Informacje

  • Łącznie przejechałem: 136654.57 km
  • Zajęło to: 259d 12h 39m
  • Średnia: 21.90 km/h

Warto zerknąć

Aktualnie

button stats bikestats.pl

Historycznie

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaliczając gminy

Moje rowery


Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Hipek.bikestats.pl

Archiwum

Kategorie

Wpisy archiwalne w kategorii

do czytania

Dystans całkowity:96832.03 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:4314:10
Średnia prędkość:22.38 km/h
Maksymalna prędkość:4401.00 km/h
Suma podjazdów:164904 m
Maks. tętno maksymalne:194 (100 %)
Maks. tętno średnie:169 (87 %)
Suma kalorii:202907 kcal
Liczba aktywności:1948
Średnio na aktywność:49.73 km i 2h 13m
Więcej statystyk
Poniedziałek, 13 czerwca 2011 Kategoria do czytania, nie do końca rowerowo

Napoczęta Orla Perć...

Wypad był w zasadzie szybki. Piątek - w auto, swoje odstane w korkach, 23:30 lądowanie w Zakopanem. Rano pobudka, Kuźnice, godzina oczekiwania na kolejkę na Kasprowy (woleliśmy oszczędzić sobie wchodzenia, skoro nie startujemy ze schroniska) i wio na górę.

Pierwszy cel - zaplanowana i obiecana Świnica. Początek szlaku zajęty przez ludzi spacerujących w okolicach Kasprowego, ale potem robi się luźniej. Na którymś zboczu przystanek na piwko na odwagę :) Do właściwego podejścia na Świnicę, piwko paruje, a węglowodany rozchodzą się po kościach. Atakujemy, podejście faktycznie strome, dobrze, że ostatnio go nie zrobiliśmy. Teraz oblodzeń przynajmniej nie ma.

Po drodze na szczyt mijamy rodzinę. Ojciec z matką i dwóch synów, synowie idą z pewnym wyprzedzeniem. Wzrok mój przykuwa młodszy z chłopaków, tak na oko 13 lat, który w pewnym momencie kładzie się na skale. Myślałem, że taki wygłup, ale... Mijamy ich ponownie pod szczytem - my schodzimy, chłopaki wchodzą. Ten młodszy wchodzi, a w zasadzie... pełznie pod górę. Kurczowo trzymając się łańcucha, próbuje udem wejść na skałkę, mimo, że wokół ma stabilny, szeroki grunt. Uwagę przykuwają jego oczy - niesamowicie rozszerzone, jak u sowy. Tatuś piętnaście metrów niżej stoi i sobie cyka fotki. Nie wiem, czy chłopak ma lęk przestrzeni/wysokości, czy był aż tak zmęczony, ale bezmyślność rodzica jest zdumiewająca. Nie wyglądał na kogoś, kto dobrze się czuje. Drugim przykładem bezmyślności była wycieczka szkolna, która musiała schodzić ze Świnicy. M.in. dziewczynka, też jakoś czternastoletnia, która na granicy płaczu przemieszczała się w ślimaczym tempie. Reszta grupy szła "dozbrojona", jak na takie wysokości: dżinsy, cienkie kurtki i brak rękawiczek. Widać, że wychowawca zadbał o wszystko...

Nic to, ze szczytu schodzimy czerwonym i tu mamy pierwszą próbkę tego, co nas czeka - łańcuchy i strome zejście w dół. Docieramy do Zawratu. Czasu jest dużo, trasa dobra - idziemy!

Pierwsza część - dotarcie do Koziej Przełęczy. Tu już wiemy, co nas czeka, ale i tak jest ciekawie. W pewnym momencie zaskakuje nas pokrywa śnieżna, w której niknie łańcuch. Ślady prowadzą poziomo wzdłuż zbocza, więc idziemy za nimi. Nagle zamiast łańcuchów wyrastają nam stalowe linki. Co począć - taki szlak, schodzimy. To był w zasadzie jedyny moment, kiedy rozważałem zawrócenie, bo schodzenie, mając za sobą przepaść, trzymając się tylko stalowej linki, nie daje zbytniego poczucia pewności, ale... krok za krokiem, powolutku... i się udało. Potem dopiero okazało się, że szlak prowadził pod śniegiem - tam były łańcuchy. Dalej to już cykliczna wspinaczka i podchodzenie, aż do drabinki nad Kozią Przełęczą, która również robi wrażenie (okolice 2:06 załączonego filmu).

Czasu nadal sporo, chwilę siedzimy i ruszamy dalej - tym razem Kozi Wierch. Tu robi się coraz trudniej, w końcu włazimy na górę i szukamy Buczynowej Przełączki, która gdzieś powinna być. Jest jakaś przełęcz, ale, halo, halo, nie ma żadnych szlaków w boki. To gdzie my jesteśmy? Dopiero później dowiedziałem się, że weszlismy dopiero na Kozie Czuby. Zatem Kozi Wierch przed nami; przed nami również podejście, które bardzo ładnie widzimy z miejsca, na którym stoimy - pionowe podejście na jakieś 30 metrów. Dobrze, że dali łańcuchy ;) No nic, wyboru nie ma, złazimy i wchodzimy w górę. Pod koniec tego pionu oglądam się za siebie. Pamiętacie, jak we "Władcy Pierścieni" Frodo i Sam prowadzeni przez Golluma idą do Mordoru przez góry? Odczucie co do stromości miałem podobne. Zdobycie samego szczytu już problemu nie stwarza, przełączka się znajduje.

Dwie opcje - na dół, albo Granaty. Czas się powoli kończy, więc złazimy Żlebem Kulczyńskiego. Tu również schodzenie po osuwisku daje się we znaki. Oznakowanie też pozostawia wiele do życzenia, dobrze, że zauważam połyskujące w słońcu łańcuchy. Ale to i tak pułapka, bo łańcuchy się kończą, a jedyne wyjście prowadzi w dół. Schodzę trzy metry i widzę, że dalej są kolejne trzy, ale chwytu nie ma, zejście jest prawie tożsame ze spadnięciem. Na szczęście Hipcia zauważa kolejną dawkę łańcuchów - ukryte tuż przy ścianie. Jak można tego nie oznaczyć?! Schodzimy powolutku na sam dół, przy Stawie Gąsienicowym okazuje się, że zejście zajęło trochę za długo. Wracamy zatem najprostszą drogą - do Murowańca i na dół niebieskim szlakiem. Już przez las i już przy latarkach, bo w międzyczasie zapadł zmrok. Oboje, jak się okazało, nie baliśmy się o dotarcie do celu, tylko o spotkanie z jakimś misiem. W domu byliśmy po północy. Zdecydowanie nasze najdłuższe wyjscie do tej pory.

Następnego dnia zrobiliśmy już spokojną trasę: Żółtym na dolinę Małej Łąki, stamtąd Ścieżką pod Reglami do Doliny Strążyska, a z niej Drogą pod Reglami do auta. Potem tylko 7 godzin jazdy do Warszawy i...

I rano pobudka. Wszystko boli. Jechałem zakatarzony, wróciłem kaszlący i zakatarzony. Nic to, rower czeka. Wsiadam, jadę. Trasa do pracy idzie bezboleśnie (może dlatego, że jest krótka ;) ), po drodze za to odrobinę rozdrażnia mnie kobita na miejskim rowerze jadąca środkiem, bądź lewą stroną ścieżki. Chciałem ją wyprzedzić z lewej, ale mi zajechała drogę, wiec wziąłem z prawej i (zwykle tego nie robię, bo mi szkoda nerwów), ale zasugerowałem, że jeździ się po prawej stronie ścieżki. Chwilę później zjeżdżałem w lewo, ale rzuciłem spojrzeniem znad ramienia - proszę, jechała przy prawej jak przyklejona. Ciekawe, czy zrozumiała przesłanie, czy chciała tylko ominąć tego kretyna, który jej przeszkadza cieszyć się życiem?
Piątek, 10 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Masochista?

Bo ów jest kimś, komu jest dobrze wtedy, gdy większości jest źle. A mi dziś było tak fajnie, podczas powrotu w deszczu.

A zaraz wsiadam w auto i jadę zdobywać szczyty.
Piątek, 10 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Wcześnie, wcześniej... piątek!

Też w to nie wierzę, ale wstałem dziś o szóstej. W zasadzie to wcześniej: 5:52. Nie, żebym miał jakieś problemy ze snem, ale dziś mam silną motywację, żeby z pracy wyjść wcześniej, przyjść do domu, wsiąść do auta i śmignąć w góry. Taki weekend, o.

To, że wstałem, dziwi mnie tym bardziej, że jeszcze o 1:30 za pomocą piwa i płynu do szyb (jedno spożywałem, drugim czyściłem, nie wiem, w której kolejności), czyściłem szyby w samochodzie. Błyszczą się teraz jak... błyszczą się. Spać poszedłem o 2:00, więc wychodzi na to, że wstałem sam po czterech godzinach snu. Świat się kończy.

Wieczorem jeszcze pojechałem zakupić mapę Tatr Polskich i Słowackich oraz nowe koło (Damian, miałeś rację, że trzeba było żądać kasy za nową obręcz... Chociaż w momencie zdarzenia nie wiedziałem, ile kosztuje nowe koło, a centrowanie - już tak. Jestem w plecy tylko 20zł. Okazało się, że po zdjęciu opony kolo wykrzywiło się jeszcze bardziej, naprawdę uroczo :D ).

Nie odmówię sobie również radości napisania, że wreszcie poprawiła się pogoda. Wczoraj przyjemna mżawka, aż jechać się chciało, dziś rano miła temperatura z jedynką na początku... Zapowiada się przyjemny weekend.
Środa, 8 czerwca 2011 Kategoria transport, do czytania

Zielona strzałka i rower przytulony do samochodu

Z pracy śmignąłem po Hipcię, odebrać ją z jazd. Jeszcze cztery godziny i będzie zdawała egzamin na prawko. A można było zdawać, jak się bylo w liceum - to nie, nie chciało się. Dopiero, gdy kupiliśmy auto, to pojawiła się konieczność posiadania drugiego kierowcy... Chociaż ja sam tez zdałem mając 25 lat. W przypadku Hipci w ogóle obserwacja jest ciekawa, bo na kurs poszła osoba, mająca duże doświadczenie w jeździe w ruchu ulicznym - rowerem. I okazało się, że to bardzo wiele pomaga.

Wracamy do domu Górczewską. Wjeżdżamy na jeden z przejazdów i widzę, jak z boku nadjeżdża auto. Standardowo, nie zatrzymując się na zielonej strzałce. Nie słyszałem samego hamowania, ale moc uderzenia nie była duża. W zasadzie to nawet uderzenia nie było. Przednie koło wlazło pod przedni zderzak, zginając się w nieprawdopodobny sposób, a Hipcia przytuliła się do prawego narożnika auta. Z auta wypadł kierowca i zaczął nas momentalnie przepraszać. Zeszliśmy na chodnik i podsumowaliśmy straty: Hipcia - rozcięte lekko kolano (następnego dnia okazało się, że również siniak, ale jej siniaki robią się od samego patrzenia), rower - przednie koło działające w trzech płaszczyznach. Strachu nie ma. Kierowca zajechał na chodnik, ruszył nas przepraszać. Sam zaproponował, ze wezwie Policję albo pogotowie, ale takiej potrzeby nie było. W sumie, to obojgu nam było go żal, autentycznie. Widać było, że mu przykro, że nie planował tego zdarzenia... w tym momencie oboje mielibyśmy wyrzuty sumienia, gdybyśmy mu jeszcze mandat zafundowali. Zatem nikogo nie wołaliśmy, podsumowaliśmy straty - centrowanie przedniego koła - 40zł, bo tyle wynosi maksymalna cena w Legionie przy Górczewskiej (przy poprzednim wypadku, mieliśmy mniej uszkodzone koło i wzięli 35, więc teraz pewnie będzie górna granica). Facet od razu się zgodził, zostawił nam dowód (!), pojechał do bankomatu, wrócił, dał pieniążki.

Czy jego wina była ewidentna? No, teoretycznie nie do końca. My wjechaliśmy na przejazd na późnym zielonym migającym, to nie ulega wątpliwości. Ale kierowca zignorował obowiązek zatrzymania się na strzałce... a ciekawe, czy ta strzałka w ogóle tam była jeszcze, gdy wjeżdżał za sygnalizator.

W każdym razie dobrze, że tylko tak się to skończyło.
Wtorek, 7 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Z pracy i do pracy

Wynarzekałem się wczoraj na temperaturę, a tu po pracy miła niespodzianka. Gdy pakowałem się w pokoju - grzmiało. Gdy odpinałem rower, kropiło. Gdy przypinałem sakwę - padało. Gdy wsiadłem na rower - lunęło. Momentalnie przemoczyło mnie całego, czułem się jak gorący kamień wrzucony do zimnej wody. Musiałem niesamowicie wyglądać jadąc w tej ulewie i szczerząc się z radości jak szczerbaty do suchara. Niestety, skończyło padać, a do domu zdążyłem doschnąć.

Dziś za to znów lokalizacja - Wola, więc rano śmignęliśmy we dwójkę.
Poniedziałek, 6 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Kto włączył grzanie?

Wieczorem wczoraj patrzyłem na pogodę. Rano 23 stopnie, po południu 25-27. Nie wiem, kto to wymyślił, ale mojej zgody nie ma. Proszę mi tu serwować ładną, chłodną jesień, no.

Bidonu jeszcze zapomniałem dziś.

Chyba zrobię dużo nadgodzin, żeby do domu wyjść tak po 22:00. Może po 23:00. Ma być "tylko" 18 stopni.
Niedziela, 5 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Smrodki i gniotki

Powinienem chyba dodać kategorię "smrodki i gniotki" dla takich dystansów, jak dzisiejsze dojazdy na uczelnię. Sześć kilometrów jednak samo się nie przejechało, jakby nie patrzeć ;-)

Kupiłem w Tesco jakieś mikroskopijne brzeszczoty do wyrzynarki (bo tylko takie były) i zaraz siadam do mocowania się z urwaną śrubą w moście.
Sobota, 4 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Smarujemy, smarujemy

W końcu (bo strzelało i skrzypiało), wziąłem się za smarowanie mostu. Odkręciłem, rozebrałem, wyczyściłem, przesmarowałem i dawaj, skręcam. Doszedłem do momentu mocowania kierownicy do mostu, gdy nagle okazało się, że ukręciłem śrubę. Jakaś napoczęta musiała być, bo do wkręcenia brakło jej jeszcze trochę... No nic, na razie kierownica będzie trzymała się na trzech. Przynajmniej nie skrzypi. Jutro za to wyprawa po brzeszczot i będziemy próbowali wykręcać i wypiłowywać.

Na pociechę: zmierzyłem dziś buty i wiem, że z rozmiarówki Shimano trzeba mi 46. Prawie kupiłem, ale takie za 360zł to chyba zbyt niesamowite dla mnie. Jeszcze bym spowodował wypadek, ociekając tą niesamowitością Srebrnych Butów Shimano. Ja potrzebuję jakieś tańsze, dla amatorów...
Piątek, 3 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Podsumowanie pierwszego roku jazdy

Zanosi się na najdłuższy wpis w historii mojego tu pisania. Nieciekawy chyba. Z góry gratuluję tym, którzy przeczytają do końca.

0. Wstęp
Na niektórych profilach ludzie piszą, że kupili rower z trywialnych powodów i nie spodziewali się, że "dopadnie ich cykloza". Ja, przeciwnie, przewidywałem, że tak może się to skończyć. Kilka rzeczy związanych z rowerem mnie zdziwiło, ale generalnie obrót spraw był przewidywalny.

I. Historia

Zaczęło się od "Smyka", potem była kupiona na Ruskim Rynku w Rzeszowie "Tisa", potem "Lider" - szosówka Rometa w rozmiarze "junior", na końcu "Wezuwiusz" Rometa, bydlę ważące, jeśli dobrze pamiętam specyfikację, 15,5kg, z za dużą ramą jak dla mnie (miałem 15 lat). Pierwsze wycieczki były zapewne nie inne od tych przebywanych przez każdego w wieku szczenięcym, to, co chyba odróżnia moją historię od innych, była ulica. Mniej więcej od mojego ósmego roku życia, w ramach wycieczek rowerowych z ojcem, byłem przymuszany do jazdy jezdnią, nie chodnikiem. Oj, jak ja się momentami bałem. Pamiętam skrzyżowanie Rejtana/Sikorskiego/AK/Powstańców (dwie dwupasmowe jezdnie oddzielone sporym pasem zieleni), gdy stałem na nim, czekając na czerwonym świetle na wyrok, który brzmiał "przejechać przez to Olbrzymie Skrzyżowanie" (mówimy tu o dziesięciolatku, więc te marne 30-40 metrów to było coś). Można dyskutować o tym, czy było to ze strony ojca odpowiedzialne, na pewno wiele mnie nauczyło. Do dzisiaj nie czuję żadnego strachu podczas jazdy jezdnią.

Sezon historyczny skończył się gdzieś siedem lat temu, gdy mój ostatni rower przestał się nadawać do jazdy (nie mieszkałem już wtedy w Rzeszowie, więc naprawianie go, gdy przyjeżdżałem, nie mialo sensu), pożyczałem wówczas rower od brata.

II. Rok temu, czyli teraźniejszość
W zasadzie "półtora roku temu", bo wtedy, w grudniu 2009, zostałem zaskoczony prezentem na urodziny. Hipcia spędziła kupę czasu, przeszukała sieć i znalazła kandydatury, z których wybrałem sobie jeden, który zakupiony został chyba w styczniu 2010. O święta naiwności! Przyszedłem do sklepu (w zimowych ciuchach), zobaczyłem, usiadłem, zapytałem sprzedawcy, czy jego zdaniem będzie dobry... i kupiłem! Teraz, gdybym miał kupować nowy rower, pewnie podejmowanie decyzji o kupnie trwałoby kilka tygodni myślenia, mierzenia i badania specyfikacji; zresztą tak to wygląda z kupowaniem nowego roweru dla Hipci.

Rower wylądował w pokoju i stał cierpliwie. Ustaliliśmy bowiem, że startujemy razem, a do startu brakowało jeszcze jednego roweru. Gdzieś w okolicach przełomu maja i czerwca przyjechaliśmy do Rzeszowa, stamtąd przywieźliśmy Hipciowy rowerek i...

Trzeciego czerwca wyruszyliśmy na pierwszą trasę. Pierwszą i zarazem najciekawszą, bo poruszając się po Warszawie komunikacją miejską bądź pieszo, nie znaliśmy za dobrze miasta z poziomu pojazdu, którym można kierować. Jechaliśmy zatem przed siebie, ścieżkami rowerowymi, przy każdym skręcie podejmując decyzję i z grubsza tylko wiedząc, dokąd jedziemy. Jak bardzo z grubsza wiedzieliśmy, obrazować może nasz zaskoczenie, gdy nagle za wiaduktem na Jana Pawła, pojawiła się przed nami Arkadia. Tego samego dnia zarejestrowałem się na bikemap.net, narysowałem całą tę trasę i cały dumny zapisałem dystans i czas jazdy (zliczony z zegarka). Pierwszego dnia po weekendzie (siódmego, w poniedziałek), wieczorkiem, przeszperałem sieć w poszukiwaniu portalu, na którym będę mógł wpisywać swoje jazdy i tak trafiłem na BSa.

III. W międzyczasie, czyli od czerwca do czerwca

Porównując czas i dystanse sprzed roku, widzę postęp, jaki dało nam przejechanie tych kilku tysięcy kilometrów. Mimo że do pracy jeździmy zupełnie się nie spiesząc, mamy średnią o 3-5km/h wyższą, niż rok temu. Wtedy średnia powyżej 20km/h była osiągnięciem, dziś jest standardem. Ale w końcu to naturalna kolejność codziennego trenowania mięśni.

Innym tematem była rowerowa wiedza. Zaczęło się od kupienia licznika, potem powoli dokupowaliśmy narzędzia, pierwsze jazdy były robione metodą "goło i wesoło" - gdy Hipcia złapała gumę w Truskawie, wracaliśmy autobusem, bo nie mieliśmy łatek. W czasach historycznych rolę mechanika zawsze miał ojciec, teraz wszystkiego uczyłem się powoli sam. Smarowanie/czyszczenie łańcucha, regulacje klocków, linek, przerzutek... wszystko jak dziecko, wszystko powoli i po kolei. Taki postęp też cieszy. Nadal zresztą jest wiele miejsc w rowerze, gdzie jeszcze nie zaglądalem, a zatem jest spore pole do popisu w zakresie uczenia się.

Na osobny akapit zasługuje oczywiście Hipcia, dla której też był to rok nauki. Pierwsze jazdy były w zasadzie unikaniem jezdni za wszelką cenę (miała kiedyś spotkanie z poduchą powietrza, którą pchała przed sobą ciężarówka, dzięki której wyrzuciła ją (Hipcię) na trawnik), potem powoli, powoli... aż doszliśmy do momentu, gdy Hipcia np. robi lewoskręty w miejscówkach, gdzie ja nie czuję się pewnie i wolę objechać przejściem.

W moim przypadku (jak pisałem, jazdy jezdnią byłem nauczony), nauka polegała również na, jak lubią mówić komentatorzy sportowi, nauce boiskowego sprytu, czyli wszystkich sztuczek, które stosuje rowerzysta, by efektywnie przemknąć przez miasto, nie stojąc w korkach i na skrzyżowaniach.

Nadeszła jesień, wówczas miałem przerwę w zapisywaniu czegokolwiek na BS. Rozpoczęło się od kilku wpisów, potem jeszcze trochę i jeszcze trochę... w końcu chyba w styczniu podzieliłem z dwa tysiące km na kawałki po 20 km i pracowicie nadganiałem zapomniane wpisy. Ale pamiętam fragment od jesieni: deszcze padały, a my nadal jeździliśmy. Problem był, co prawda, z ubiorem, bo do późnej jesieni ubranie nasze było nierowerowe, zatem w przypadku deszczu wszystko było nasiąknięte, a po ośmiu godzinach w worku w pracy... człowiek jechał jak choinka zapachowa o zapachu zgnilizny. Nadeszła zima... i tu nastąpił fragment, którego nie przewidziałem kupując rower (jeszcze w lipcu rozglądałem się za pokrowcem, żeby rower na balkonie przez zimę przechować), a którego już w sierpniu byłem świadom: śnieg to taki asfalt, tylko trochę biały i miękki. I śliski. Ale miękki, gdy się człowiek na śliskim wygrzmoci. Pierwsza jazda trafiła się sama - do pracy jechaliśmy po twardym, a z powrotem po białym. Sypnęło wtedy konkretnie - miasto sparaliżowane, wiało jak jasna cholera, a my mieliśmy jechać z okolic Świętokrzyskiej do domu na Bemowo, a potem stamtąd na kurs na Muranów. Ledwo dojechaliśmy do Grzybowskiej (Hipcia miała już starte opony i jeździła jak po lodowisku), mieliśmy chyba dwie godziny, ale w tych warunkach bylibyśmy w domu szybciej na piechotę i z powrotem. Autobus/tramwaj nie wchodził w grę, bo wszystko stało. Pojechaliśmy zatem na kurs, tam straciłem Hipcię z oczu na 30 sekund i wyparowała. Odnalazła się, przyklejona jak rozgwiazda do kaloryfera. Przy ciepłej herbacie (a można było kupić flaszkę, i tak do kursu by z nas zeszło!) czekaliśmy półtorej godziny. Po kursie powrót był już spokojny, bo przestało padać i wiać, było tylko dużo białego pod kołami.

Dalsza część zimy była przetykana jazdą i niejazdą; żeby nie było przykro, postanowiłem nie jeździć, póki Hipcia nie jeździ. Najpierw była przerwa na kupienie nowych opon, potem była przerwa związana z awarią wolnobiegu... I gdzieś tak około 12 stycznia zaczęło się znów i stabilnie przez całą zimę się już kręciło. Przyszła zima zapewne będzie przejeżdżona bardziej: Hipcia będzie miała lepszy sprzęt, a oboje będziemy mieli więcej doświadczenia.

I tak doszło do wiosny...

IV. Dziś
Na dziś mam przejechane 5500 km. Gdybym zrobił tyle w zeszłym roku, postawiłoby mnie to w okolicach 259 miejsca na BSie, zatem wydaje mi się, że jest to dużo. Z drugiej strony niedużo, jeśli weźmie się pod uwagę, że większość tego stanowią dojazdy do pracy. Póki co nie planuję zwiększyć intensywności jazdy i na 90% nie planuję bawienia się w wyścigi, chyba, że chodzi tu o wybranie się na maraton tylko po to, żeby go ukończyć. Ale trenować regularnie, jeździć z pulsometrem, trzymać się harmonogramu... chyba nie. Jest jedno miejsce, gdzie muszę się trzymać harmonogramu i zachowywać się w uporzadkowany sposób; dzięki temu co miesiąc moje konto jest zasilane pieniążkami; więcej takich mi nie potrzeba. Póki co, dobrze się bawię samą jazdą.

Filozofia? Nie przypinam do tego żadnej. Jednym z najważniejszych argumentów jest to, że do pracy nie muszę jechać w puszce z kupą ludzi, ani we własnej puszce, marnując pieniądze. Poza tym - jest to przyjemne. I tyle wystarczy.
Piątek, 3 czerwca 2011 Kategoria do czytania, transport

Pierwsze 100 aż tak szybko?

Kurczę, to pierwszy raz, kiedy udaje mi się trzeciego dnia miesiąca przekroczyć przejechanych 100km. Potraktujmy to jako wypadek przy pracy... Chyba, że stanie się to regularnością ;-)

Dziś na cały wieczór ułożyła mi humor Hipcia, która, wracając z pracy, powiedziała jakiejś laleczce na miejskim rowerze (która postanowiła bez rozglądania się sprawdzić, czy po drugiej stronie ścieżki rowerowej jest tak samo nierówno) "kurwa, laska, spierdalaj".

Nie wiem, czemu mnie to tak bawi.

Ale, serio, czasami powinno się pompką przez plecy lać tępaków. Przykre to.

stat4u Blogi rowerowe na www.bikestats.pl