Wpisy archiwalne w kategorii
do czytania
| Dystans całkowity: | 96832.03 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 4314:10 |
| Średnia prędkość: | 22.38 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 4401.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 164904 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (87 %) |
| Suma kalorii: | 202907 kcal |
| Liczba aktywności: | 1948 |
| Średnio na aktywność: | 49.73 km i 2h 13m |
| Więcej statystyk | |
Środa, 19 października 2011
Kategoria do czytania, transport
Pan Mechanik
Kikut ma się coraz lepiej. Z pracy pojechałem spokojniejszą (a teraz, po ostatnim remoncie również równiutką) Połczyńską, gdzie udało się nawet (wiało w kuper) rozbujać do całych 30km/h.
W domu, po wypełnieniu nagromadzonych obowiązków domowych, wziąłem się za otwarcie puszki piwa i przeistoczyłem się na półtorej godziny w Mechanika, na warsztat wziąłem rower Hipci i zacząłem się zapoznawać z zupełnie dla mnie nieznanym tematem regulacji hamulców tarczowych (które ni z tego ni z owego postanowiły zacząć trzeć). Hamulce udało sę wyregulować; przy okazji okazało się, że pan sprzedawca nakłamał: "Panie, na tych okładzinach to spokojnie państwo pojeździcie ze dwa lata". Taaaaaak. Niecałe cztery miesiące i tył do wymiany, przód w sumie ma się niewiele lepiej. Nie wiem, czy to okładziny takie dupne, czy koło obcierało w warunkach raczej błotnych, czy po prostu tak to się zużywa, kropka. Potem jeszcze wymiana opon na cienkie i fajrant.
Do pracy już coraz spokojniej, widać, że bandaż i odciążenie służą. Za ciepło się ubrałem; długie spodnie i długa bluzka już w środku trasy (mimo że nie jechaliśmy szybko), zaczęły bardzo przeszkadzać.
O, i średnia wyszła powyżej 20km/h, widać, że zdrowie wraca :-)
[edit]
I nareszcie udało się wypisać Hipci zaległe statystyki za 2011. Teraz już jest na bieżąco.
W domu, po wypełnieniu nagromadzonych obowiązków domowych, wziąłem się za otwarcie puszki piwa i przeistoczyłem się na półtorej godziny w Mechanika, na warsztat wziąłem rower Hipci i zacząłem się zapoznawać z zupełnie dla mnie nieznanym tematem regulacji hamulców tarczowych (które ni z tego ni z owego postanowiły zacząć trzeć). Hamulce udało sę wyregulować; przy okazji okazało się, że pan sprzedawca nakłamał: "Panie, na tych okładzinach to spokojnie państwo pojeździcie ze dwa lata". Taaaaaak. Niecałe cztery miesiące i tył do wymiany, przód w sumie ma się niewiele lepiej. Nie wiem, czy to okładziny takie dupne, czy koło obcierało w warunkach raczej błotnych, czy po prostu tak to się zużywa, kropka. Potem jeszcze wymiana opon na cienkie i fajrant.
Do pracy już coraz spokojniej, widać, że bandaż i odciążenie służą. Za ciepło się ubrałem; długie spodnie i długa bluzka już w środku trasy (mimo że nie jechaliśmy szybko), zaczęły bardzo przeszkadzać.
O, i średnia wyszła powyżej 20km/h, widać, że zdrowie wraca :-)
[edit]
I nareszcie udało się wypisać Hipci zaległe statystyki za 2011. Teraz już jest na bieżąco.
- DST 15.81km
- Czas 00:45
- VAVG 21.08km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 18 października 2011
Kategoria do czytania, transport
Hipciociągnik
Przewiązanie kostki bandażem zwiększa nieco konfort jazdy, więc powrót do domu zapowiadał się w miarę wesoło, dodatkowo dawało to szansę na dojechanie rowerem na kurs (samochód odpadł, bo taki ze mnie samochodziarz, że nie znalazłem czasu na zrobienie badania technicznego i od poniedziałku auto stało się tylko bezużyteczną kupą złomu). Po drodze rozważałem pomysł zmiany pedałów na platformy, koniec konców odrzucony, bo zdjęcie SPD z prawej nogi = zabranie połowy pomocy, które prawa może dajć lewej.
Na kurs dojechałem Hipciociągnikiem. Czyli, pisząc wprost: siedziałem Hipci na kole jak jakaś pijawa; przynajmniej udało się jechać powyżej 25km/h, co w obecnych warunkach jest dla mnie zawrotną prędkością. Kursowe dwie godziny przeganiania ludzi w te i wewtę na pewno dodatkowodobrze mojej lewej nodze zrobiły ;-)
Dziś rano zaprowadziłem auto do mechanika, pieczątka wbita, można jeździć; potem sam się poturlałem do roboty - Hipcia już pojechała wcześniej.
Zepsuta noga jest do dupy. Trzy powody, dla których posiadanie zepsutej nogi jest do dupy:
1. Wlokę się. Jak ostatnia łajza. Gdy wczoraj udało mi się ułożyć nogę tak, że nie bolała i rozbujać do całych 21km/h, jak dziecko objechał mnie facet jadący z prędkością, którą normalnie określam jako "Nie chce mi się, pojadę sobie wolno".
2. Taka fajna temperatura, normalnie śmigałbym tylko w długiej bluzce, ale teraz nie mam jak się rozgrzać i jadę dodatkowo w bluzie.
3. Ni cholery nie potrafię oszacować, ile (przy znanym dystansie) zajmie mi dojazd do określonego miejsca.
Na kurs dojechałem Hipciociągnikiem. Czyli, pisząc wprost: siedziałem Hipci na kole jak jakaś pijawa; przynajmniej udało się jechać powyżej 25km/h, co w obecnych warunkach jest dla mnie zawrotną prędkością. Kursowe dwie godziny przeganiania ludzi w te i wewtę na pewno dodatkowodobrze mojej lewej nodze zrobiły ;-)
Dziś rano zaprowadziłem auto do mechanika, pieczątka wbita, można jeździć; potem sam się poturlałem do roboty - Hipcia już pojechała wcześniej.
Zepsuta noga jest do dupy. Trzy powody, dla których posiadanie zepsutej nogi jest do dupy:
1. Wlokę się. Jak ostatnia łajza. Gdy wczoraj udało mi się ułożyć nogę tak, że nie bolała i rozbujać do całych 21km/h, jak dziecko objechał mnie facet jadący z prędkością, którą normalnie określam jako "Nie chce mi się, pojadę sobie wolno".
2. Taka fajna temperatura, normalnie śmigałbym tylko w długiej bluzce, ale teraz nie mam jak się rozgrzać i jadę dodatkowo w bluzie.
3. Ni cholery nie potrafię oszacować, ile (przy znanym dystansie) zajmie mi dojazd do określonego miejsca.
- DST 31.84km
- Czas 01:44
- VAVG 18.37km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 17 października 2011
Kategoria do czytania, transport
Do pracy po weekendzie
Z rana new.meteo zapowiadało odczuwalną temperaturę poniżej zera, więc, biorąc pod uwagę moją nogę i to, że raczej zasuwał nie będę, ubrałem bluzkę z długim rękawem i softshell. I okazało się, że za ciepło się ubrałem.
Pierwsza wycieczka do biura - z Hipcią przez większość trasy, potem z biura do BlueShitty już sam: noga stwierdziła, że ma mnie gdzieś i że będzie bolała - musiałem robić coraz więcej przerw typu: lewa noga - zwis, prawa pedałuje. W pracy zakupiłem żel i opaskę uciskową, sprawdzimy, czy odciążenie nogi pomoże. Do lekarza nie ma co iść, bo wiem, co mi powie jako pierwsze ;)
Pierwsza wycieczka do biura - z Hipcią przez większość trasy, potem z biura do BlueShitty już sam: noga stwierdziła, że ma mnie gdzieś i że będzie bolała - musiałem robić coraz więcej przerw typu: lewa noga - zwis, prawa pedałuje. W pracy zakupiłem żel i opaskę uciskową, sprawdzimy, czy odciążenie nogi pomoże. Do lekarza nie ma co iść, bo wiem, co mi powie jako pierwsze ;)
- DST 13.31km
- Czas 00:42
- VAVG 19.01km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Niedziela, 16 października 2011
Kategoria do czytania, waypointgame, < 50km
Praskie waypointy
Szybka wycieczka na wschodnią stronę Wisły po kilka świeżych waypointów. Najbardziej cieszy waypoint w Porcie Praskim, który już długo wisiał niezdobyty, a nam się udało jako pierwszym.
Przy Wiśle już chłodniutko.
Przy Wiśle już chłodniutko.
- DST 47.72km
- Czas 02:49
- VAVG 16.94km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 14 października 2011
Kategoria do czytania, transport, waypointgame
Rowerem, ale samochodem
Pierwszą wiadomością jest, że Hipcia założyła sobie bikestata. Na początek po prostu założyliśmy konto (żeby nikt go nie zajął), a potem nagle Hipcia stwierdziła, że warto wpisywać statystyki. No i wpisuje. Moimi rękami ;-)
Pozostaje nam tylko do uzupełnienia ok. 8000km archiwalnych wpisów...
W sobotę przy okazji naprawy samochodu wybraliśmy się z rowerami do Nadarzyna. Mechanik samochodu nie zabrał, więc pomysł, że zostawiamy auto i wracamy do Warszawy rowerami trafił szlag; zatem wróciliśmy autem z rowerami na dachu i pozrywaliśmy trochę WP. Ale rowery były, zaliczone! :D
Pozostaje nam tylko do uzupełnienia ok. 8000km archiwalnych wpisów...
W sobotę przy okazji naprawy samochodu wybraliśmy się z rowerami do Nadarzyna. Mechanik samochodu nie zabrał, więc pomysł, że zostawiamy auto i wracamy do Warszawy rowerami trafił szlag; zatem wróciliśmy autem z rowerami na dachu i pozrywaliśmy trochę WP. Ale rowery były, zaliczone! :D
- DST 6.54km
- Czas 00:21
- VAVG 18.69km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 14 października 2011
Kategoria do czytania, transport
Prawie weekend!
Nareszcie udało się opisać i opublikować wycieczkę znad Bałtyku. Premiera odbyła się wczoraj, dziś w roli głównej recenzentki, do czytania usiadła Hipcia. I z miejsca wykryła trochę braków w moim tekście. Które na bieżąco poprawiłem. Zapomniałem m.in. o tym, że pierwszego dnia wycieczki kąpaliśmy się w Bałtyku. Jak mogłem o tym zapomnieć - nie wiem.
Z rana do pracy nową trasą, Bemowo -> BlueCity przez Kasprzaka, Rogalińską i Karolkową. Standardowo - rozstajemy się przy skrzyżowaniu z Karolkową, wtedy dopiero mogę odpocząć. Hipcia leci sobie swoim tempem, a ja próbuję nadążyć: po wycieczce nadciągnąłem sobie lewe ścięgno Achillesa i teraz pedałuję prawie wyłącznie prawą nogą. A jedną nogą za Szefową nie nadążę, zatem gdy się rozstaliśmy wreszcie mogłem wrócić do mojego obecnego tempa, z prędkością przelotową 22km/h. Czuję się jak ostatnia dupa, wlokąc się tak, ale łapa musi odpocząć, niech ma.
Z rana do pracy nową trasą, Bemowo -> BlueCity przez Kasprzaka, Rogalińską i Karolkową. Standardowo - rozstajemy się przy skrzyżowaniu z Karolkową, wtedy dopiero mogę odpocząć. Hipcia leci sobie swoim tempem, a ja próbuję nadążyć: po wycieczce nadciągnąłem sobie lewe ścięgno Achillesa i teraz pedałuję prawie wyłącznie prawą nogą. A jedną nogą za Szefową nie nadążę, zatem gdy się rozstaliśmy wreszcie mogłem wrócić do mojego obecnego tempa, z prędkością przelotową 22km/h. Czuję się jak ostatnia dupa, wlokąc się tak, ale łapa musi odpocząć, niech ma.
- DST 18.63km
- Czas 00:55
- VAVG 20.32km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 13 października 2011
Kategoria do czytania, transport, waypointgame
I juz polowa tygodnia
Wczoraj po pracy odpinam rower, cos dziwnego dzieje sie z kolem. Przod na sporym flaku. Dojechalem jakos do domu, bo nie mialem pompki. Szybka wymiana detki, na kurs; po kursie na Nowe Miasto, ustrzelic swiezynke, ktora zostawil Surf.
Rano do pracy spory kawalek z Hipcia; to plus przeprowadzki na nowe miejsce: teraz nie muszę aż tak się spieszyć do pracy, więc możemy więcej czasu spędzić razem przed pracą·
Zgubilem gdzies adapter do zaworow presta. Jesli zginal na wyjezdzie, to mielismy niesamowitego farta: jakas czesc urlopu przejechalismy nie majac w ogole mozliwosci pompowania kol. Uff...
Rano do pracy spory kawalek z Hipcia; to plus przeprowadzki na nowe miejsce: teraz nie muszę aż tak się spieszyć do pracy, więc możemy więcej czasu spędzić razem przed pracą·
Zgubilem gdzies adapter do zaworow presta. Jesli zginal na wyjezdzie, to mielismy niesamowitego farta: jakas czesc urlopu przejechalismy nie majac w ogole mozliwosci pompowania kol. Uff...
- DST 38.14km
- Czas 02:08
- VAVG 17.88km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 12 października 2011
Kategoria do czytania, transport
Do pracy, ale blisko
Od dwoch dni pracuje w BlueCity. Dystans skrocil sie o polowe, pech to pech.
Dzis jehalem z jedna sakwa i... bylaby gleba. Odzwyczailem sie od jednostronnego obciazenia.
Dzis jehalem z jedna sakwa i... bylaby gleba. Odzwyczailem sie od jednostronnego obciazenia.
- DST 14.34km
- Czas 00:38
- VAVG 22.64km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 11 października 2011
Kategoria do czytania, transport
Po urlopie...
Tak mi sie nie chcialo zbierac, ze az za pozno wyszedlem. Musialem potem gonic, dobrze, ze przy Wolskiej zlapalem milego kierowce, za ktorym cialem 51km/h az do Elekcyjnej.
Przyjemnie tak jechac sobie bez obciazenia i bez wysilku osiagac 30km/h. Mila odmiana.
Przyjemnie tak jechac sobie bez obciazenia i bez wysilku osiagac 30km/h. Mila odmiana.
- DST 8.23km
- Czas 00:22
- VAVG 22.45km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 10 października 2011
Kategoria do czytania, sakwy, waypointgame, > 50 km
Wyprawa wybrzeżem Bałtyku - rozdział VI (Karwia - Gdynia)
W którym Czytelnik dowie się, czy spanie pod gołym niebem w porze deszczowej popłaca, a następnie przejedzie się Mierzeją Helską, przedmucha wiatrem i wsiądzie z Bohaterami do pociągu.
Pierwszy budzik zadzwonił o 1:30. Szlag! Nie wiedziałem nawet, że Ona tak je ustawiła. Wybieram jedyną słuszną opcję: wyłączyć to gówno i wracamy w kimę. Przy okazji orientuję się, że temperatura na zewnątrz oscyluje w granicach 2-4 stopni, nic nie pada, a mi jest ciepło. Dobre te śpiwory. Co prawda spaliśmy w softshellach, żeby ograniczyć utratę ciepła przy poruszaniu się (nie zaciągaliśmy kapturów i kołnierza termicznego w śpiworze), ale jestem pewien, że nawet gdybym spał tylko w bieliźnie termicznej i zasłonił górę, byłoby ciepło.
Kolejny budzik - druga z minutami. Tak jak poprzedni: bęc i cisza ma być! Kolejny - godzina trzecia. No, tu już byłem nastawiony na wstanie o tej godzinie, więc robię szybki siad, sięgam do sakwy, w której zgromadziliśmy bieżące ubrania, ubieram górę... po czym okazuje się, że to mi się wydawało, że o trzeciej, to my zbieramy się po wojskowemu: raz-dwa-trzy, zebrać, pakować i wsiadać. Nie, Hipcia wstawać jeszcze nie chce, więc sobie spokojnie leżymy, dopijając wino. Chwilę później, tak gdzieś przed czwartą, pojawia się Pan Deszcz, który zaczyna znienacka i zupełnie bezczelnie padać. Ponieważ nie jest to tylko mżawka, decydujemy o zwinięciu obozowiska w tempie "na godzinę temu" i ruszeniu w drogę.
Wokół ciemno, chlupie deszcz, rowery zapakowane, pchamy do najbliższej drogi i ruszamy. Od momentu rozpoczęcia podróży miałem nadzieję, że uda nam się zrobić coś takiego: wstać i ruszyć w trasę, gdy jest jeszcze ciemno... i wygląda na to, że się udało. Po ciemku przejeżdżamy śpiącą Karwię, przy okazji znajdując waypointa metodą "na farta": Hipcia mówi do mnie "Czy tu w Karwii nie miałeś jakiegoś waypointa do zdobycia?". Podnoszę wzrok, patrzę dookoła i widzę, że zupełnie przypadkowo jesteśmy dokładnie we właściwym miejscu - tuż obok karwieńskiej stacji pomp. Niestety, tabliczka, na której była vlepka, zniknęła w związku z robotami budowlanymi.
Z Karwii jedziemy dalej, w kierunku Jastrzębiej Góry, tu chwilę szukamy właściwego skrętu do Gwiazdy Północy, potem jedziemy w kierunku Władysławowa. Na jezdni zaczyna się kostka, więc jedziemy chodnikiem. I tu zaczyna się najgorsze dwadzieścia minut całego dnia: bierze mnie śpioch. Oczy kleiły się tak, że momentami jechałem na ślepo, rozbudzały mnie krawężniki i czerwone, bijące w oczy, tylne światło Hipci. Na szczęście jakoś przy początku Władysławowa dochodzę do siebie, robimy przystanek w Żabce, jedziemy dalej.
Przy rozjeździe Hel-Gdynia decydujemy przejechać się kawałeczek Mierzeją Helską. Tuż za rondem pojawia się stacja Statoil, stajemy na kawę i hotdoga. Rozgrzewamy się i ruszamy dalej, w kierunku Chałup. Droga przez Mierzeję jest prosta i... nudna. Nic się nie dzieje: po prawej zatoka, po lewej - las. Pewnie byłoby fajniej przejechać się tym leśnym szlakiem (jakiś bunkier w lesie się czai), ale tym razem skupiamy się na asfalcie. W Chałupach schodzimy na plażę, patrząc na morze pijemy piwko i zawracamy.
Zjeżdżamy na drogę rowerową prowadzącą wzdłuż Zatoki Puckiej i kontynuujemy podróż szlakiem. Bardzo przyjemnym szlakiem: droga rowerowa prowadzi pięknie wzdłuż wybrzeża, jedziemy sobie spokojnie aż do Pucka. Za Puckiem nagle droga się kończy, wjeżdżamy na drogę polną. Później dopiero okazuje się, że w tamtym momencie szlak rowerowy się urywa, a my jedziemy szlakiem pieszym. Nadal jest wygodnie, ale jedziemy teraz już brzegiem lasku i pola, pojawia się wdrapywanie się na klif, w końcu zjeżdżamy do pewnej zatoczki, gdzie robimy chwilę przerwy, z niej wsiadamy na konny szlak, którym docieramy do Rzucewa, dalej do Osłonina, a stamtąd brzegiem rezerwatu Beka jedziemy prosto na południe, niestety pod wiatr. Z rezerwatu wyjeżdżamy na asfalt, na tereny Elektrowni, z nich, jadąc cały czas niedaleko brzegu zatoki, wyskakujemy na asfalt w Rewie. Stamtąd droga już prosta: Pierwoszyno-Kosakowo, stamtąd na południe do Gdyni. Jedziemy chodnikiem, bo droga wąska i nierówna, a ruch duży. Gdynię osiągamy od Pogórza, robimy sobie spory zjazd ul. Czernickiego (mając na plecach autobus), potem pytamy kolejnych ludzi o drogę do dworca. Tak sobie jadąc radośnie osiągamy ul. Morską, którą docieramy pod samą Gdynię Główną.
I tu przeprosiny należą się wszystkim warszawiakom, których w myślach tyle razy sponiewieraliśmy za to, że łażą jak krowy: w porównaniu z tym, co napotkaliśmy na DDR na drodze do dworca, Warszawiacy są zorganizowani, rozglądają się i zupełnie nie włażą pod koła. Tu zastał nas zupełny chaos...
Podziw należy się architektowi, który DDR poprowadził dokładnie przed przystankiem.
Z ulgą osiągnęliśmy przejście podziemne, które doprowadziło nas do dworca. Tam na szczęście okazało się, że rowery i do domu nam zawiozą, bilety kupione, zrobiliśmy sobie jeszcze godzinny spacer po Gdyni, zjedliśmy pizzę (ciężko było znaleźć miejsce, gdzie możemy siedzieć, jednocześnie mając oko na objuczone rowery i wróciliśmy na dworzec. Do Warszawy jechał duży skład i dwa wagony rowerowe, więc usiedliśmy sobie w przedziale, zrobiliśmy w nim odpowiednią atmosferę wystawiając buty do suszenia i kimaliśmy.
Wagon, w którym początkowo było ciepło, nagle stwierdził, że skoro jechaliśmy sześć dni w chłodzie, to kilka godzin więcej nam różnicy nie zrobi, więc przestał grzać. Dodatkowo na większości stacji (chyba w związku z remontami), staliśmy po 10-15 minut. Przynajmniej nikt nawet nie próbował się dosiadać, miejsca było dość w innych przedziałach.
Pierwszy budzik zadzwonił o 1:30. Szlag! Nie wiedziałem nawet, że Ona tak je ustawiła. Wybieram jedyną słuszną opcję: wyłączyć to gówno i wracamy w kimę. Przy okazji orientuję się, że temperatura na zewnątrz oscyluje w granicach 2-4 stopni, nic nie pada, a mi jest ciepło. Dobre te śpiwory. Co prawda spaliśmy w softshellach, żeby ograniczyć utratę ciepła przy poruszaniu się (nie zaciągaliśmy kapturów i kołnierza termicznego w śpiworze), ale jestem pewien, że nawet gdybym spał tylko w bieliźnie termicznej i zasłonił górę, byłoby ciepło.
Kolejny budzik - druga z minutami. Tak jak poprzedni: bęc i cisza ma być! Kolejny - godzina trzecia. No, tu już byłem nastawiony na wstanie o tej godzinie, więc robię szybki siad, sięgam do sakwy, w której zgromadziliśmy bieżące ubrania, ubieram górę... po czym okazuje się, że to mi się wydawało, że o trzeciej, to my zbieramy się po wojskowemu: raz-dwa-trzy, zebrać, pakować i wsiadać. Nie, Hipcia wstawać jeszcze nie chce, więc sobie spokojnie leżymy, dopijając wino. Chwilę później, tak gdzieś przed czwartą, pojawia się Pan Deszcz, który zaczyna znienacka i zupełnie bezczelnie padać. Ponieważ nie jest to tylko mżawka, decydujemy o zwinięciu obozowiska w tempie "na godzinę temu" i ruszeniu w drogę.
Wokół ciemno, chlupie deszcz, rowery zapakowane, pchamy do najbliższej drogi i ruszamy. Od momentu rozpoczęcia podróży miałem nadzieję, że uda nam się zrobić coś takiego: wstać i ruszyć w trasę, gdy jest jeszcze ciemno... i wygląda na to, że się udało. Po ciemku przejeżdżamy śpiącą Karwię, przy okazji znajdując waypointa metodą "na farta": Hipcia mówi do mnie "Czy tu w Karwii nie miałeś jakiegoś waypointa do zdobycia?". Podnoszę wzrok, patrzę dookoła i widzę, że zupełnie przypadkowo jesteśmy dokładnie we właściwym miejscu - tuż obok karwieńskiej stacji pomp. Niestety, tabliczka, na której była vlepka, zniknęła w związku z robotami budowlanymi.
Z Karwii jedziemy dalej, w kierunku Jastrzębiej Góry, tu chwilę szukamy właściwego skrętu do Gwiazdy Północy, potem jedziemy w kierunku Władysławowa. Na jezdni zaczyna się kostka, więc jedziemy chodnikiem. I tu zaczyna się najgorsze dwadzieścia minut całego dnia: bierze mnie śpioch. Oczy kleiły się tak, że momentami jechałem na ślepo, rozbudzały mnie krawężniki i czerwone, bijące w oczy, tylne światło Hipci. Na szczęście jakoś przy początku Władysławowa dochodzę do siebie, robimy przystanek w Żabce, jedziemy dalej.
Przy rozjeździe Hel-Gdynia decydujemy przejechać się kawałeczek Mierzeją Helską. Tuż za rondem pojawia się stacja Statoil, stajemy na kawę i hotdoga. Rozgrzewamy się i ruszamy dalej, w kierunku Chałup. Droga przez Mierzeję jest prosta i... nudna. Nic się nie dzieje: po prawej zatoka, po lewej - las. Pewnie byłoby fajniej przejechać się tym leśnym szlakiem (jakiś bunkier w lesie się czai), ale tym razem skupiamy się na asfalcie. W Chałupach schodzimy na plażę, patrząc na morze pijemy piwko i zawracamy.
Zjeżdżamy na drogę rowerową prowadzącą wzdłuż Zatoki Puckiej i kontynuujemy podróż szlakiem. Bardzo przyjemnym szlakiem: droga rowerowa prowadzi pięknie wzdłuż wybrzeża, jedziemy sobie spokojnie aż do Pucka. Za Puckiem nagle droga się kończy, wjeżdżamy na drogę polną. Później dopiero okazuje się, że w tamtym momencie szlak rowerowy się urywa, a my jedziemy szlakiem pieszym. Nadal jest wygodnie, ale jedziemy teraz już brzegiem lasku i pola, pojawia się wdrapywanie się na klif, w końcu zjeżdżamy do pewnej zatoczki, gdzie robimy chwilę przerwy, z niej wsiadamy na konny szlak, którym docieramy do Rzucewa, dalej do Osłonina, a stamtąd brzegiem rezerwatu Beka jedziemy prosto na południe, niestety pod wiatr. Z rezerwatu wyjeżdżamy na asfalt, na tereny Elektrowni, z nich, jadąc cały czas niedaleko brzegu zatoki, wyskakujemy na asfalt w Rewie. Stamtąd droga już prosta: Pierwoszyno-Kosakowo, stamtąd na południe do Gdyni. Jedziemy chodnikiem, bo droga wąska i nierówna, a ruch duży. Gdynię osiągamy od Pogórza, robimy sobie spory zjazd ul. Czernickiego (mając na plecach autobus), potem pytamy kolejnych ludzi o drogę do dworca. Tak sobie jadąc radośnie osiągamy ul. Morską, którą docieramy pod samą Gdynię Główną.
I tu przeprosiny należą się wszystkim warszawiakom, których w myślach tyle razy sponiewieraliśmy za to, że łażą jak krowy: w porównaniu z tym, co napotkaliśmy na DDR na drodze do dworca, Warszawiacy są zorganizowani, rozglądają się i zupełnie nie włażą pod koła. Tu zastał nas zupełny chaos...
Podziw należy się architektowi, który DDR poprowadził dokładnie przed przystankiem.
Z ulgą osiągnęliśmy przejście podziemne, które doprowadziło nas do dworca. Tam na szczęście okazało się, że rowery i do domu nam zawiozą, bilety kupione, zrobiliśmy sobie jeszcze godzinny spacer po Gdyni, zjedliśmy pizzę (ciężko było znaleźć miejsce, gdzie możemy siedzieć, jednocześnie mając oko na objuczone rowery i wróciliśmy na dworzec. Do Warszawy jechał duży skład i dwa wagony rowerowe, więc usiedliśmy sobie w przedziale, zrobiliśmy w nim odpowiednią atmosferę wystawiając buty do suszenia i kimaliśmy.
Wagon, w którym początkowo było ciepło, nagle stwierdził, że skoro jechaliśmy sześć dni w chłodzie, to kilka godzin więcej nam różnicy nie zrobi, więc przestał grzać. Dodatkowo na większości stacji (chyba w związku z remontami), staliśmy po 10-15 minut. Przynajmniej nikt nawet nie próbował się dosiadać, miejsca było dość w innych przedziałach.
- DST 81.29km
- Czas 07:06
- VAVG 11.45km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















