Informacje

  • Łącznie przejechałem: 136654.57 km
  • Zajęło to: 259d 12h 39m
  • Średnia: 21.90 km/h

Warto zerknąć

Aktualnie

button stats bikestats.pl

Historycznie

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaliczając gminy

Moje rowery


Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Hipek.bikestats.pl

Archiwum

Kategorie

Wpisy archiwalne w kategorii

do czytania

Dystans całkowity:96832.03 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:4314:10
Średnia prędkość:22.38 km/h
Maksymalna prędkość:4401.00 km/h
Suma podjazdów:164904 m
Maks. tętno maksymalne:194 (100 %)
Maks. tętno średnie:169 (87 %)
Suma kalorii:202907 kcal
Liczba aktywności:1948
Średnio na aktywność:49.73 km i 2h 13m
Więcej statystyk
Niedziela, 10 kwietnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Weekendowe dojazdy, weekendowe skuwacze i Eol

Napęd zaczął mi dziwnie przeskakiwać, łańcuch po ostatnich deszczach przypominał gąsienicę (albo paluszek wymoczony w soli i maku), stwierdziłem zatem, że najwyższy czas zdjąć to diabelstwo, wyczyścić porządnie i w końcu zapiąć na spinkę. Wziąłem skuwacz i...

(tu następuje wybielenie ekranu, widz jest przenoszony w czasie...)

Sklep rowerowy (*), stoję przy kasie, mam do wyboru dwa skuwacze. Sprzedawca mówi: "Pan weźmie ten droższy, dużo lepiej się spisuje.".

(wracamy do mojego mieszkania)

Skuwacz. Używałem go siedem (siedem!) razy. To wystarczyło, żeby bolec do wypychania sworzni wygiął się tak, że gdy kręcę śrubą imadełka, koniec bolca zatacza koło o średnicy 2,5mm. Do tego zamiast pozostać "ostry", bolec się wytarł i teraz jest uroczo tępy, średnica powierzchni czolowej zwiększyła się o jakiś 1 mm (zamiast się zwężać w kierunku końca, teraz się rozszerza), gwint na śrubie tez już zaczął się kruszyć. Problemy były już przy trzecim użyciu sprzętu i powoli się pogorszały. Wczoraj rozkuć jakoś rozkułem, ale już z powrotem nijak nie szło. Półtorej godziny siedziałem i próbowałem albo go skuć z powrotem, albo rozkuć ostatnie ogniwo, żeby założyć spinkę. W końcu stwierdziłem, że mam w dupie, ostatnich dwóch blaszek pozbyłem się metodą "wyrwij kombinerkami na pełnej kurwie", skuwacz położyłem na stole, żeby przypominał mi kwotę, jaką zapłaciłem za sprzęt jednorazowego użytku. A kwota nie należała do tych z zakresu "dwa piwa", chyba 25 złotych dałem, a po mojemu to jest dwadzieścia piw. O jakości skuwacza może powiedzieć fakt, że od samego szejkowania w butelce z naftą, rozkuło mi się ogniwko, które rozkuwałem za poprzednim razem.

Spiąłem to wszystko, nasmarowałem i wybiłem się na uczelnię. I tu będzie dowcip z gatunku "żydowski humor":

Przychodzi Icek do rabina i mówi:
- Rebe, mam problem. Chałupa mała, w domu matka, ojciec, żona, piątka dzieci, nie ma jak żyć.
- Icuś, wprowadź do środka kozę.
- Ależ rebe!
- Icuś, wprowadź i przyjdź za tydzień.
Za tydzień Icek przychodzi.
- I jak się wam żyje, Icuś?
- Rebe, okrutnie, nie dość, że ciaśniej, to jeszcze smrodu co niemiara.
- Icuś, wyprowadź kozę.
Następnego dnia Icek przybiega z okrzykiem:
- Rebe, teraz to jest po prostu pałac!

Tak samo dzisiaj. Na uczelnię miałem z wiatrem, więc bólu nie było, ale wracałem już pod. Jadę, wieje, ja jadę, on nadal wieje... i nic! Miałem porównanie z tą samą trasą wczoraj, wiało tak samo mocno, a dzisiaj... jechałem rechocząc Eolowi w twarz. Czyli jest sposób na ten wiatr.

Przy okazji: okazało się, że mam złamany ząb w kasecie. Ciekawe, kiedy pękł... Czy to w ogóle podlega pod gwarancję?

(*) "Set sport", ul. Obozowa, Warszawa. Opinie w necie - brak. Moja prywatna opinia: nigdy więcej, nie polecam. Pomijając szajski, jednorazowy skuwacz: z ich serwisu korzystalem dwa razy. Raz poprosiłem o zmianę linki hamulcowej i wymianę klocków, co potem musiałem sam poprawiać w domu. Drugim razem przyszedłem z rowerem Hipci z prośbą o poprawkę w tylnej feldze - coś tarło. Prosiłem, żeby rower był zrobiony w dwa dni, bo później go potrzebowałem. Zadzwonili do mnie w dniu odbioru rano, czy mogą dłużej przeciągnąć naprawę, potrzebowałem roweru, więc powiedziałem, że nie. Rower był, jak się potem dowiedziałem, rano jeszcze w ogóle nie rozgrzebany, zrobili go metodę "byle szybciej" w dwie-trzy godziny i oddali mi. Działał poprawnie przez całe trzydzieści metrów (!) (od wyjścia ze sklepu do tramwaju). Potem, gdy już wysiadłem z tramwaju i jechałem na nim do domu, usterka powróciła. A mogli powiedzieć "Rower nie zrobiony. Albo odbierasz taki jaki był, albo zostawisz na jeszcze dwa dni." i takie rozwiązanie rozumiem. Ale nie - wyskubali go, byle było że "naprawiony" i byle ode mnie pieniążki ściągnąć. Rower zatarmosiłem do innego sklepu, gdzie również w dwa dni zrobili mi go tak, że przejeździł trzy miesiące, a usterka teraz dopiero powolutku daje się we znaki.

Ktoś może powiedzieć, że dwie nieudane naprawy i jeden wadliwy sprzęt to nie jest powód do rezygnacji z usług. Może i tak - dla niego. Dla mnie jednak to, że wydałem trochę kasy na naprawę, która do niczego się nie nadawała, jak i to, że musiałem spędzić prawie dwie godziny ze sprzętem, który jest "droższy i lepiej się spisuje", po to by naprawić coś za pomocą kombinerek, jest wystarczającym argumentem na to, żeby nigdy tam nie wracać, zwłaszcza, że mam możliwość wybrania innych sklepów/serwisów, które spełniły moje oczekiwania.

Chętnie za to poczytam argumenty osób, które tam chętnie kupują, naprawiają i w ogóle. Ale wrócić nie wrócę, chyba, że nie będę miał innego wyjścia.
  • DST 14.82km
  • Czas 00:38
  • VAVG 23.40km/h
Piątek, 8 kwietnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Z pracy

Nie będę oryginalny, jeśli napiszę, że wiało... ;)
Piątek, 8 kwietnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Pięć łatanych dętek, a z każdej strony wiatr.

Nie, nie złapałem aż pięciu gum. Gdybym łapał gumę średnio co 6km, momentalnie zacząłbym wietrzyć antyhipkowy spisek i pewnie po trzeciej dałbym sobie spokój. Wczoraj wieczorem przysiadłem się do łatania zaległej kupki i okazało się, że w kolejce czekało aż pięć sztuk. Tak bardzo obijać mi się jeszcze nie zdarzyło.

Wczoraj: jadę po Hipcię - wiatr. Jedziemy do domu - wiatr. W pewnym momencie wiatr robi się coraz mocniejszy, mocniejszy, mocniejszy, aż wreszcie znajome stuknęcie rafki o asfalt uświadamia mi, że to nie w wietrze jest problem. Po wymianie dętki wiatr postawił sobie za punkt honoru udowodnić mi, że to jednak on jest tu największym problemem i faktycznie, nie odpuścił aż do końca.

Do pracy za to, na szczęście, przez większą część trasy wiało od strony kupra.
Czwartek, 7 kwietnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Z i do pracy

Wczoraj do domu pod wiatr, a dzisiaj - przyjemniutko. Nic nie wieje, przyjemnie chłodno, pod koniec zaczęło kropić.

Kapnęło, dmuchnęło i wywiało. Po zachodniej stronie Warszawy na jedenastu kilometrach spotkałem jedną osobę na rowerze - po wschodniej - na trzech km - sześciu. Widać, że Praga to jednak twardziele :)
Środa, 6 kwietnia 2011 Kategoria do czytania, transport, > 50 km

Prawdopodobieństwo uderza ze zdwojoną siłą.

Z pracy, po Hipcię na jazdy, do domu i do pracy. I tak się uzbierało w ciągu doby. Ale nie o tym tu chciałem...

Wczorajszy dzień był wyjątkowy. Prawdopodobieństwo wzięło i się skumulowało, po czym uderzyło mnie ze zdwojoną siłą. Zatem...

Pierwszą część zacznę od tego, że sam pieszy mi na ścieżce rowerowej absolutnie nie zawadza. Naprawdę. Niech sobie idzie, drepcze, skacze - cokolwiek. Jak jescze pamięta, ze DDR, tak jak jezdnią powinno się iść lewą stroną, to w ogóle miodzio. Nie mam też pretensji, że ktoś nie zauważy, który chodniczek/część chodniczka jest DDR - czasami tego koloru czerwonego nie widać, a nie każdy musi się uczyć topografii miasta na pamięć. Ale jeśli na ziemi jest narysowany rowerek albo takie kreseczki przypominające przejście dla pieszych (nawet nazywa sie to tak: przejście dla pieszych), to można się zastanowić, że jest to miejsce, w którym wypada przynajmniej zerknąć, czy nic nie grozi. Nie mówię tu o ludziach złosliwych, bo tych akurat szanuję: premedytacja wymaga myślenia, a to już jest poziom wyżej od standardowej głupoty. I tak, wiem, że na przejściu pieszy ma pierwszeństwo i zwykle to szanuję (ludzie są cokolwiek zaskoczeni, gdy ich puszczam), ale rozglądnąć się wypada. Wydaje mi się, że ludzie dzielą się na tych, którzy rozglądają się przed ścieżką i tych, którzy będą się rozglądali.

Druga część - rowerzyści. Może moja głowa rozumuje źle, ale po mojemu, jeśli schodzą się w jednym miejscu trzy ścieżki, to wobec braku oznaczenia, o pierwszeństwie decyduje zasada prawej ręki, a nie zasada "pierwszeństwo ma ten, kto jedzie szybciej". Także wydaje mi się, że jeśli ktoś jedzie sobie chodnikiem i zamierza wjechać na DDR, to (włączając się do ruchu) powinien ustąpić pierwszeństwa temu, kto juz jedzie ścieżką, a nie wpychać się przed niego. I jestem prawie pewien, że jeśli na ścieżce jeden z kierunków jest zablokowany (przykładowo przez matkę z wózkiem), to pierwszeństwo ma ten, którego pas jest wolny, ten z zagrodzoną drogą musi poczekać. Ale to mi się chyba tylko wydaje.

Trzecia część - samochody. I tu mam dziwne odczucia, bo od dwóch tygodni prawie nic się nie wydarzyło. Ludzie przywykli do tego, że jeżdżą te fanatyki na dwóch kółkach i zwalniają na strzałce, myślą przed prawoskrętem, a nawet odsuwają się w lewo, gdy człowiek leci prawą stroną pasa. To akurat dziwne.
Wtorek, 5 kwietnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Deszczowo - z/do

Wczoraj przy powrocie deszcz. Rozważaliśmy, czy na kurs nie pojechać rowerem, ale przyjść mokremu, potem trzy godziny prowadzić zajęcia i wracać w mokrych ciuchach... Zrezygnowaliśmy. Jak się okazało - słusznie, gdy wróciliśmy, przywitała nas smutno częściowo opróżniona tylna dętka w moim rowerze - gdybyśmy ruszyli, pewnie po drodze byłoby łatanie w deszczu i na pewno spóźnienie.

A dziś rano za to przyjemnie, chłodno i spokojnie. Zimo - wracaj!
Poniedziałek, 4 kwietnia 2011 Kategoria transport, do czytania

Rower naprawiony - i do roboty!

W sobotę pękła mi linka tylnej przerzutki, więc w niedzielę przy okazji odchamienia ("Legends of Shaolin") zajechaliśmy do Decathlonu uzupełnić zapasy. Wnioski z wyjazdu:
1. W niedzielę nie powinno się odwiedzać sklepów sportowych (tłok)
2. W niedzielę nie powinno się odwiedzać centrum Warszawy (jeszcze większy tłok).

Zakupiłem sobie, prócz linek, rogi do Unibike'a oraz (wreszcie!) stojak serwisowy. Zupełnym przypadkiem zauważyłem, że sobie wisi na haczyku, to wziąłem.

Montaż rozpoczął się wczoraj wieczorem. Stara linka była usunięta, więc pozostało tylko założenie nowej. Nie, instrukcje są dla leszczy, sam będę. Odkręciłem wszystkie możliwe śruby, zdjąłem to ustrojstwo, zaglądam, gdzie by tu tę linkę puścić - nie wiem. Mam dziwne opory przed otwieraniem urządzen w wersji na chama, więc zdjąłem to paskudztwo w kierownicy, mielę w rękach, w końcu patrzę w internet. Internet milczy na ten temat, ale coś nieśmiało przebąkuje o plastikowej śrubie. I tak, ta śruba jest tu kluczem do sukcesu.

Ponieważ nie widzę nigdzie w necie instrukcji, nakarmię roboty Google'a:

Wymiana linki w manetce Shimano Alivio:
1. Odkręcić linkę przy prowadniku przerzutki.
2. Wywlec linkę z wszystkich pancerzy.
3. Po zewnętrznej stronie roweru, na manetce znaleźć plastikową śrubę na wkrętak krzyżakowy. Wykręcić ją.
4. Zerknąć do środka. Wewnątrz widoczny powinien być spłaszczony walec z wyżłobieniem na linkę.
5. Zmienić kilka razy przełożenie, aż na walcu wewnątrz, zamiast wyżłobienia będzie widoczny otwór (w przypadku tylnej przerzutki był to siódmy bieg). Zmieniając przełożenie proponuję jedną ręką naprężać delikatnie linkę, mi akurat, gdy ją zostawiłem luzem, wkręciła się między walec a obudowę i musiałem kombinować, żeby ją wydobyć.
6. Gdy widzimy otwór w walcu, popchnąć linkę, aż wyjdzie przezeń na zewnątrz, wydobyć całość.
7. W to samo miejsce włożyć nową linkę, baryłka na końcu linki ma zablokować się w otworze.
Jeśli pojawia się problem z włożeniem lub wyciągnięciem, odkręcić od góry tablicę ze wskaźnikiem aktualnego przełożenia, pod nią są dwie śrubki - po ich poluźnieniu linka przechodzi lepiej
8. Przewlec linkę przez pancerze, dokręcić do prowadnika i wyregulować przerzutkę.

--- Koniec opisu. ---

Skoro już zwlekłem wszystko z jednej części kierownicy, dokręciłem sobie rogi przy kierownicy. Rano - test. Okazuje się, że przerzutki zmieniają się niesamowicie lekko (albo pancerze delikatnie zaśniedziały i je przy okazji wyczyściłem, albo linka wkręciła się jakoś w manetce - to drugie tłumaczy, jak pękła - przepiłowałem ją...), rogi - bardzo, bardzo wygodny zakup.

I znów poniedziałek...
Sobota, 2 kwietnia 2011 Kategoria > 50 km, do czytania, kampinos

Cmentarne klimaty - dookoła puszczy

Był sobie nieśmiały plan na ten weekend, żeby zrobić stóweczkę. Wyszliśmy z domu jednak trochę późno i stwierdziliśmy, że gdzie zajedziemy, tam wylądujemy. Miały być dwa punkty kontrolne (Truskaw, Palmiry), w których miała być podjęta decyzja, czy chce nam się dalej turlać.

Lecimy zatem: Bemowo -> Radiowa -> Estrady -> w lewo na Truskaw -> Truskaw -> decyzja podjęta, lecimy na Palmiry. Tam mieliśmy do wyboru albo powrót przez Łomianki, albo trasę do Leszna. Trasa ta czekała już chwilę, aż ją zrobimy, nie udało się głównie dlatego, że za kazdym razem, gdy się za nią braliśmy, bylo to w niedzielę wieczorem. W Palmirach lądowaliśmy około 23:30 i mieliśmy do wyboru - wracać do domu krótszą drogą, albo kręcić 50km i być w domu około drugiej w nocy - w poniedziałek nad ranem. Tym razem byliśmy wcześniej - więc kierunek Leszno.

Dojeżdżamy kawałeczek dalej do Kaliszek i tu pęka mi linka tylnej przerzutki. Hmm, przełożenie 2-8 nie jest w końcu takie złe - lecimy dalej. W Kaliszkach dojeżdżamy do jakiejś ładnej drogi ze ścieżką dla rowerów, skręcamy w lewo (chociaż powinniśmy jechać prosto, ale zadnej drogi prosto nie widać). Po drodze (cały czas tą fajną drogą) mijamy sobie Janówek, cmentarz partyzantów, Truskawkę i wpadamy na główną do Leszna. W Lesznie stoimy przed decyzją, czy jedziemy przez Grodzisk (18km dalej), ostatecznie skręcamy na Warszawę i ulicą Warszawską wracamy sobie na Bemowo.

Po drodze minęliśmy pięć albo sześć cmentarzy: przy drodze do Truskawa, Palmiry, cm. Powstańców i jeszcze dwa lub trzy na trasie Leszno-Warszawa. Nie było to planowane, cmentarze same się spotykały, ot, taka miła niespodzianka :)

Wchodzimy do domu, otwieramy piwko i akurat zaczęła się walka Diablo. Diablo nudna walka, tak w ogóle, ale dobrze, że chłopak wygrał.
Piątek, 25 marca 2011 Kategoria transport, do czytania

Jadziem na rekord. Rekord jest, plan nie wyrobiony.

Stwierdziłem, że rowery lepiej jeżdżą, gdy się im napompuje koła i nasmaruje łańcuch, więc wczoraj uczyniłem i jedno, i drugie. Na dzień dobry przywitał mnie piękny, wiosenny wiatr wiejący w dziób, tudzież paszczę, ale zaskoczyło mnie to, że rower poszedł w ten wiatr jak przecinak.

Ładnie się jechało, więc mniej więcej od Muranowskiej przyspieszyłem, a od początku mostu Gdańskiego uderzyłem mocno. Cel był prosty - średnia z całej trasy 30km/h lub większa.

BS teraz tu nakłamie, bo wpisywać pozwala tylko minuty i wyliczy mi średnią powyżej 30km/h. Przeliczywszy jednak zgodnie z sekundami licznika, otrzymuję 29,78 ;) Więc plan nie został zrealizowany, ale i tak rekord średniej pobity, cieszy tym bardziej, że na trasie długości słuszniejszej, nie marnych 7km, bo tyle się kiedyś do pracy jeździło.

Ale tak czy inaczej dumny jestem z siebie, o :)
Piątek, 30 lipca 2010 Kategoria transport, < 50km, do czytania

Policja, błotniki i 1000km

150zł mandatu za przejazd na czerwonym, nowy komplet błotników i (nareszcie) pierwszy tysiąc kilometrów :)

stat4u Blogi rowerowe na www.bikestats.pl