4, był też bardzo blisko, przy Lidlu robimy postój i pakujemy Hipci ogrzewacze do rękawiczek. W tym momencie w końcu można odrobinę się rozpędzić, do Pająka było ze dwa kilometry, zanim ochłodziliśmy się przy nim, już byliśmy przy Bazarku. Na sam koniec pozostawiliśmy sobie Kolektor.
Powrót wykręciliśmy przez okolice Kopy Cwila, porównując odczuwanie temperatury z dzisiaj (odrobinę poniżej zera) i sprzed dwóch tygodni (około dwudziestu poniżej). Jednak między jednym a drugim jest różnica.
Wyprawa wyszła ciekawa, pierwotnie mieliśmy zakręcic kółko po okolicach Izabelina, ale koniec końców zdecydowaliśmy się na Ursynów. Im częściej tam bywam, tym bardziej nie lubię tej dzielnicy. Jest męcząca i nudna... ale o tym już chyba kiedyś pisałem. Plusem jest na pewno, że udało się odwiedzić zaległe, czekające waypointy.
Początek był standardowy do bólu: Górczewska>Prymasa>Bitwy>Banacha>Rostafińskich>Boboli>Wołoska>Domaniewska>Modzelewskiego. Po drodze złapał nas całkiem spory (w stosunku do prognozy na niedzielę) śnieg. Dotarliśmy do Rzymowskiego, tam wskoczyliśmy na jezdnię, przemknęliśmy pod Puławską i skręciliśmy w KEN. Na pierwszy strzał poszła Wieża z bardzo fajną zagadką. Potem, stosunkowo blisko, czekał Platan, gdzie zakładam cieplejsze rękawiczki. To jest jednak wielki minus tej gry: waypointowanie chłodzi. Mniejsza, gdy jadę trzydzieści kilometrów, by odhaczyć jedną miejscówkę i wrócić, jednak gdy między kolejnymi punktami jest około kilometra, a do tego, żeby do tak nadźganych waypointów dotrzeć, trzeba jeszcze robić trochę przystanków nawigacyjnych, człowiek marznie. Kolejny przystanek, Alternatywy 4, był też bardzo blisko, przy Lidlu robimy postój i pakujemy Hipci ogrzewacze do rękawiczek. W tym momencie w końcu można odrobinę się rozpędzić, do Pająka było ze dwa kilometry, zanim ochłodziliśmy się przy nim, już byliśmy przy Bazarku. Na sam koniec pozostawiliśmy sobie Kolektor.
Powrót wykręciliśmy przez okolice Kopy Cwila, porównując odczuwanie temperatury z dzisiaj (odrobinę poniżej zera) i sprzed dwóch tygodni (około dwudziestu poniżej). Jednak między jednym a drugim jest różnica.
Wyprawa wyszła ciekawa, pierwotnie mieliśmy zakręcic kółko po okolicach Izabelina, ale koniec końców zdecydowaliśmy się na Ursynów. Im częściej tam bywam, tym bardziej nie lubię tej dzielnicy. Jest męcząca i nudna... ale o tym już chyba kiedyś pisałem. Plusem jest na pewno, że udało się odwiedzić zaległe, czekające waypointy.
- DST 48.86km
- Czas 02:57
- VAVG 16.56km/h
- VMAX 32.33km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 24 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Nadal jeździmy, nadal kręcimy, wiosna nadchodzi.
Wypadałoby coś napisać w końcu. No to tak w telegraficznym skrócie: po kilku dniach jazdy Połczyńską, przerzuciliśmy się na Górczewską. Lodu jeszcze trochę leży, ale generalnie da się jechać obok siebie. I fajnie. Po drodze nie spotkaliśmy żadnego rowerzysty - czyżby wilgoć odstraszyła wszystkich?
A poza tym, to to, co wszyscy wiedzą: mokro, roztopowo i powoli, niestety, coraz cieplej.
A poza tym, to to, co wszyscy wiedzą: mokro, roztopowo i powoli, niestety, coraz cieplej.
- DST 21.87km
- Czas 01:01
- VAVG 21.51km/h
- VMAX 34.30km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 24 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Wiosna idzie, rowerów coraz więcej
Pojawiają się powolutku, łatwo ich poznać po wyniunianych rowerkach i ubrankach nieskażonych kroplą soli rozpuszczonej w wodzie. Jednak proces trwa stale i nieprzerwanie: przybywa ich. Absolutnie nie mam nic do kogoś, kto nie lubi jeździć po mokrym, czy nie lubi, jak mu zimno, ale przeszkadza mi ten straszny proces zaludniania dróżek rowerowych.
Całkiem ostatnio jeszcze do pracy mijaliśmy tylko Chrabu (który ostatni gdzieś się zapodział), z pracy - zwykle nie spotykałem nikogo. A teraz? Na fragmencie do Kasprzaka już trójka; dobrze, że dalej lecę jezdnią, tam na szczęście niewielu "odważnych" się zapuszcza.
Całkiem ostatnio jeszcze do pracy mijaliśmy tylko Chrabu (który ostatni gdzieś się zapodział), z pracy - zwykle nie spotykałem nikogo. A teraz? Na fragmencie do Kasprzaka już trójka; dobrze, że dalej lecę jezdnią, tam na szczęście niewielu "odważnych" się zapuszcza.
- DST 15.73km
- Czas 00:40
- VAVG 23.60km/h
- VMAX 51.48km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 20 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Poniedziałek po nierowerowym weekendzie
Do pracy sobie zajechaliśmy (standardowo?) ulicą Połczyńską (Hipcia sama nalegała...) bo Górczewska kusiła lodem na pięknie odśnieżonych DDRach. Po Prymasa wreszcie przejechał traktor, ale i tak wszystko w lodzie, za to ścieżka na wysokości Blue Shitty kusiła piękną czernią bryzgniętą spod kół w kierunku wstępnie roztopionego śniegu. Wybrałem chodnik, na DDR były jednak ślady kół tych, którym ; jeśli to był Goro, to jego madżenta już jest na pewno w kolorze sradżenty. :)
W weekend mieliśmy iść na rower, ale ilość rozmiękłego gówna na ziemi skutecznie nas odstraszyła od tego pomysłu, z rowerami tyle zrobiłem, żę w niedzielę wyczyściłem i nasmarowałem napęd.
Aktywności mieliśmy jednak wystarczająco: w sobotę i w niedzielę wybralismy się na łącznie osiem godzin łażenia po pionowej ścianie. W końcu mieliśmy okazję zobaczyć interesujących ludzi: jak wiadomo, ludzie w ramach dowolnej specjalizacji dzielą się na grupy cztery: nie umie i siedzi cicho, nie umie i szpanuje, umie i siedzi cicho oraz umie i szpanuje. Najwięcej radochy jest z ostatnią grupą, bo zawsze człowiek może sobie serce uradować, słuchając, jak taki jeden z drugim konspiracyjnym półgłosem (czyli: słyszy mnie cała hala) mimochodem rzuca jakieś uwagi. A zatem mieliśmy klasyk: "Jak my wchodziliśmy na [góra], to...", a poza tym "Nie będę tu wchodził, jeszcze ktoś znajomy zobaczy, że ja takie trasy robię" i absolutny rekord dotyczący wyceny trudności tras: "Te wyceny to chyba ktoś robił, żeby sobie kompleksy wyleczyć." (który to tekst jest zabawniejszy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że ludzie twierdzą, że oceny na tych trasach są zwykle zaniżone). Chciałem się dołączyć do chóru samouwielbienia, zacząłem nawet takim samym półgłosem mówić, że, "Ja, jak żem jechoł przez KPN, to żem śtyry dziki pompko od rowera zajeboł". Hipcia mi przerwała i nie pozwoliła dokończyć, może słusznie, bo historia była raczej straszna: na początku ja byłem sam, a ich czterdzieści, w tym nie tylko dziki, ale też ich krzyżówki z niedźwiedziami (tak zwane "niedźwiedziki"), wtedy ja... a nie, powiem kiedyś, przy okazji, jak więcej ludzi będzie słuchało. :)
W weekend mieliśmy iść na rower, ale ilość rozmiękłego gówna na ziemi skutecznie nas odstraszyła od tego pomysłu, z rowerami tyle zrobiłem, żę w niedzielę wyczyściłem i nasmarowałem napęd.
Aktywności mieliśmy jednak wystarczająco: w sobotę i w niedzielę wybralismy się na łącznie osiem godzin łażenia po pionowej ścianie. W końcu mieliśmy okazję zobaczyć interesujących ludzi: jak wiadomo, ludzie w ramach dowolnej specjalizacji dzielą się na grupy cztery: nie umie i siedzi cicho, nie umie i szpanuje, umie i siedzi cicho oraz umie i szpanuje. Najwięcej radochy jest z ostatnią grupą, bo zawsze człowiek może sobie serce uradować, słuchając, jak taki jeden z drugim konspiracyjnym półgłosem (czyli: słyszy mnie cała hala) mimochodem rzuca jakieś uwagi. A zatem mieliśmy klasyk: "Jak my wchodziliśmy na [góra], to...", a poza tym "Nie będę tu wchodził, jeszcze ktoś znajomy zobaczy, że ja takie trasy robię" i absolutny rekord dotyczący wyceny trudności tras: "Te wyceny to chyba ktoś robił, żeby sobie kompleksy wyleczyć." (który to tekst jest zabawniejszy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że ludzie twierdzą, że oceny na tych trasach są zwykle zaniżone). Chciałem się dołączyć do chóru samouwielbienia, zacząłem nawet takim samym półgłosem mówić, że, "Ja, jak żem jechoł przez KPN, to żem śtyry dziki pompko od rowera zajeboł". Hipcia mi przerwała i nie pozwoliła dokończyć, może słusznie, bo historia była raczej straszna: na początku ja byłem sam, a ich czterdzieści, w tym nie tylko dziki, ale też ich krzyżówki z niedźwiedziami (tak zwane "niedźwiedziki"), wtedy ja... a nie, powiem kiedyś, przy okazji, jak więcej ludzi będzie słuchało. :)
- DST 9.47km
- Czas 00:28
- VAVG 20.29km/h
- VMAX 29.96km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 17 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Mewy wchodzą na krzewy
Z pracy już standardowo zrezygnowałem z jazdy nieistniejącą DDR przy Prymasa, tylko przemknąłem jezdnią, dodatkowo robiąc lewoskręt na rondzie przy Kasprzaka, oczywiście zająłem jeden pas w lewo za dużo, ale jakoś się udało wykombinować z powrotem. Potem już tylko Połczyńska, która, jak się okazało, nie tylko mi się spodobała - Hipcia też tamtędy wracała, w końcu przy Górczewskiej DDR tak samo nie istnieje.
Rano również zrezygnowaliśmy z Górczewskiej, Powstańców-Połczyńska-Kasprzaka. Nie spodziewałem się cudów, najwyraźniej ciąg między Rondem Zesłańców a Kasprzaka nie jest krytyczny z punktu widzenia pieszo-rowerowego - wszędzie przynajmniej raz przejechał traktor, tam - nadal radosna ścieżka pośród pól.
Rower już zgrzyta i piszczy, łańcuchy przybrały rudy kolor, trzeba jednak się zmusić i je przeserwisować.
Rano również zrezygnowaliśmy z Górczewskiej, Powstańców-Połczyńska-Kasprzaka. Nie spodziewałem się cudów, najwyraźniej ciąg między Rondem Zesłańców a Kasprzaka nie jest krytyczny z punktu widzenia pieszo-rowerowego - wszędzie przynajmniej raz przejechał traktor, tam - nadal radosna ścieżka pośród pól.
Rower już zgrzyta i piszczy, łańcuchy przybrały rudy kolor, trzeba jednak się zmusić i je przeserwisować.
- DST 24.06km
- Czas 01:08
- VAVG 21.23km/h
- VMAX 37.45km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 16 lutego 2012
Kategoria transport, do czytania
Niszcząc system
Zaczęło się wczoraj, od startu w kierunku przestrzeni pokrytej śniegiem, na której niewyraźnie majaczyła niewielka, wydeptana dróżka. Gdy się skierowałem na nią, doświadczyłem standardowych objawów dla rowerzystów jadących po świeżo rozdeptanym śniegu: parkinson/lambada (przednie/tylne koło). Doturlałem się tak do Ronda Zesłańców, gdy przebiegłem swoje po schodach, moim oczom objawił się niesamowity widok: jak dnia poprzedniego dróżka rowerowa była, jak jeszcze rano bywała, tak teraz drogi rowerowej przy Prymasa nie ma. A skoro nie ma, to mam prawo jechać jezdnią (przynajmniej takie było moje zrozumienie tematu), zatem system musiał pocierpieć, zwaliłem się z żelastwem na asfalt i pomknąłem tunelem, tak dojechałem do Kasprzaka. Tam trochę moje niszczenie systemu ucierpiało, bo planowałem wjechać pod prąd w nitkę prowadzącą od Centrum i zawrócić, ustawiając się do jazdy na zachód, ale gdy zobaczyłem ile śniegu tam czeka na moje zawracanie, stwierdziłem, że wolę, żeby ucierpiało niszczenie systemu niż moja du(m/p)a, na oczach wszystkich czekających na autobus. Zbiłem zatem na chodnik, ale poniszczyłem swoje - włączyłem się do ruchu na czerwonym. Istne szaleństwo!
Śnieg już prawie nie padał, asfalt był (miejscami) czarny, zatem stwierdziliśmy, że mamy w dupie łaskę drogowców, nie będą nam tu jezdni odśnieżać, gdy DDRów nie łaska. I - pojechaliśmy na kurs samochodem. W obie (!) strony! Cierp, systemie!
Rano za to wstałem o 6:40, co systemu zapewne nie zabolało, ale godne jest odnotowania w księgach rekordów jako niewiarygodne zdolności organizmu ludzkiego. Naprawdę, czuję się dziś wyjątkowy. Hipcia musiała być w pracy z rana i to szybko, więc wyjechaliśmy na Połczyńską (Ha! Nie damy wam przyjemności jechania po prawdopodobnie odśnieżonej Górczewskiej!) i tym sposobem dotarliśmy do Kasprzaka. Tam się pożegnaliśmy, a mi został przed oczami najlepiej odśnieżony kawałek chodnika w Warszawie. Przez chwilę rozważałem jazdę jezdnią w kierunku Ronda Zesłańców, ale stwierdziłem, że to na pewno system specjalnie nie odśnieżył tego fragmentu, by mnie podpuścić do jazdy jezdnią, gdzie na pewno czekała pułapka. O, niedoczekanie! Wbiłem się w śnieg, nawet sprawnie poszło, ludzie też jacyś uprzejmi i chętnie schodzili na boki. Ostatnia faza niszczenia systemu odbyła się przy Szczęśliwickiej, gdzie zrezygnowałem z chodnika i pojechałem ulicą. Przy zakazie dla rowerów.
Od tego całego niszczenia systemu czuję, że aż pulsuje we mnie ZŁO. Zatem bez oporów wrzucę sobie taki kawałek.
Śnieg już prawie nie padał, asfalt był (miejscami) czarny, zatem stwierdziliśmy, że mamy w dupie łaskę drogowców, nie będą nam tu jezdni odśnieżać, gdy DDRów nie łaska. I - pojechaliśmy na kurs samochodem. W obie (!) strony! Cierp, systemie!
Rano za to wstałem o 6:40, co systemu zapewne nie zabolało, ale godne jest odnotowania w księgach rekordów jako niewiarygodne zdolności organizmu ludzkiego. Naprawdę, czuję się dziś wyjątkowy. Hipcia musiała być w pracy z rana i to szybko, więc wyjechaliśmy na Połczyńską (Ha! Nie damy wam przyjemności jechania po prawdopodobnie odśnieżonej Górczewskiej!) i tym sposobem dotarliśmy do Kasprzaka. Tam się pożegnaliśmy, a mi został przed oczami najlepiej odśnieżony kawałek chodnika w Warszawie. Przez chwilę rozważałem jazdę jezdnią w kierunku Ronda Zesłańców, ale stwierdziłem, że to na pewno system specjalnie nie odśnieżył tego fragmentu, by mnie podpuścić do jazdy jezdnią, gdzie na pewno czekała pułapka. O, niedoczekanie! Wbiłem się w śnieg, nawet sprawnie poszło, ludzie też jacyś uprzejmi i chętnie schodzili na boki. Ostatnia faza niszczenia systemu odbyła się przy Szczęśliwickiej, gdzie zrezygnowałem z chodnika i pojechałem ulicą. Przy zakazie dla rowerów.
Od tego całego niszczenia systemu czuję, że aż pulsuje we mnie ZŁO. Zatem bez oporów wrzucę sobie taki kawałek.
- DST 22.48km
- Czas 01:08
- VAVG 19.84km/h
- VMAX 39.25km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 15 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
W bieli kółka kręcą się
Wczoraj jeszcze było spokojnie, niestety, musiałem zmienić trasę ze standardowej (Połczyńska), na mniej standardową (Prymasa-Górczewska). I tuż przed Górczewską rozdziewiczyłem Matkę Ziemię po raz pierwszy tej zimy. Czytelników oczekujących na szczegółowy opis, zawiodę, nie było "jeb!", nie było "okurwa[jebudu!]". Po prostu: przednie koło położyło się, a ja z rowerem grzecznie poszedłem za nim. Wyhamowała mnie sakwa przypięta po stronie upadku, stąd ślizgu nie było wielkiego. Powiniemem się cieszyć, że dopiero tam się wygrzmociłem, bo całą drogę do domu jechałem tak, jakbym się prosił o glebę. I prośby wysłuchane zostały.
Licznik wskazuje mi max: 69km/h - chyba to była prędkość z jaką strzeliłem o ziemię. ;)
Rano za to Hipcia coś wspomina o tym, czy jadę rowerem. Jakbym, cholera, miał inne opcje: analiza po fakcie wykazuje, że rowerem jechałem około trzydziestu minut. Samochodem jechałbym z półtorej godziny. Autobusem - godzina jazdy + pół godziny spaceru. Najlepiej wyszedłby tramwaj: dwadzieścia minut i pół godziny spaceru. Zaczynamy: już zjazd spod bloku jest wyzwaniem, dalej jest tylko weselej: Powstańców jadę wyjechaną koleiną, jakoś nie przejmując się tym, że auta z tyłu nie mogą mnie wyprzedzić: zresztą jadąc 25km/h trzymałem się przed wszystkimi, oni jakoś mnie nie potrzebowali wyprzedzać. Po skręcie w Połczyńską jest weselej: tu już nie ma koleinek, jadę więc mniej więcej środkiem pasa, na wysokości Fortu Wola zaczyna się korek, omijam go chodnikiem. Rezygnuję również z radowania się przeciskając się między autami przy Kasprzaka, wskakuję na chodnik, tam przynajmniej jeśli się przewrócę, to tylko na ziemię. Prymasa na szczęście pięknie odśnieżona, widać, że służby dbają o rowerzystów. Na wszelki wypadek rezygnuję z trasy przez Szczęśliwicką - jeśli tam także służby pięknie się spisały, to w robocie będę na dziewiątą - a miałem być wcześniej. Zatem ścinam od razu do BlueShitty, wskutek czego przebieg dobowy wychodzi nikczemny jak rzadko.
W pracy wielkie zdziwienie:
- Jak można jechać po takim śniegu?!
- A jechałeś kiedyś?
- No tak, kilka metrów. Ale przecież tak się nie da, śniegu jest trzydzieści centymetrów.
- Skąd wziąłeś te trzydzieści, z Zakopanego dojeżdżasz?
- No to nawet dziesięć, jak można tak jechać?
- Normalnie, jak po lesie, po kamieniach i piasku.
Tu już na szczęście ta ambitna dyskusja się zakończyła. Już wolałem nie niszczyć koledze jego różowego świata i nie wspomniałem, że Hipcia też na rowerze dzisiaj przez TEN ŚNIEG dojechała do pracy.
Jeszcze jeden minus takiej pogody, o którym wczoraj zapomniałem. Łańcuch. Trzy tygodnie mrozu przejechałem bez smarowania, cichutko, bez piśnięcia. A teraz? Zgrzyt! Chrup! Piiiisk! Wczoraj przyszły na szczęście zamówione smary, Hipcia wyczaiła gdzieś promocję smaru Rohlhoff, który podobno jest tak najlepszym na świecie, że nawet kanapki można nim smarować. No to będziemy działać.
Licznik wskazuje mi max: 69km/h - chyba to była prędkość z jaką strzeliłem o ziemię. ;)
Rano za to Hipcia coś wspomina o tym, czy jadę rowerem. Jakbym, cholera, miał inne opcje: analiza po fakcie wykazuje, że rowerem jechałem około trzydziestu minut. Samochodem jechałbym z półtorej godziny. Autobusem - godzina jazdy + pół godziny spaceru. Najlepiej wyszedłby tramwaj: dwadzieścia minut i pół godziny spaceru. Zaczynamy: już zjazd spod bloku jest wyzwaniem, dalej jest tylko weselej: Powstańców jadę wyjechaną koleiną, jakoś nie przejmując się tym, że auta z tyłu nie mogą mnie wyprzedzić: zresztą jadąc 25km/h trzymałem się przed wszystkimi, oni jakoś mnie nie potrzebowali wyprzedzać. Po skręcie w Połczyńską jest weselej: tu już nie ma koleinek, jadę więc mniej więcej środkiem pasa, na wysokości Fortu Wola zaczyna się korek, omijam go chodnikiem. Rezygnuję również z radowania się przeciskając się między autami przy Kasprzaka, wskakuję na chodnik, tam przynajmniej jeśli się przewrócę, to tylko na ziemię. Prymasa na szczęście pięknie odśnieżona, widać, że służby dbają o rowerzystów. Na wszelki wypadek rezygnuję z trasy przez Szczęśliwicką - jeśli tam także służby pięknie się spisały, to w robocie będę na dziewiątą - a miałem być wcześniej. Zatem ścinam od razu do BlueShitty, wskutek czego przebieg dobowy wychodzi nikczemny jak rzadko.
W pracy wielkie zdziwienie:
- Jak można jechać po takim śniegu?!
- A jechałeś kiedyś?
- No tak, kilka metrów. Ale przecież tak się nie da, śniegu jest trzydzieści centymetrów.
- Skąd wziąłeś te trzydzieści, z Zakopanego dojeżdżasz?
- No to nawet dziesięć, jak można tak jechać?
- Normalnie, jak po lesie, po kamieniach i piasku.
Tu już na szczęście ta ambitna dyskusja się zakończyła. Już wolałem nie niszczyć koledze jego różowego świata i nie wspomniałem, że Hipcia też na rowerze dzisiaj przez TEN ŚNIEG dojechała do pracy.
Jeszcze jeden minus takiej pogody, o którym wczoraj zapomniałem. Łańcuch. Trzy tygodnie mrozu przejechałem bez smarowania, cichutko, bez piśnięcia. A teraz? Zgrzyt! Chrup! Piiiisk! Wczoraj przyszły na szczęście zamówione smary, Hipcia wyczaiła gdzieś promocję smaru Rohlhoff, który podobno jest tak najlepszym na świecie, że nawet kanapki można nim smarować. No to będziemy działać.
- DST 16.42km
- Czas 00:55
- VAVG 17.91km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 14 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
I zaczynamy znowu. Mokro, słono i brudno.
Szlag trafił mrozy, zrobiło się cieplej. A co dzieje się, jak mamy temperaturę nieco poniżej zera? Spada śnieg. Sam śnieg mi nie przeszkadza - lubię jak sypie, lubię jak jest biało, szczególnie wieczorem. Ale w parze ze śniegiem, temperaturą i spalinami idzie wilgoć. A z tym idzie dodatkowo sól, bo trzeba w końcu sypać, żeby nasi lokalni mistrzowie kierownicy za bardzo sobie krzywdy nie porobili. Potem to wszystko jeszcze ścieka spod roweru, dobrze, że trzymamy je na korytarzu, to czasem trzeba zetrzeć, czasem się "samo" ściera. Druga sprawa, czyli minus śniegu - zasypywanie drogi. Na oblodzonych śmieszkach znałem wszystkie koleinki, wiedziałem w którą wsiąść, żeby dobrze wysiąść - dziś już mieliśmy loterię. Kumpel zresztą dzięki tej loterii zaliczył szlifa przy Grójeckiej ;)
Są tez plusy - jest cieplej, zaczęły mi się sprawniej zmieniać przełożenia z tyłu :)
Trasowo - standard: z pracy sam, na kurs z Hipcią, z kursu też razem (chociaż najkrótszą możliwą drogą), do pracy - znowu sam, bo niestety trzeba było być na ósmą. I pewnie wyjechałem za wcześnie - żaden Goro nie wychynął w pozie supermena :D
Są tez plusy - jest cieplej, zaczęły mi się sprawniej zmieniać przełożenia z tyłu :)
Trasowo - standard: z pracy sam, na kurs z Hipcią, z kursu też razem (chociaż najkrótszą możliwą drogą), do pracy - znowu sam, bo niestety trzeba było być na ósmą. I pewnie wyjechałem za wcześnie - żaden Goro nie wychynął w pozie supermena :D
- DST 37.22km
- Czas 01:51
- VAVG 20.12km/h
- VMAX 40.41km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 13 lutego 2012
Kategoria do czytania, transport
Miało nie być nic ciekawego
W niedzielę zakładałem, że przynajmniej poniedziałkowy wpis pójdzie szybko, bo zwykle w poniedziałki można napisać, że "jechałem". Wiedziałem co prawda, że Hipcia zapewne nie pojedzie ze mną, bo musiałem być w pracy wcześniej, ale to miała być jedyna zmiana w stosunku do innych poniedziałków. Tymczasem...
Pierwsza zmiana: wychodzę, a na zewnątrz prószy śnieg - znaczy - sympatycznie. Zaczyna się robić mokro na jezdni, temperatura się odrobinę podniosła, może i dobrze, bo już mam dość tych mrozów, jak chyba większość mroźnych rowerzystów - nie ze względu na temperaturę, ale na ubieranie tego wszystkiego na siebie. Jechałem sobie radośnie z wiatrem w plecy i chyba było mi za dobrze, bo na skrzyżowaniu z Połczyńską, przy lewoskręcie, ktoś w czarnej Toyocie postanowił spróbować się do mnie przytulić - zobaczyłem zbliżający się łukiem bok samochodu, na tyle blisko, że mógłbym go dotknąć. To dotknąłem - jechał wolno, więc przycelowałem ręką w lusterko, ale zdążył już odjechać, więc uderzyłem tylko palcami. Chciałem go pogonić, ale dwa razy z rzędu dostał zielone światło i straciłem szanse.
Z kolei na pocieszenie dostałem moje ulubione skrzyżowanie Kasprzaka z Prymasa, a raczej dojazd do niego od strony Elekcyjnej. Tym razem korek zaczynał się tuż przy Elekcyjnej, więc mogłem przez długi czas cieszyć się kosztem wszystkich smutnych pysków płacących za paliwo spalane na postoju. I znowu - za bardzo się nacieszyłem, gdy dojechałem do zejścia po schodach pod Rondem Zesłańców, na pierwszym schodku o mało co nie wywinąłem orła. Schodziłem tamtędy dokładnie cztery tysiące osiemset dwadzieścia trzy razy, a akurat dzisiaj bym się koncertowo wziął i wyjebał.
Do roboty dojechałem już na szczęście bez kolejnych przygód.
Weekend uznaję za zamknięty, zgodnie z tradycją: w sobotę rowerowanie, w niedzielę - regeneracja: w końcu jesteśmy Poważnymi Sportowcami, w niedzielę poszliśmy znowu na ściankę, tym razem na cztery godziny (buty do wspinaczki naprawdę robią różnicę) i stwierdziliśmy, że nie ma się co katować na rowerze (zresztą szlag człowieka trafiał na myśl o ubieraniu się na tenże), lepiej zregenerować ciało i ducha przy użyciu między innymi piwa.
Pierwsza zmiana: wychodzę, a na zewnątrz prószy śnieg - znaczy - sympatycznie. Zaczyna się robić mokro na jezdni, temperatura się odrobinę podniosła, może i dobrze, bo już mam dość tych mrozów, jak chyba większość mroźnych rowerzystów - nie ze względu na temperaturę, ale na ubieranie tego wszystkiego na siebie. Jechałem sobie radośnie z wiatrem w plecy i chyba było mi za dobrze, bo na skrzyżowaniu z Połczyńską, przy lewoskręcie, ktoś w czarnej Toyocie postanowił spróbować się do mnie przytulić - zobaczyłem zbliżający się łukiem bok samochodu, na tyle blisko, że mógłbym go dotknąć. To dotknąłem - jechał wolno, więc przycelowałem ręką w lusterko, ale zdążył już odjechać, więc uderzyłem tylko palcami. Chciałem go pogonić, ale dwa razy z rzędu dostał zielone światło i straciłem szanse.
Z kolei na pocieszenie dostałem moje ulubione skrzyżowanie Kasprzaka z Prymasa, a raczej dojazd do niego od strony Elekcyjnej. Tym razem korek zaczynał się tuż przy Elekcyjnej, więc mogłem przez długi czas cieszyć się kosztem wszystkich smutnych pysków płacących za paliwo spalane na postoju. I znowu - za bardzo się nacieszyłem, gdy dojechałem do zejścia po schodach pod Rondem Zesłańców, na pierwszym schodku o mało co nie wywinąłem orła. Schodziłem tamtędy dokładnie cztery tysiące osiemset dwadzieścia trzy razy, a akurat dzisiaj bym się koncertowo wziął i wyjebał.
Do roboty dojechałem już na szczęście bez kolejnych przygód.
Weekend uznaję za zamknięty, zgodnie z tradycją: w sobotę rowerowanie, w niedzielę - regeneracja: w końcu jesteśmy Poważnymi Sportowcami, w niedzielę poszliśmy znowu na ściankę, tym razem na cztery godziny (buty do wspinaczki naprawdę robią różnicę) i stwierdziliśmy, że nie ma się co katować na rowerze (zresztą szlag człowieka trafiał na myśl o ubieraniu się na tenże), lepiej zregenerować ciało i ducha przy użyciu między innymi piwa.
- DST 9.44km
- Czas 00:25
- VAVG 22.66km/h
- VMAX 34.89km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















