Wpisy archiwalne w kategorii
do czytania
| Dystans całkowity: | 96832.03 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 4314:10 |
| Średnia prędkość: | 22.38 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 4401.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 164904 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (87 %) |
| Suma kalorii: | 202907 kcal |
| Liczba aktywności: | 1948 |
| Średnio na aktywność: | 49.73 km i 2h 13m |
| Więcej statystyk | |
Wtorek, 15 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Spotkanie na DDR... jednak nie.
Powrót z pracy standardowo. W drodze na kurs z przodu pojawia się jakiś rowerzysta. Jakoś wolno jechał, więc doganiamy go na Maczka na pierwszych światłach (na czerwonym). Czekamy na światło, a koleżka kręci sobie kółka. Ruszamy: my DDRem, gość najeżdża w naszą stronę od chodnika. Hipcia przejeżdża pierwsa, gość rozpędza się... i stajemy, na przejściu dla pieszych na DDR. Ja jechałem prawidłowo - cały czas DDRem, gość - nie dość, że jechał chodnikiem, to jeszcze najwyraźniej zamierzał przeciąć przejście i pojechać dalej chodnikiem, a przed całym manewrem jeszcze się rozpędził. Krótko: próbował wymusić pierwszeństwo. Zwracam się ku niemu... to, co wystaje spod okularów/kasku/buffa przypomina Damiana. Dodatkowo jeszcze siedzi toto na kolarce. Rezygnuję zatem z należnego opierniczenia (bo i tak się spieszymy, jadąc czasowo na styk), rzucamy tylko "O, cześć, Damian!" i jadę dalej.
Problem w tym, że Damian zaprzeczył, jakoby tam był. Zatem miał chłopiec szczęście.
W kierunku "do pracy" odwozę Hipcię do III przystanku i wracam do roboty. Podniesione rano siodełko sprzyja lepszemu pedałowaniu (teraz już wiem, czemu tak dziwnie było). Ogólnie, jedzie się nam dobrze... za dobrze. Softshell robi swoje, ciepłe gatki robią swoje i ostatnie sześć kilometrów pokonuję już z gołą głową, żeby jakoś to ciepło mogło uchodzić. Czyli jednak na takie pogody, jak dzisiaj, kiedy temperatura uśredniona oscyluje około dwóch stopni, a odczuwalna to zero, trzeba wrócić do zestawu koszulka + bluza; softshell jeszcze za ciepły na takie zabawy.
Problem w tym, że Damian zaprzeczył, jakoby tam był. Zatem miał chłopiec szczęście.
W kierunku "do pracy" odwozę Hipcię do III przystanku i wracam do roboty. Podniesione rano siodełko sprzyja lepszemu pedałowaniu (teraz już wiem, czemu tak dziwnie było). Ogólnie, jedzie się nam dobrze... za dobrze. Softshell robi swoje, ciepłe gatki robią swoje i ostatnie sześć kilometrów pokonuję już z gołą głową, żeby jakoś to ciepło mogło uchodzić. Czyli jednak na takie pogody, jak dzisiaj, kiedy temperatura uśredniona oscyluje około dwóch stopni, a odczuwalna to zero, trzeba wrócić do zestawu koszulka + bluza; softshell jeszcze za ciepły na takie zabawy.
- DST 43.99km
- Czas 02:02
- VAVG 21.63km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 14 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Do pracy po weekendzie
Oj, jak nie chciało się wstawać rano...
- DST 10.01km
- Czas 00:28
- VAVG 21.45km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Niedziela, 13 listopada 2011
Kategoria do czytania, > 50 km
Piaseczno, jakiego nie znacie, czyli głupi dwa razy jeździ
W sobotę miałem imieniny, które jak zaczęliśmy świętować popołudniem (Niech żyje tequila!), tak przerwaliśmy na krótko, by zbudzić się tuż przed północą i kontynuować zabawę. W międzyczasie oglądnęliśmy sobie Rango (polecam!), ze dwie walki w oczekiwaniu na walkę Pacquiao, po czym usnęliśmy jakoś po czwartej (piątej?), decydując, że jednak na rower nie idziemy (a pierwotny plan zakładał, że świętujemy, wracamy do legalnych granic i jedziemy nocą w miasto).
Samą niedzielę przesiedzieliśmy generalnie nie zajmując się niczym konkretnym. Który to sposób spędzania czasu ja bardzo lubię, a Hipcia wręcz nie znosi. W opierniczaniu się pomagała pogoda, która jeśli do czegoś zachęcała, to do zwinięcia się gdzieś w kącie i czekania na śmierć ;-) Niemniej jednak zebrać się trzeba było. Planów było sporo. Od dwóch autorowerów, przez wycieczkę na Ursus, do jazdy do Lasu Labackiego. Pada na Kabaty, po czym jeszcze spuszczamy wzrok na mapie i zauważamy, że na dole jest jeszcze Piaseczno. Gdzie też jest gdzie pojechać, a przy okazji czeka dzisiejsza świeżynka. Ruszamy zatem, Hipcia marudzi, że za wcześnie, bo za dużo ludzi kręci się po mieście, ale jakoś docieramy na Służew, tam postanawiamy zmienić plany i najpierw uderzyć na Piaseczno, potem ewentualnie, jeśli będzie nam się chciało, zrobić Kabaty.
Piaseczno. Miasto, które do tej pory nam się kojarzyło z Decathlonem i Outlet Center. Czy coś tam jeszcze jest?
Za Poleczki wsiadamy na lewą stronę Puławskiej, żeby po stu metrach pięknej ścieżki, wpaść w nierówny chodnik, przeplatany do tego remontami. Zmieniamy stronę, remontów nie ma, dalej jest nierówno, zatem wsiadamy na jezdnię i lecimy aż do samego Piaseczna. Tam zakręcamy kółko przez kilka różnych WP, odwiedzamy sobie głaz narzutowy, dwa kościoły, mleczarnię-świeżynkę, dworek i dwa mosty/kładki nad Jeziorką. Chwilę na to wszystko musieliśmy poświęcić, w międzyczasie również spadła nieco temperatura (albo wzrosła wilgotność) i zrobiło się nie do końca przyjemnie. Na Warszawę wylatujemy już trochę znudzeni, bo szału nie było - może dwa ostatnie wp (kładka i jaz na Jeziorce) wymagały czegoś więcej niż spisania kodu - wejścia ścieżką między ciemne drzewa, chociaż tu też szukania dużo nie było. Po drodze zjeżdżamy do Mc D., planowo na kawę i plan - czy jedziemy dalej na Kabaty, czy nie. Zamówmy wobec tego kawę... dobra, dobra, a gdzie jest saszetka z portfelem?! Nie ma. Szlag. Dupa na siodło i wio z powrotem do Piaseczna. Jedyne miejsce, gdzie mogła zostać, to właśnie Mleczarnia. Czyli leży tam już półtorej godziny. Szorujemy zatem, ignorując po drodze zakaz wjazdu rowerów tuż przy estakadzie do Auchan (po co ten zakaz tam jest?)... dojeżdżamy... nie ma... jest! Na rampie, do której był przyklejony kod, a przy której robiliśmy przerwę na posiłek, była również dziura, w którą, przy calym przepakowywaniu, saszetka musiała się obsunąć. Tak, że bez zaglądnięcia do środka, nie była zupełnie widoczna. Uff...
Potem tylko pozostaje znowu Puławska i znowu trasa na Warszawę. Są też plusy - zamiast 60 wyszło 70km. :-D
Samą niedzielę przesiedzieliśmy generalnie nie zajmując się niczym konkretnym. Który to sposób spędzania czasu ja bardzo lubię, a Hipcia wręcz nie znosi. W opierniczaniu się pomagała pogoda, która jeśli do czegoś zachęcała, to do zwinięcia się gdzieś w kącie i czekania na śmierć ;-) Niemniej jednak zebrać się trzeba było. Planów było sporo. Od dwóch autorowerów, przez wycieczkę na Ursus, do jazdy do Lasu Labackiego. Pada na Kabaty, po czym jeszcze spuszczamy wzrok na mapie i zauważamy, że na dole jest jeszcze Piaseczno. Gdzie też jest gdzie pojechać, a przy okazji czeka dzisiejsza świeżynka. Ruszamy zatem, Hipcia marudzi, że za wcześnie, bo za dużo ludzi kręci się po mieście, ale jakoś docieramy na Służew, tam postanawiamy zmienić plany i najpierw uderzyć na Piaseczno, potem ewentualnie, jeśli będzie nam się chciało, zrobić Kabaty.
Piaseczno. Miasto, które do tej pory nam się kojarzyło z Decathlonem i Outlet Center. Czy coś tam jeszcze jest?
Za Poleczki wsiadamy na lewą stronę Puławskiej, żeby po stu metrach pięknej ścieżki, wpaść w nierówny chodnik, przeplatany do tego remontami. Zmieniamy stronę, remontów nie ma, dalej jest nierówno, zatem wsiadamy na jezdnię i lecimy aż do samego Piaseczna. Tam zakręcamy kółko przez kilka różnych WP, odwiedzamy sobie głaz narzutowy, dwa kościoły, mleczarnię-świeżynkę, dworek i dwa mosty/kładki nad Jeziorką. Chwilę na to wszystko musieliśmy poświęcić, w międzyczasie również spadła nieco temperatura (albo wzrosła wilgotność) i zrobiło się nie do końca przyjemnie. Na Warszawę wylatujemy już trochę znudzeni, bo szału nie było - może dwa ostatnie wp (kładka i jaz na Jeziorce) wymagały czegoś więcej niż spisania kodu - wejścia ścieżką między ciemne drzewa, chociaż tu też szukania dużo nie było. Po drodze zjeżdżamy do Mc D., planowo na kawę i plan - czy jedziemy dalej na Kabaty, czy nie. Zamówmy wobec tego kawę... dobra, dobra, a gdzie jest saszetka z portfelem?! Nie ma. Szlag. Dupa na siodło i wio z powrotem do Piaseczna. Jedyne miejsce, gdzie mogła zostać, to właśnie Mleczarnia. Czyli leży tam już półtorej godziny. Szorujemy zatem, ignorując po drodze zakaz wjazdu rowerów tuż przy estakadzie do Auchan (po co ten zakaz tam jest?)... dojeżdżamy... nie ma... jest! Na rampie, do której był przyklejony kod, a przy której robiliśmy przerwę na posiłek, była również dziura, w którą, przy calym przepakowywaniu, saszetka musiała się obsunąć. Tak, że bez zaglądnięcia do środka, nie była zupełnie widoczna. Uff...
Potem tylko pozostaje znowu Puławska i znowu trasa na Warszawę. Są też plusy - zamiast 60 wyszło 70km. :-D
- DST 73.96km
- Czas 03:54
- VAVG 18.96km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 11 listopada 2011
Kategoria do czytania, waypointgame, > 50 km
Pomykając nocną, mroźną Warszawą...
W piątek był plan, żeby się gdzieś wybrać. "Gdzieś", było raczej nieokreślone, więc siedzieliśmy sobie w domu zajmując się nicnierobieniem. W międzyczasie prawdziwi obywatele zrobili prawdziwie polskie święcenie Święta Niepodległości, więc darowaliśmy sobie wyjazd, bo nasza planowana wtedy trasa przejazdu przebiegała dziwnie blisko zamkniętych ulic. Dopiero gdzieś po 21:00 zrobił się względny spokój, więc zaczęliśmy się pakować, przy okazji zmieniając nieco plan trasy.
Wyjeżdżamy chyba koło 22:00, kierując się na północ. Wsiadamy w pustą Powstańców... i jedziemy. Darujemy sobie turlanie po DDRach, bo droga pusta, możemy spokojnie sunąć obok siebie zajmując połowę prawego pasa. Podobnie zresztą trasa wygląda już przez całą wyprawę: samochodów jak na lekarstwo, na palcach jednej ręki można policzyć miejsca, gdzie decydujemy się jednak jechać gęsiego, by nie tamować ruchu. Przez całą wyprawę również można traktować światła i linie jako wyznaczniki i sugestie, nie jako rzeczywiste obowiązki zatrzymywania się, czy tam niejechania pod prąd. Nie znaczy to, oczywiście, że prawo łamaliśmy: nie, jak porządni Obywatele i Cykliści, staliśmy na tym czerwonym na pustych ulicach.
Pierwszy przystanek - parking przy ZOO, gdzie, z okazji moich imienin, które wypadały nazajutrz, ustawiamy sobie waypointa Hipopotamiarnia. Murek niestety jest szczelny, pod kasami naklejanie vlepek jest złym pomysłem, wybór pada na opuszczony budynek, gdzieś na wschód od parkingu. Zwiedzam tenże, cały jest zasypany skrzynkami na butelki, a gdzieś głębiej służy za toaletę. Biorę naklejkę, załatwiam to, co z nią trzeba załatwić, po czym podnoszę się i widzę, że na zewnątrz zrobiło się podejrzanie jasno. Na widok radiowozu uspokajam się, bo z wszystkich samochodów, które mogą zatrzymać się przy nas, na opuszczonym parkingu, przy opuszczonym domu, ten akurat kojarzy się jakoś najprzyjemniej. Panowie łażą z latarkami dookoła, świecą mi do sakwy, przychodzę, grzecznie pytam, w czym mogę pomóc... no i teraz weź człowieku wytłumacz, co robiłeś w tym domu. Wybieram najlepszą opcję: mówię całą prawdę i tylko prawdę, prezentując upaćkany klejem paluch, pozostałe vlepki i pudełko z pinezkami. Chłopaki najwyraźniej uznają, że tak głupie tłumaczenie musi być prawdziwe, dlatego też życząc miłego wieczoru i przestrzegając (w okolicy byl rozbój i chyba jego sprawców szukali), jadą sobie w swoją stronę. Dobrze, że skończyło się na pogadance, bo o ile jeszcze dwie flaszki - jedną w sakwie i jedną pod siodłem, dałbym radę jakoś wytłumaczyć, o tyle z pałką i gazem, które zabrałem na wypadek, gdyby najlepsza broń przed stęsknionymi towarzystwa patriotami (rower) zawiodła, byłoby trudniej.
Vlepka podklejona, kierujemy się dalej w głąb Bródna. Surf zostawił sobie bowiem takiego stwora, stamtąd pojechaliśmy sobie przez okolice Stadionu Narodowego i Most Poniatowskiego pod Muzeum Wojska Polskiego (kompletujący tym samym drugą "świeżynkę" do kolekcji). Przy okazji, po raz pierwszy w życiu (albo pierwszy raz od dawna) widzieliśmy nocne miasto z tego mostu. Ładnie to wygląda. Stadion, oba brzegi i ten most kolejowy, przy którym wiszą te "płachty", na który tak wszyscy narzekali, moim zdaniem też prezentuje się bardzo ładnie. Oczywiście nie zabraliśmy aparatu, więc zdjęć nie ma. Gdybyśmy go zabrali i zrobili te zdjęcia, pewnie też bym ich tu nie wrzucił, taki już coś leniwy jestem. Ale może kiedyś...
Pod Muzeum mamy punkt decyzyjny: możemy wracać do domu, albo skoczyć sobie na Słuzewiec, żeby pojechać tu i ówdzie. Decydujemy się na ten drugi wariant, wskakujemy na puściutką Puławską, zahaczamy pierwszą kapliczkę, po czym tuż obok muru wyścigów (wylądowała tam nowiutka tablica pamięci, ktoś chce waypointa?) wpadamy w chmurę zimna. Która to towarzyszy nam aż do powrotu do Rzymowskiego. Drugą kapliczkę zdobywamy równo obszczekani przez dwa wilczury, na szczęście za siatką.
Do domu wracamy spokojnie i radośnie; na Górczewskiej tylko jakiś pacan postanawia sobie trąbnąć, najwyraźniej zaskoczony, że gdy on zawraca nagle znikąd pojawiają się rowerzyści; na sam koniec jeszcze wskakujemy w Osiedle Przyjaźń, gdy wracamy na Górczewską, ścigający się z drugim kretynem kretyn w BMW trąbi na nas z odległości 500m; w nagrodę dostaje palec, który to palec chyba zauważa, bo na naszej wysokości kontrolnie trąbi sobie jeszcze raz, krótko. Na wysokości naszego bloku okazuje się, że na liczniku jest 49km. To cóż, trzeba dokręcić do pięćdziesięciu: dodatkowe kółko przez kładkę nad S8 i w końcu w domu. Godzina druga w nocy. Nie ma chyba lepszej pory na wyprawy rowerowe niż noc.
Wyjeżdżamy chyba koło 22:00, kierując się na północ. Wsiadamy w pustą Powstańców... i jedziemy. Darujemy sobie turlanie po DDRach, bo droga pusta, możemy spokojnie sunąć obok siebie zajmując połowę prawego pasa. Podobnie zresztą trasa wygląda już przez całą wyprawę: samochodów jak na lekarstwo, na palcach jednej ręki można policzyć miejsca, gdzie decydujemy się jednak jechać gęsiego, by nie tamować ruchu. Przez całą wyprawę również można traktować światła i linie jako wyznaczniki i sugestie, nie jako rzeczywiste obowiązki zatrzymywania się, czy tam niejechania pod prąd. Nie znaczy to, oczywiście, że prawo łamaliśmy: nie, jak porządni Obywatele i Cykliści, staliśmy na tym czerwonym na pustych ulicach.
Pierwszy przystanek - parking przy ZOO, gdzie, z okazji moich imienin, które wypadały nazajutrz, ustawiamy sobie waypointa Hipopotamiarnia. Murek niestety jest szczelny, pod kasami naklejanie vlepek jest złym pomysłem, wybór pada na opuszczony budynek, gdzieś na wschód od parkingu. Zwiedzam tenże, cały jest zasypany skrzynkami na butelki, a gdzieś głębiej służy za toaletę. Biorę naklejkę, załatwiam to, co z nią trzeba załatwić, po czym podnoszę się i widzę, że na zewnątrz zrobiło się podejrzanie jasno. Na widok radiowozu uspokajam się, bo z wszystkich samochodów, które mogą zatrzymać się przy nas, na opuszczonym parkingu, przy opuszczonym domu, ten akurat kojarzy się jakoś najprzyjemniej. Panowie łażą z latarkami dookoła, świecą mi do sakwy, przychodzę, grzecznie pytam, w czym mogę pomóc... no i teraz weź człowieku wytłumacz, co robiłeś w tym domu. Wybieram najlepszą opcję: mówię całą prawdę i tylko prawdę, prezentując upaćkany klejem paluch, pozostałe vlepki i pudełko z pinezkami. Chłopaki najwyraźniej uznają, że tak głupie tłumaczenie musi być prawdziwe, dlatego też życząc miłego wieczoru i przestrzegając (w okolicy byl rozbój i chyba jego sprawców szukali), jadą sobie w swoją stronę. Dobrze, że skończyło się na pogadance, bo o ile jeszcze dwie flaszki - jedną w sakwie i jedną pod siodłem, dałbym radę jakoś wytłumaczyć, o tyle z pałką i gazem, które zabrałem na wypadek, gdyby najlepsza broń przed stęsknionymi towarzystwa patriotami (rower) zawiodła, byłoby trudniej.
Vlepka podklejona, kierujemy się dalej w głąb Bródna. Surf zostawił sobie bowiem takiego stwora, stamtąd pojechaliśmy sobie przez okolice Stadionu Narodowego i Most Poniatowskiego pod Muzeum Wojska Polskiego (kompletujący tym samym drugą "świeżynkę" do kolekcji). Przy okazji, po raz pierwszy w życiu (albo pierwszy raz od dawna) widzieliśmy nocne miasto z tego mostu. Ładnie to wygląda. Stadion, oba brzegi i ten most kolejowy, przy którym wiszą te "płachty", na który tak wszyscy narzekali, moim zdaniem też prezentuje się bardzo ładnie. Oczywiście nie zabraliśmy aparatu, więc zdjęć nie ma. Gdybyśmy go zabrali i zrobili te zdjęcia, pewnie też bym ich tu nie wrzucił, taki już coś leniwy jestem. Ale może kiedyś...
Pod Muzeum mamy punkt decyzyjny: możemy wracać do domu, albo skoczyć sobie na Słuzewiec, żeby pojechać tu i ówdzie. Decydujemy się na ten drugi wariant, wskakujemy na puściutką Puławską, zahaczamy pierwszą kapliczkę, po czym tuż obok muru wyścigów (wylądowała tam nowiutka tablica pamięci, ktoś chce waypointa?) wpadamy w chmurę zimna. Która to towarzyszy nam aż do powrotu do Rzymowskiego. Drugą kapliczkę zdobywamy równo obszczekani przez dwa wilczury, na szczęście za siatką.
Do domu wracamy spokojnie i radośnie; na Górczewskiej tylko jakiś pacan postanawia sobie trąbnąć, najwyraźniej zaskoczony, że gdy on zawraca nagle znikąd pojawiają się rowerzyści; na sam koniec jeszcze wskakujemy w Osiedle Przyjaźń, gdy wracamy na Górczewską, ścigający się z drugim kretynem kretyn w BMW trąbi na nas z odległości 500m; w nagrodę dostaje palec, który to palec chyba zauważa, bo na naszej wysokości kontrolnie trąbi sobie jeszcze raz, krótko. Na wysokości naszego bloku okazuje się, że na liczniku jest 49km. To cóż, trzeba dokręcić do pięćdziesięciu: dodatkowe kółko przez kładkę nad S8 i w końcu w domu. Godzina druga w nocy. Nie ma chyba lepszej pory na wyprawy rowerowe niż noc.
- DST 51.06km
- Czas 02:44
- VAVG 18.68km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 10 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Powrót z pracy przed długim weekendem
Szału nie było: wróciłem po prostu z pracy. A potem, w tłumie ludzi, ruszyliśmy do hipermarketu, zrobić zapasy przed nadciągającym czerwonym świętem. Dwa razy o mało co odruchowo nie zasygnalizowałem skrętu, zamyślony pchając wózek. Co zresztą zdarza mi się również, gdy zamyślony idę korytarzem. Ot, odruch.
- DST 10.17km
- Czas 00:24
- VAVG 25.42km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 10 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Poprawiamy technikę pedałowania
Jako że już tak mam, że jedyne części ciała, które są w stanie mi zmarznąć, to stopy i dłonie, czas nadszedł, by zadbać o komfort dla tychże. W tymże celu poprosiłem Panią moją najmilszą, żeby odkopała mi moje pokrowce na buty. W nich pojechałem na kurs... a akurat wieczór był ciepły :/ Na szczęście, gdy już wracaliśmy, zrobiło się chłodniej i można było rzec, że pokrowce funkcję swą spełniają. Trzeba jeszcze odkopać jesienne rękawiczki i Hipek gotów na zimowe zmagania.
Czas, gdy lewej nogi nie było i musiałem pedałować mocniej prawą (a momentami tylko prawą, gdy lewa zwisała wypięta i odpoczywała), uświadomił mi, że z moją techniką pedałowania jest coś nie tak. Konkretnie: że jej nie ma. Samo ćwiczenie pedałowania jedną tylko nogą pokazało, w których momentach nie dokładam siły, a jedynie transportuję pedał na miejsce. Od dwóch dni zmieniam sobie przełożenie na cięższe i ćwiczę nieprzerwane dostarczanie mocy w korbę. Łydki nie czują się dobrze z tym pomysłem.
Jadąc do pracy odstawiłem Hipcię do przystanku II (Siedmiogrodzka/Karolkowa) i zwinąłem kuper do starego miejsca pracy, odebrać przesyłkę, która jakimś cudem tam trafiła. Smar do łańcucha. W samą porę.
Ostatni kilometr przycisnąłem maksymalnie. To dobry pomysł, tak sobie strzelić na sam koniec. Nogi już rozgrzane, więc można spokojnie zasuwać. Trzeba to też wprowadzić na stałe, jako element tras dojazdowych.
Można by też tak po kursie - ostatnie dwa kilometry (asfalt/ładna ścieżka) pocisnąć na maks... Tylko weź sobie tu człowieku po szesnastu godzinach poza domem, tuż przed północą, ciśnij na maksa...
Czas, gdy lewej nogi nie było i musiałem pedałować mocniej prawą (a momentami tylko prawą, gdy lewa zwisała wypięta i odpoczywała), uświadomił mi, że z moją techniką pedałowania jest coś nie tak. Konkretnie: że jej nie ma. Samo ćwiczenie pedałowania jedną tylko nogą pokazało, w których momentach nie dokładam siły, a jedynie transportuję pedał na miejsce. Od dwóch dni zmieniam sobie przełożenie na cięższe i ćwiczę nieprzerwane dostarczanie mocy w korbę. Łydki nie czują się dobrze z tym pomysłem.
Jadąc do pracy odstawiłem Hipcię do przystanku II (Siedmiogrodzka/Karolkowa) i zwinąłem kuper do starego miejsca pracy, odebrać przesyłkę, która jakimś cudem tam trafiła. Smar do łańcucha. W samą porę.
Ostatni kilometr przycisnąłem maksymalnie. To dobry pomysł, tak sobie strzelić na sam koniec. Nogi już rozgrzane, więc można spokojnie zasuwać. Trzeba to też wprowadzić na stałe, jako element tras dojazdowych.
Można by też tak po kursie - ostatnie dwa kilometry (asfalt/ładna ścieżka) pocisnąć na maks... Tylko weź sobie tu człowieku po szesnastu godzinach poza domem, tuż przed północą, ciśnij na maksa...
- DST 39.77km
- Czas 01:53
- VAVG 21.12km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 9 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Kilometronabijacz
Dziwny dziś dzień.
Wczoraj i przedwczoraj było ciepło - prawie nikt nie jeździł. W poniedziałem pierwszego rowerzystę spotkaliśmy dopiero na Prymasa. Dziś - mimo że mgliście i chłodniej niż ostatnio - wysyp rowerzystów.
Na przystankach ludzi brak. Jakiś bojkot komunikacji miejskiej; wyrwany znak przystanku przy Górczewskiej/Prymasa tylko potwierdza. Zbuntowani ludzie wsiedli jak jeden mąż do samochodów i stali w korkach. Nietypowo dużych korkach.
A noga się już naprawiła i może w zasadzie pedałować tak, jak powinna.
Hipcię odstawiłem jak wczoraj do przystanku nr. III (Jana Pawła). Kiedyś, gdy nie wiedziała, co to BS, mówiła, że fajnie, że ją odprowadzam. Teraz - mówi mi, że nabijam kilometry, żeby ją wyprzedzić w rankingu. I bądź tu, człowieku, miły :]
Wczoraj i przedwczoraj było ciepło - prawie nikt nie jeździł. W poniedziałem pierwszego rowerzystę spotkaliśmy dopiero na Prymasa. Dziś - mimo że mgliście i chłodniej niż ostatnio - wysyp rowerzystów.
Na przystankach ludzi brak. Jakiś bojkot komunikacji miejskiej; wyrwany znak przystanku przy Górczewskiej/Prymasa tylko potwierdza. Zbuntowani ludzie wsiedli jak jeden mąż do samochodów i stali w korkach. Nietypowo dużych korkach.
A noga się już naprawiła i może w zasadzie pedałować tak, jak powinna.
Hipcię odstawiłem jak wczoraj do przystanku nr. III (Jana Pawła). Kiedyś, gdy nie wiedziała, co to BS, mówiła, że fajnie, że ją odprowadzam. Teraz - mówi mi, że nabijam kilometry, żeby ją wyprzedzić w rankingu. I bądź tu, człowieku, miły :]
- DST 25.31km
- Czas 01:05
- VAVG 23.36km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 8 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport, waypointgame
Z czołówką na... czole
Po niedzielnym autorowerze zostawiliśmy jedną z lampek w samochodzie, rano przed pracą nie było czasu, żeby po nią iść, więc z pracy wracałem z czołówką. Noga wygląda na dobrze się czującą: staram się nie gnać, ale i tak samo wyszło około 30km/h przez Połczyńską i Lazurową. Przy okazji teraz, gdy po remoncie wyczyszczono mi amortyzator, jestem w stanie odróżnić stany zablokowanego i odblokowanego. A dzięki temu również mogę docenić, jak wiele daje na asfalcie sztywny widelec... Jest fajnie, mimo że do odblokowania/zablokowania muszę się zatrzymać i odciążyć koło - inaczej się nie da, zresztą blokada jest przy widelcu, a nie, jak to ma Hipcia, przy kierownicy.
Na kurs pojechaliśmy już normalnym, rozsądnym tempem, bez ciągnięcia mnie w tunelu i ledwoosiągania 25km/h. Po kursie mieliśmy jechać na Służew, odwiedzić dwa nowe waypointy, ale w międzyczasie sprawdziłem, że dopiero co opublikował się Miś. Wybór był prosty: kapliczek już naodwiedzaliśmy się do znudzenia, a taki Miś jest tylko jeden. Szumiąc gumami i dysząc parą ruszyliśmy zatem w kierunku Połczyńskiej, tam zrobiliśmy zejście i już byliśmy nad stawem. Na którym - wypisz, wymaluj - stał sobie Miś. W nocy przypominał raczej jakiegoś minotaura, czy inne straszydło, ale chwilowo się nie ruszał, więc spokojnie spisaliśmy kod. Potem okazało się, że Hipcia zadbała o oprawę wyprawy i, skoro mieliśmy szlajać się nocami, zabrała coś na rozgrzanie się. Miś nadal się nie ruszał, więc postanowiliśmy sprawić, żeby się poruszył... niestety, mieliśmy tylko porcję na rozgrzewkę, a nie porcję po której Misie same zaczynają się ruszać, więc zniechęceni wróciliśmy do domu.
Do pracy rano udało się zebrać zaskakująco sprawnie, więc, dzięki zapasowi czasowemu, mogłem odstawić Hipcię aż do standardowej miejscówki na Grzybowskiej. Na odwózkę pod samą pracę czasu nie starczyło; musielibyśmy wyjść z domu najpóźniej 7:45, żeby się udało.
Na kurs pojechaliśmy już normalnym, rozsądnym tempem, bez ciągnięcia mnie w tunelu i ledwoosiągania 25km/h. Po kursie mieliśmy jechać na Służew, odwiedzić dwa nowe waypointy, ale w międzyczasie sprawdziłem, że dopiero co opublikował się Miś. Wybór był prosty: kapliczek już naodwiedzaliśmy się do znudzenia, a taki Miś jest tylko jeden. Szumiąc gumami i dysząc parą ruszyliśmy zatem w kierunku Połczyńskiej, tam zrobiliśmy zejście i już byliśmy nad stawem. Na którym - wypisz, wymaluj - stał sobie Miś. W nocy przypominał raczej jakiegoś minotaura, czy inne straszydło, ale chwilowo się nie ruszał, więc spokojnie spisaliśmy kod. Potem okazało się, że Hipcia zadbała o oprawę wyprawy i, skoro mieliśmy szlajać się nocami, zabrała coś na rozgrzanie się. Miś nadal się nie ruszał, więc postanowiliśmy sprawić, żeby się poruszył... niestety, mieliśmy tylko porcję na rozgrzewkę, a nie porcję po której Misie same zaczynają się ruszać, więc zniechęceni wróciliśmy do domu.
Do pracy rano udało się zebrać zaskakująco sprawnie, więc, dzięki zapasowi czasowemu, mogłem odstawić Hipcię aż do standardowej miejscówki na Grzybowskiej. Na odwózkę pod samą pracę czasu nie starczyło; musielibyśmy wyjść z domu najpóźniej 7:45, żeby się udało.
- DST 48.18km
- Czas 02:23
- VAVG 20.22km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 7 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Dzień dobry, panie taksówkarzu
Nareszcie udało się pojechać z rana do pracy. Trasa normalna, z wyjątkiem może momentu, w którym na skrzyżowaniu Górczewskiej z Prymasa, złotówiarz zastawia przejazd dla rowerzystów. Przejeżdżam przed nim, on w tym momencie rusza... w zasadzie się oparł o mnie. Do tej pory nie wiem, dlaczego nie wezwałem Policji: rozwalił mnie facet tekstem, że przez przejście się rower przeprowadza. I że nie ma czegoś takiego jak "przejazd". Teraz wydaje mi się, że nie wezwałem władz, bo tak się zająłem zjeżdżaniem go od ostatnich (a pojechałem sobie, hej!), że zapomniałem, że można mu jeszcze koło dupy zrobić. Przypomniałem sobie o tym dwieście metrów dalej.
- DST 10.03km
- Czas 00:30
- VAVG 20.06km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Niedziela, 6 listopada 2011
Kategoria autorower, do czytania, waypointgame, < 25km
Autorower w Konstancinie-Jeziornej
Jak się powiedziało "A", wypada powiedzieć "Psik". W drugi dzień weekendu pakujemy rowery i ruszamy na zdobywanie waypointów w Konstancinie-Jeziornej. Nauczeni dniem poprzednim, ubieramy się jeszcze cieplej, co w konsekwencji i tak okazuje się nie w pełni wystarczające (ręce i stopy); gdy wróciliśmy do samochodu, termometr pokazał 2 stopnie.
Pierwsza część wycieczki - ciekawa: wyjeżdżamy z Konstancina, i ruszamy wzdłuż torów i pól, próbując tędy dostać się do sąsiedniej wioski. Turlamy się powolutku w świetle lampek, co chwilę ogrzewając się rudym napitkiem. Potem wracamy do Konstancina i zaczynamy Serię. Seria - to konstancińskie wille, których, kurka... jest mnogo. Sama jazda po dzielnicy willowej jest przyjemna, spokój, cisza... ale przejechanie kilkuset metrów - postój na kod i tak w kółko... irytuje i męczy. I na pewno nie grzeje. Zatem z przyjemnością powitaliśmy końcówkę, gdzie można było więcej jechac niż stać. Jednym z waypointów z końcówki był Obiekt kanalizacyjny w Oborach. Na początku, objeżdżamy dworek dookoła, potem stwierdzamy, że jednak może trzeba zawrócić. Tu, przy zawracaniu, przyczepia się do mnie pies, który goni mnie uparcie po dziurawej drodze. Gazu wyciągnąć nie dam rady, gdy jest za blisko nogawki, wykonuję kontrolny kop w tył, trafiam podeszwą, czyli blokiem, skutecznie: Hipcię tylko raz szczeknął, potem, gdy jechaliśmy, tylko warczał cicho zza ogrodzenia. Najchętniej bym sprzedał kopa nie psu, a właścicielowi, który nie pilnuje zwierzaka, bo to nie wina psiaka, że nas pogonił... trudno. Na sam obiekt zajeżdżamy, czeka nas tylko znalezienie odpowiedniej drogi podejścia, wspinaczka na "balkonik" i odpisanie kodu. I pokrzywy! Pierwszy raz w życiu poparzyłem się pokrzywami w listopadzie! :D
Potem tylko powrót do samochodu, ogrzewanie na maksa i do domu.
Pierwsza część wycieczki - ciekawa: wyjeżdżamy z Konstancina, i ruszamy wzdłuż torów i pól, próbując tędy dostać się do sąsiedniej wioski. Turlamy się powolutku w świetle lampek, co chwilę ogrzewając się rudym napitkiem. Potem wracamy do Konstancina i zaczynamy Serię. Seria - to konstancińskie wille, których, kurka... jest mnogo. Sama jazda po dzielnicy willowej jest przyjemna, spokój, cisza... ale przejechanie kilkuset metrów - postój na kod i tak w kółko... irytuje i męczy. I na pewno nie grzeje. Zatem z przyjemnością powitaliśmy końcówkę, gdzie można było więcej jechac niż stać. Jednym z waypointów z końcówki był Obiekt kanalizacyjny w Oborach. Na początku, objeżdżamy dworek dookoła, potem stwierdzamy, że jednak może trzeba zawrócić. Tu, przy zawracaniu, przyczepia się do mnie pies, który goni mnie uparcie po dziurawej drodze. Gazu wyciągnąć nie dam rady, gdy jest za blisko nogawki, wykonuję kontrolny kop w tył, trafiam podeszwą, czyli blokiem, skutecznie: Hipcię tylko raz szczeknął, potem, gdy jechaliśmy, tylko warczał cicho zza ogrodzenia. Najchętniej bym sprzedał kopa nie psu, a właścicielowi, który nie pilnuje zwierzaka, bo to nie wina psiaka, że nas pogonił... trudno. Na sam obiekt zajeżdżamy, czeka nas tylko znalezienie odpowiedniej drogi podejścia, wspinaczka na "balkonik" i odpisanie kodu. I pokrzywy! Pierwszy raz w życiu poparzyłem się pokrzywami w listopadzie! :D
Potem tylko powrót do samochodu, ogrzewanie na maksa i do domu.
- DST 20.72km
- Czas 01:40
- VAVG 12.43km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















