Informacje

  • Łącznie przejechałem: 136654.57 km
  • Zajęło to: 259d 12h 39m
  • Średnia: 21.90 km/h

Warto zerknąć

Aktualnie

button stats bikestats.pl

Historycznie

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaliczając gminy

Moje rowery


Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Hipek.bikestats.pl

Archiwum

Kategorie

Sobota, 22 sierpnia 2015 Kategoria > 400 km, do czytania, zaliczając gminy

Weekend w górach. Wszystkich, po kolei. Cz. 1 - wyścig

Rower jest wielce OK. Rower... to jest świat

Rowerem można jechać na wycieczkę. Ale można też pojechać na maraton, tak o, żeby się pościgać. Można też solidnie wydłużyć dystans maratonu i tak oto osiągniemy supermaraton, który można zamknąć w dystansie 200-300 km. A co dalej? Jeśli wydłużymy jeszcze dystans, to dostaniemy ultramaraton. Tu już ciężko wyznaczyć granicę dystansową, sam skłaniam się do warunku brzegowego mówiącego, że jeśli maraton wymaga jazdy przez noc, to jest już ultra.

Ale może pójdziemy jeszcze dalej? A co jeśli maraton nawet od najszybszych wymaga jazdy przez dwie noce z rzędu? Wymyślanie potworków nazewniczych jest oczywiście zbędne, bo w końcu takich wyścigów jest na tyle niewiele, żeby wymyślać "hipermaratony", czy cokolwiek tam komuś przyjdzie do głowy, ale warto zauważyć, że jest to kolejny stopień trudności.

Maraton Góry MRDP ze wszech miar spełnia warunki na ten (a może i jakiś jeszcze jeden) stopień trudności. Porównując go z BBT, gdzie mamy relatywnie łatwy dojazd w okolice Rzeszowa i tylko końcówkę po Bieszczadach, otrzymujemy coś naprawdę robiącego wrażenie: przy podobnym dystansie (ledwie 100 km dłuższym) mamy ponad trzykrotnie większą liczbę przewyższeń, jadąc przez wszystkie polskie góry, zaczynając od Przemyśla, kończąc w Świeradowie-Zdroju. Do tego jeszcze start o 12:00 praktycznie wymusza jazdę przez dwie doby i zdecydowanie wydłuża czas na nogach.

Brzmi zachęcająco, prawda? I nie można się dziwić, że lista startujących dość szybko się wypełniła. Co ciekawe, dla nas ten maraton miał być opcją jedynie do rozważenia - ze względu na planowaną na trzy tygodnie później wyprawę. Jeszcze w styczniu byłem zdecydowanym przeciwnikiem zapisywania się tam. Ale ja jakoś mam odwrotnie niż większość: z daleka to mi się nigdy nie chce, ale im bliżej, tym bardziej mam ochotę pojechać... I już w lipcu byłem pewien, że na pewno pojadę.

Gdy siedzę sobie w kiblu, spuszczone gacie mam. Zamykam sobie wtedy oczy, obmyślam nowy plan.

To miał być najtrudniejszy wyścig, trudniejszy od wszystkiego, co do tej pory jechaliśmy. Szacowanie czasu musiało być obarczone błędem, ale jakieś granice i cele trzeba było wyznaczyć. Celem pierwszym było pokonanie całej trasy bez snu. Do tego zakładaliśmy, że dłużej niż 60 godzin nie powinniśmy się włóczyć po górach. Pierwsze, w miarę możliwości obiektywne przymiarki, zakładały, że powinniśmy do celu dotrzeć między 17 a 19. Zwłaszcza Hipcia chciała gnać jak najszybciej, w Świeradowie czekał na nas hotel, który zarezerwowaliśmy na noc z poniedziałku na wtorek. Jak widać zdążyć trzeba było. Taka mała motywacja.

Zastanawiało mnie jedno: jak dobrze uda mi się trafić z dotarciem do celu i jak dużym optymizmem było obarczone założenie zmieszczenia się w 60 godzinach (czyli dotarcie w poniedziałek, jeszcze przed północą).

Zmieniały się też plany dotyczące tego, co zabierzemy ze sobą na wyścig. Pierwotnie, w lutym, mówiliśmy o tarpie, ale zaraz zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wyjazd jest za krótki na zabieranie własnego mieszkania. Postanowiliśmy wziąć za to śpiwory… które zastąpiliśmy foliami NRC na dwa tygodnie przed wyjazdem. Pozostałe rzeczy to: nogawki, bluzy, kurtka przeciwdeszczowa, ochraniacze na buty i (na wszelki wypadek) długie rękawiczki. Do tego podstawa, czyli narzędzia i kupa żarcia.

W ostatniej chwili postanawiam nie brać bukłaka. Nie jeździłem jeszcze z takowym na dłuższe trasy i nie wiedziałem, jak spiszą się plecy. Na wszelki wypadek bierzemy go ze sobą, w bagażu, ale z góry wiem, że razem z plecakiem pojedzie na metę.

Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Zatem otwieram nasz program już!


Tik-tak. Zegar wskazuje, że już czas jechać na dworzec. Nadal nie udało nam się ustalić, ile średnio zajmuje ta trasa, ale tym razem, dla odmiany, to nie jest ranek, a popołudnie, więc trzeba wziąć solidniejszą czasową poprawkę. Poza tym to nie jest wyjazd po gminy, który można odpuścić: teraz musimy zdążyć. Wszystko już spakowane od wczoraj, ostatni rzut oka na mieszkanie, ładujemy się na rowery, ruszamy.

Ujechałem niecały kilometr, gdy coś wybuchło, a tylne koło zrobiło się jakieś takie inne. Wyciągnąłem z torby dętkę, pompkę, łyżki (uśmiechając się do siebie, bo wczoraj zastanawiałem się, kiedy to będzie okazja, żeby przetestować nasze nowe łyżki, które dostaliśmy razem z multitoolem). Hipcia pojechała po nową dętkę do domu, akurat gdy wróci, to skończę wymieniać.

Zakładam, pompuję... coś mi się nie podoba. Pompka też się obraziła? Dętka się nie napełnia. Ściągam ponownie oponę, sprawdzam... w dętce jest dziura. Teraz mogę tylko czekać.

Po dłuższej chwili nadjeżdża Hipcia, zabieram jej zapas, który przywiozła z domu, zakładam, pompuję, ruszam... Dwadzieścia metrów dalej mam wrażenie, że zrobiło się coś miękko. Kawałek dalej staję i sprawdzam - znowu flak. Nie sprawdziłem opony?!

Tik-tak. Zegarek mówi, że powinienem ruszyć tyłek i nie próbować zakładać kolejnej dętki. Ruszam więc na flaku. Na skrzyżowaniu, na którym skręcałem w lewo, o mało co nie zaliczyłem gleby, bo opona uciekła spod obręczy. Turlam się powoli w rytm wentyla bijącego równo o asfalt, głównie na stojąco, wisząc na kierownicy, a tym samym odciążając oponę.

Drugą glebę zaliczyłbym na kolejnym skrzyżowaniu ze skrętem o 90 stopni, tym razem przytarłem obręczą asfalt. Stąd, na szczęście, już rzut beretem na Zachodni. Na peron wpadamy, gdy pociąg już stoi. Nasz wagon okazuje się być rowerowym, ale z tych olbrzymich - interwencja Turysty, który poprosił o podstawienie takowego, powiodła się. W drzwiach do wagonu poznajemy nowego człowieka - Skauta. Wewnątrz siedzi już sam Turysta.

Po rozłożeniu gratów natychmiast biorę się za zabawę z kołem. Sprawdzenie opony niczego nie wskazuje - czyżbym miał po prostu pecha? Już nie mogę się doczekać tego, jak wyśmieje to Tomek, który będzie się cieszył, że przekazał nam dętkową klątwę (i tak, okazało się, że to były jego pierwsze słowa). Zakładam kolejny zapas, łatam tę dętkę, która mi została. W międzyczasie robi się ciemno, wjechaliśmy do tunelu, czyli wita nas Warszawa Centralna. Wsiadają Marcin Nalazek i... Tranquilo, który, jak się okazało, jechał z dziewczyną na jakąś wyprawkę zupełnie niezależnie od naszego wyścigu.

W międzyczasie do Przemyśla dotarł Olo, który obiecał, że spróbuje mi coś kupić na miejscu. I kupił - dwie sztuki, wielkie dzięki!

Trochę siedzieliśmy, wypiliśmy trochę bezalkoholowego, chwilę pogadaliśmy, ale towarzystwo dość szybko się rozespało, Marcin poszedł spać przy rowerach, na podłodze, my (czyli pozostała czwórka) zajęliśmy dla siebie cztery kanapy. W międzyczasie sprawdziłem dopiero co załataną dętkę - była sparciała. Załatałem ostatnią dziurawą, którą miałem, a tę wyrzuciłem.
No i teraz mamy pytanie: czy ta, którą założyłem na koło, jest nowa czy stara? Hipcia utrzymuje, że to taka z nowszego rzutu, ale już nie chce mi się wyciągać i od nowa pompować koła; zdążyłem zrobić sobie siniaka na dłoni pompując maleńką pompeczką koło cztery razy (dwa razy za mocno wkręciłem pompkę i wykręciłem cały zawór...) i nie chciałem go bez potrzeby pogłębiać.

Rozważaliśmy nawet poproszenie rodziców o dostarczenie nam w Rzeszowie jakiejś pizzy na dworzec, ale w końcu odstąpiliśmy od tego pomysłu.

Hipcia zasnęła, mi jakoś nie szło, więc sobie grzebałem w telefonie, ale w końcu też położyłem się. W samym Rzeszowie, gdy w końcu moje leżenie zaczęło przypominać sen, dosiadły się jakieś dziewczynki i gadając z Ukraińcem (spotkanym w pociągu) włączyły na cały regulator Radio Siksa. Czyli, w skrócie, pierdoliły tak, że nawet mi było za nie wstyd przed tym chłopakiem.

W końcu, w końcu udało mi się głęboko zasnąć... oczywiście niecałe pół godziny później trzeba było wstać i zbierać się. Mimo że mieliśmy pół godziny opóźnienia, to na dworzec w Przemyślu dojechaliśmy mniej więcej na czas, około 23:30. Wyładowaliśmy się całym zespołem, chłopaki pojechali do bazy maratonu, a my załadowaliśmy się do hotelu tuż przy dworcu.

Pokój miał wszystko, co było nam potrzebne: prysznic i łóżka. Zjedliśmy jeszcze solidną kolację, tzw. związankę (patrz: „Sezon na Misia II”), czyli herbatniki z ptasim mleczkiem, do tego bułki z serem, bo już słodyczy mieliśmy dosyć i nastawiając budziki na dziewiątą (start był w samo południe), położyliśmy się spać.

Ježíšmarjá," vykřikl Švejk, "to je dobrý!".

Zbudziliśmy się grubo przed ósmą i sporo przed jakimikolwiek budzikami. Szybkie i w miarę możliwości duże śniadanie, przywiezione jeszcze z domu; płatki z serkiem waniliowym, ale takim solidnym i tłustym - myślałem, że nie zmieszczę. Pozostało jeszcze wsypanie prochu do bidonu.

Niespiesznie zebraliśmy wszystkie klamoty i powlekliśmy się w kierunku bazy (której nie miałem zaznaczonej na GPS-ie, trochę zbłądziliśmy, pytając po drodze o pomoc, bardzo zmylił jakiś znak wskazujący "Maraton rowerowy" i przez niego zajechaliśmy 300 m za daleko). W bazie wita nas Wąski, a potem spotykamy sporo znajomych twarzy i trochę nieznajomych. Rowery zostały przyszykowane do jazdy, koła dopompowane, awaryjne strzały z kofeiny doklejone do ramy.

Odebraliśmy też zestaw startowy - mapkę, zrobioną bardzo porządnie i czytelnie oraz lokalizator: maleńką puszeczkę, przy której BBTourowy zestaw nawigacyjny to kupa niepotrzebnego żelastwa.

Tomek, tak jak wspominałem wcześniej, przywitał się z nami w wiadomy sposób, ciesząc się ze zdjęcia z niego klątwy. Gdy zauważyłem, że znienacka na maraton przyjechał i Przemielony, od razu powiedziałem, że jak dwa Szwagry wezmą się za podjazdy (do spółki zajęli dwa pierwsze miejsca naszej górskiej klasyfikacji po MP), to już nie mamy żadnych szans. Prorok jaki, czy co?

Hipcia w międzyczasie pobiegła kupić wodę, uzupełniliśmy bidony, dokleiliśmy też do torby Topeaka dwie dętki, na wypadek, gdyby nasze zapasy nie podołały wyzwaniu. Przez teren przebiegła Kot, robiąc zdjęcia wszystkich rowerów po kolei.

W końcu wszystko zostało spakowane, przytwierdzone i po nierównej kostce potoczyliśmy się na rynek, na którym zaparkowawszy pod pomnikiem Dobrego Wojaka Szwejka udaliśmy się po dodatkową wodę. Kupiliśmy dwie butelki, nie zdążyliśmy zrobić wiele więcej, bo już zaczęła się odprawa techniczna. Hipcia została jeszcze wezwana, bo nie działał jej lokalizator. Ja w międzyczasie przedstawiłem się Jelonie i jakiemuś młodemu koledze, który był obok. Kolega okazał się być Czerkawem, zapowiedziałem mu, że musi zmienić fotę profilową na forum, bo tam wygląda na solidne trzydzieści, nie spodziewałem się, że to taki młody chłopak.

W międzyczasie też przypadkowo dowiedziałem się, że kaski są nieobowiązkowe... Nawet nie sprawdzałem tego punktu w regulaminie. No, ale przy takiej dawce wysiłku i spodziewanej senności to może i ten kask nie zaszkodzi, jak zaśniemy na rowerze, to może i coś pomoże.

Zaczęło się głośne odliczanie, potem dźwięk setki zapinanych pedałów i ruszyliśmy powoli za radiowozem. Daniel załatwił blokadę dróg na cały start honorowy i pierwszy fragment startu ostrego.

Powietrze pachnie jak malinowa Mamba...

...nikt (jeszcze) nie przeklina. Jedziemy sobie z Gavkiem, któremu strasznie cyka błotnik. Słońce świeci, od razu zaczynają się niewielkie pagóreczki, peleton błyskawicznie rozciąga się na dystans kilkuset metrów. Trzymamy się raczej w środku stawki. Jest okazja chwilę pogadać z Ricardo, zjeżdżamy jednak na bok, gdy numer startowy wkręca się w szprychy i robi straszliwy hałas. Wyciągamy, ruszamy, ale kawałek dalej Hipci sytuacja się powtarza. Poprawiam tym razem ja i mamy spokój.

Okazuje się, że czołówka sporo nam uciekła, ale dzięki temu możemy zamienić dwa słowa z Wąskim.

Nagle pojawia się jakiś skręt w prawo, nazwa miejscowości jakby znajoma. Po chwili mówię do Hipci, że chyba właśnie zaczęliśmy jechać na ostro... Tempo niewiele się zmieniło, przynajmniej na pierwszą chwilę - przed nami pojawiła się pierwsza ścianka na tym maratonie. Powoli zaczęliśmy wyprzedzać grupki zawodników, kątem oka widzę Turystę, za nami został też Wilk, który chwilę później z kolei nas wyprzedza.

Liczba zawodników w zasięgu wzroku znacząco się przerzedza. Zostajemy prawie sami, powoli mijając pojedynczych ludzików. Hipcia od razu skarży mi się, że bolą ją kolana, czym mnie solidnie zaskakuje, bo narzekanie na ból kolan mieliśmy zaharmonogramowane, owszem, ale na trochę późniejszy czas, nie że tak od razu, po starcie, kolanem w oczy. To, co gorsze, to fakt, że Hipcia coś marudzi na siłę: nogi jakby w smole, nie chcą pracować, do tego jest jej niedobrze. No, ale to tylko początek, może po prostu trzeba wpaść w rytm: tętno w końcu radośnie sobie hasa w górnych jego granicach, mimo że przecież nieszczególnie pędzimy.

Sprzętowo też nie jest idealnie: Hipcia narzeka na niezmieniające się przerzutki. Wszystko było testowane przed wyjazdem i chodziło idealnie, ale jak zawsze gdzieś tu muszą się pojawić problemy. Postanawiamy zostawić regulację na czas najbliższego postoju (tak, dojechaliśmy bez regulacji do mety, za każdym razem na postoju zapominaliśmy o tym).

Doganiamy jednego kolegę, który jedzie z nami dłuższy czas, potem doganiamy i drugiego, jadącego z bananem w kieszeni bluzki z BBT – był to Marcin Koseski (a przynajmniej tak mi się wydaje). Pierwszy kolega zniknął, my jedziemy w trójkę razem pod górę, żwawym tempem. Hipcia prowadzi, niechcący robiąc podjazd z blatu; Marcin śmieje się z tego, że ją wypuściłem pierwszą na ten podjazd. Po dłuższej chwili podjazdu jechanego naprawdę sprawnie, Hipcia zostaje nieco z tyłu. Czekam na nią - niestety, nasilają się problemy z brzuchem, który bardzo jej spuchł.

Na szczycie kończy się zabezpieczony teren, dalej jedziemy już w otwartym ruchu. Czeka nas długi zjazd, na którym na moście mijamy Wilka, którego przez dłuższą chwilę widzę jeszcze jakieś 400 metrów za nami. W końcu dostajemy zjazd do drogi 890. Policja zabezpiecza dla nas skręt w lewo, widzę, że to robią, więc walę śmiało, Hipcia nie była pewna i zwolniła. Mamy ładny asfalt, lekko pofałdowany i niewielki kawałek do Ustrzyk. Hipcia jest nieco niezadowolona z tego, że przez problemy z numerami startowymi odjechała nam czołówka. No, ale to dopiero początek. Na razie kawałek przed nami widzimy dwóch rowerzystów, którzy jadą przed nami jakies 500 metrów; powoli się do nich zbliżamy. Gdy się to udaje, okazuje się, że to Marcin, ten, z którym jechaliśmy na podjeździe.

Tu w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień

Aż do Ustrzyk jedziemy w grupie, od Krościenka widziałem już z tyłu dwie osoby, które powoli się do nas zbliżają, myślałem, że to Wilk, ale gdy nadjechali, okazało się, że jednak nie. Wilka zobaczyłem zresztą kawałek później, już w Ustrzykach.

No i wjechaliśmy na trasę BBT! Bardzo czekałem na ten fragment, bo z samego BBT pamiętałem tylko, że było to długie i że były tam podjazdy, raczej większe niż mniejsze - wówczas jednak jechałem kończąc drugą nockę, teraz jesteśmy tu pierwszego dnia, więc podjazdy zaskakują, bo są bardzo łagodne.

Po drodze połykamy jeszcze dwóch kolegów (jedzie nas teraz już ósemka). Przed nami migają z przodu jeszcze dwaj, powoli, powoli ich dochodzimy, w końcu Hipcia do nich dociąga, podnosząc nieco tempo, nie dogadujemy się co do tego, czy wsiadamy za nich, czy wyprzedzamy, więc Hipcia zostaje za nimi, ja ich wyprzedzam, Hipcia wskakuje za mnie i tak oto, przypadkowo, zmieniamy się pozycjami na czele grupki.

A jednym z kolegów, których dogoniliśmy, okazuje się być Robert1973. Czyli kawałek pojedziemy razem na Księżyc.

Gdy zszedłem ze zmiany, z przodu zrobiło się jakieś zamieszanie i zauważyłem, że przed Hipcią już jedzie dwóch - dżentelmeni zasłonili ciałami słabą kobietę. Po pewnej chwili, na solidnym zjeździe (chyba 65 km/h) znowu się tasujemy i tym razem jestem już czwarty, zaraz za Hipcią. Za plecami słyszę rozmowy o okolicznych wiatach i ich przydatności na nocleg. Prowadzi nieprzerwanie jeden kolega, ubrany na czarno. Trochę zwalnia na zjazdach, więc już na ostatnim odcinku, kilka kilometrów przed Ustrzykami, na pytanie Hipci "to co?", wyprzedzam go i prowadzę całą grupę nieco żwawszym tempem, coś pod 30 km/h.

Na BBT na tym fragmencie jechałem 21 km/h i czułem, że to blisko maksa, teraz jechałem blisko 30 km/h i czułem, że jadę spokojnie. Podobne spostrzeżenia co do tego odcinka miał jeden z kolegów spotkanych później na trasie.

W końcu pojawia się znany skręt i nie tylko ja mam tu miłe skojarzenie, bo za plecami odzywa mi się głos któregoś z kolegów mówiących, że gdyby to był inny wyścig, to byłaby to już meta. Niestety, meta to jeszcze nie jest, trzeba będzie trochę się pomęczyć, chociaż niewiele brakowało aby ktoś właśnie tutaj zakończył wyścig: jakiś kretyn cofając wyjechał prosto przed naszą grupkę; niewiele brakowało.

Wiedziałem, że część grupy ma zamiar zatrzymać się w Ustrzykach w sklepie, ale my nie mieliśmy takiej potrzeby (no… mimo pokusy skoczenia do Cyrańskiej na pierogi), więc, nie zatrzymując się nawet, wysłałem obowiązkowego SMS-a i pojechaliśmy dalej. Już we dwójkę, bo reszta się zatrzymała.

Po chwili dogonił nas Wilk, który powiedział, że nasze odjechanie zostało w grupie uznane za lekko nieeleganckie. Niestety, jak nie mam w nogach, to muszę pracować postojami. Po to mam opracowane pisanie SMS-ów z siodła, żeby na PK się nie zatrzymywać, tylko walić przed siebie.

Dłuższą chwilę jedziemy z Wilkiem, gadając o okolicznych drogach, wdrapujemy się na pierwszą z przełęczy - Przełęcz Wyżniańską. Następuje zjazd i odrobinę solidniejszy podjazd pod Przełęcz Wyżnią, która jednocześnie miała być najwyższym punktem, na który wjedziemy w Bieszczadach (872 m n.p.m.). Hipcia tu znowu miała atak bólu brzucha, więc zwolniliśmy, a Wilk pojechał swoje; jeszcze chwilę widzieliśmy go na serpentynach, po czym zniknął. Zaczyna kropić deszcz. W zasadzie kropił już dużo wcześniej, ale teraz to kropienie staje się bardzo niepokojące. Z tyłu, za nami, pojawił się za to jeszcze jeden ludzik, który powoli się do nas zbliżał. Okazał się być nim Adam Wojciechowski, który gonił od samego początku, bo na starcie honorowym wybuchła mu dętka. Machnął nam i pojechał dalej.

Deszcz już się znudził kropieniem i przeszedł powoli w padanie. Na przełęczy zatrzymaliśmy się na kilka sekund, żeby sprawdzić, czy to, że Hipci się źle jedzie, nie jest związane na przykład z obcierającym hamulcem. Błyskawiczne sprawdzenie odległości klocka od obręczy, wszystko w porządku, można jechać. Zjazd był bardzo nieprzyjemny, bo asfalt był już mokry i na zakrętach jechaliśmy asekuracyjnie. Nieco mniej asekuracyjnie pojechał kolega z czerwoną sakwą na bagażniku, który właśnie na zjeździe nas dogonił i przegonił.

Robiąc po drodze jedno małe przewyższenie dojechaliśmy do Cisnej, gdzie przy sklepie zauważyłem Adama i kolegę z czerwoną sakwą, jak nalewali picie do bidonów. Zaraz za wsią mieliśmy jeszcze jeden podjazd, na którym minęło nas auto Ultrakolarza. Wychylony przez okno kolega krzyczał do nas, że dobrze jedziemy, bo za nami szaleje nawałnica. Hmm... to chyba dobrze.

W czasie deszczu dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz.

Choć mniej trudzą się (naprawdę?) i mniej brudzą się (nie, serio?), ale strasznie nudzą się w deszcz.

Podjazd za Cisna. uciekamy przed deszczem

Na razie po prostu mamy deszcz i jakoś z tego powodu nieszczególnie narzekamy. No, może poza podśmiechiwaniem się z Hipci, która zabrała błotnik z Warszawy tylko po to, by uznać, że przecież nie bedzie padało i zostawić go w plecaku. I dzięki temu jedzie teraz z bluzką upstrzoną czarnym szlaczkiem.

W pewnym momencie słyszę za plecami "I tak oto Hipki wykańczają konkurencję". Znam ten głos, ale jego właściciel powinien być przed nami. Okazało się, że Wilk, bo to on był, stanął w sklepie i tam go wyprzedziliśmy. Stawał już w sumie dwa razy, kupować picie. Tymczasem my nadal jedziemy bez zatrzymania (w tym momencie miałem jeszcze pełen bidon 0,7 l i dwa łyki w drugim bidonie). Hipcia pewnie wtedy jeszcze miała pełne dwa, jak znam życie. I pełne kieszenie żarcia, ale to akurat dlatego, że do tej pory praktycznie nic nie zjadła - ledwie jednego żela.

Od Cisnej mamy spokojną drogę aż do Gorlic, prowadzącą bardziej pagórkami niż górami. Tak przynajmniej powiedział Wilk. Dowiedziałem się też, że w tych miejscach zrobili lepszy asfalt, niż był ostatnio, gdzie nie bawiono się w znaki "Ubytki", tylko było napisane wprost: "Dziury". Jedziemy sobie zatem w trójkę, deszcz pada, ale widoki przednie, słońce zaczyna zachodzić gdzieś przed nami.

Zbliżaliśmy się do Komańczy. O niej mówił jeszcze w bazie Kurier, twierdząc, że tam jest ostatni sklep, do którego warto zajechać, bo potem przez całą noc będzie problem z zaopatrzeniem. Nasze wątpliwości potwierdził też Wilk, więc postanowiliśmy zrobić przerwę. Wilk na zjeździe został ubrać się, my minęliśmy nasz właściwy skręt i podjechaliśmy kilkaset metrów dodatkowo, do Delikatesów Centrum. Trochę się nie mogliśmy dogadać z Hipcią, czy stawać, czy nie, ale w końcu stanęliśmy. A właściwie to ja pojechałem, nie dając jej większych szans na negocjacje.

Stop! Hammertime!

Pierwszy przystanek, jest około 175 km.

Zsiadamy, otwieramy torbę, wyciągamy pienią... co?! Gdzie?! Nie ma saszetki z kasą i kartami. Czyżbyśmy byli w czarnej dupie? Przecież kasa była, pakowałem ją tam sam, w bazie... potem byliśmy kupić wodę na rynku... ja płaciłem. Ręka do kieszeni: jest. Uff...

Z pieniędzmi zakupy robi się jakoś łatwiej. Zrobiłem je w tempie błyskawicznym (bałem się, że babcie stojące przede mną w kolejce zaczną jeszcze totolotka puszczać), z butelkami wody wybiegłem przez sklep, szybko wlaliśmy do bidonów to, co trzeba i ruszamy z powrotem na trasę.

Chwilę wcześniej Hipcia widziała dwóch kolegów (w tym tego z czerwoną sakwą), którzy pojechali dalej prosto (czyli przegapili właściwy skręt). Zastanawiamy się, czy drugim kolegą był Adam, w końcu w Cisnej stali razem.

Za skrętem na Duklę droga trochę w budowie, jest wąsko, ale bardziej przeszkadzają fontanny tryskające spod hipciowego koła. Nikogo z przodu, nikogo z tyłu, deszcz powoli się rozmyśla i przestaje padać. W okolicy Wisłoka Wielkiego pogarsza się trochę asfalt i zjazdy robią się mniej przyjemne, ale nadal jedzie się dobrze. Problem w tym, że nie musieliśmy zjeżdżać z trasy. Po drodze mijamy wiele otwartych sklepów, w tym i Orlena, i Biedronkę, o czym Hipcia wspominała mi przy każdym sklepie. Kilka razy przecinamy tory, na jednym z nich Hipcia o mało co nie zalicza szlifa, a mnie wyrzuca na szutrowe pobocze. Mały brak ostrożności i tak to się kończy.

Gdzieś na tych pięknych pagóreczkach Hipcia po raz kolejny narzeka na ból brzucha. Nadal niczego nie zjadła, do tego chce się jej wymiotować. Do Rzeszowa wycof mamy idealny - DK9 doprowadza nas pod sam dom moich rodziców. Ale rezygnacja (przynajmniej na razie) nie wchodzi w grę. Mój dzielny Mutant (albo, jakby to powiedział Wędrowycz: Mutas) postanawia jechać dalej, bo w końcu kiedyś musi się lepiej poczuć.

W Nowym Żmigrodzie mijamy punkt kontrolny nr 2. Jest prawie dziewiąta, słońce już prawie się z nami pożegnało. Udaje mi się włączyć swoją tylną lampkę bez potrzeby zatrzymywania się. Już po ciemku przecinamy Gorlice i wąską krajówką jedziemy do Ropy. Ruch nie jest zbyt duży, do miejsca skrętu docieramy szybko. PK3 jest tuż-tuż.

Po skręcie w Ropie wyjechaliśmy na wąską uliczkę prowadzącą między wioskami.

Ćwiartka obalona.

Właśnie mieliśmy przejechaną jedną czwartą całej trasy. W czasie bardzo dobrym, szczególnie biorąc pod uwagę to, że Hipcia od stu kilometrów rozważa wyrzyganie własnego żołądka razem z przyległymi organami. Gdybyśmy utrzymali taki czas jazdy, bylibyśmy spokojnie poniżej dwóch dób. Można się jednak z tego cieszyć i marzyć, wiadomo jednak, że to, co zostawiamy za sobą, to najłatwiejsza część trasy - i ze względu na podjazdy, i ze względu na zmęczenie.

Na GPS-ie, powoli, zbliżało się oznaczenie kolejnego punktu kontrolnego, umieszczonego w Banicy. Gdy zbliżyliśmy się do samego skrzyżowania, wyciągnąłem telefon i zacząłem skrobać SMS-a, gdy usłyszałem ciche westchnienie: "O, kurwa!". Popatrzyłem przed koło - zaczynał się podjazd. Popatrzyłem wyżej: oż ty, ale ściana!

Wrzuciłem telefon w zęby i zacząłem błyskawicznie zmieniać przełożenia... nie zdążyłem. Podjazd mnie przykrył i musiałem się zatrzymać. Wystartowałem ze stęknięciem...

My heart beats like a drum – like a drum - Dam dam dam - dam dam dam

Serce się tłucze, rzeźbimy. Powoli, powoli, co jakiś czas podświetlam licznik, żeby zobaczyć stromiznę. Doszło do 21% (chociaż w internecie piszą, że jest to ledwie 17%). Do tego zaczęło padać. Pierwsza ścianka minęła szybko, chociaż muszę przyznać, że mnie na niej trochę odcięło i dość gwałtownie zacząłem uzupełniać braki energii. Pod jej koniec, zatrzymaliśmy się pod drzewem, żeby się ubrać. Wrzuciłem na grzbiet bluzę i przeciwdeszczówkę, na nogi długie spodnie (zamieniłem się z Hipcią: ona wzięła moje nogawki, żeby dodatkowe spodnie nie uwierały jej w brzuch). Raz-dwa-trzy: startujemy.

Krótki zjazd (na którym za nami objawiło się światełko kolejnego zawodnika) i rozpoczynamy wspinanie się. Za garbikiem miał na nas czekać zjazd do Mochnaczki Wyżnej.

Na podjeździe widziany z tyłu zawodnik dogonił nas. Był to... Adam, który stanął po drodze na obiad. Zamieniliśmy dwa słowa, po czym po prostu stanął na pedały i odjechał nam, jak maszyna. To jest dopiero moc!

Do PK4 jechaliśmy niedługo - niecałe półtorej godziny. Była już pierwsza w nocy, a my przewalaliśmy się przez Muszynę i dalej, pięknym zygzakiem wzdłuż granicy, wielokrotnie przecinając tory. W oddali czasem pojawia się migająca lampka jakiegoś uczestnika maratonu (pewnie to nadal Adam), ale jest cały czas dobry kilometr przed nami. Minęliśmy kilka zakładów produkcyjnych Muszynianki. Przed nami księżyc, ładne niebo i przyzwoity asfalt.

Tato, czemu mnie nauczyles jezdzic na rowerze?

Nie, to nie chwila zwątpienia. Napisałem to raczej przekornie, bo jechało mi się tak:

Ladna noc, mile towarzystwo i sucho. No czego chciec wiecej?

I faktycznie, nie było się do czego przyczepić, nawet Hipcia zaczęła powoli normalnie jeść. No, może smucić się można tym, że wraz z wjechaniem do gminy Piwniczna-Zdrój na długi czas mieliśmy z głowy zaliczanie nowych gmin. Tędy właśnie wjechaliśmy do Polski podczas ubiegłorocznej wyprawy na Bałkany. Minęliśmy Orlen, ten, na który czekałem od tak dawna na wyprawie (dziś opierając się zatrzymaniu tam), przeturlaliśmy się po wyskakujących znienacka kocich łbach i nie wiadomo kiedy dojechaliśmy do Starego Sącza. A nie, czekaj, wiemy, kiedy to było: 2:45.

Hen w Wenecji, na gondoli, jakaś para się... kołysze.

Gondoli nie było. Flisaków zresztą też nie. Był za to Dunajec. Nie obniżył nam jakoś szczególnie temperatury, a nieco się tego obawiałem. Dłuższa prosta wzdłuż rzeki była jednak trochę nudna. Szczególnie, że dość szybko pojawił się wiatr wiejący prosto w paszczę, dokładnie tak, jak ostatnio, na Maratonie Podróżnika.

Niebo powoli robiło się coraz jaśniejsze, wiedziałem, że na pewno Łapszankę będziemy robić już w dzień. Na razie jednak musieliśmy doczłapać do Krościenka nad Dunajcem, a droga tak powoli się przesuwała...

Zrobiliśmy szybki przystanek na trasie, żeby Hipcia mogła zdjąć dodatkowe bokserki rowerowe, które miała na sobie. Od razu zaczęło się jej lepiej jechać, brak dodatkowego ściągacza zmniejszył nacisk na brzuszek.

Na tym przystanku wyprzedził nas ktoś z maratonu, przyglądając się mi tak samo badawczo, jak ja jemu. To był chyba Adam, ale nie jestem pewien. Czyżbyśmy go znowu gdzieś wyprzedzili?

Przed Krościenkiem zasilam się kofeiną, mimo że wiem, że tuż za miejscowością staniemy na tym samym Orlenie, co na MP. Wolę jednak niepotrzebnie nie przysypiać, jeśli nie muszę. Tym razem (w przeciwieństwie do Pierścienia) działa, od razu się rozbudzam.

Dość szybko docieramy do Krościenka, już z daleka wypatruję Orlenu. Tam trzeba się szybko uwinąć. Jedzenia nam nie potrzeba, potrzebne jest tylko picie. Przed Orlenem pakuje się Adam, który ze zdziwieniem pyta nas, czy w ogóle robimy postoje - on już zdążył kilka razy zatrzymać się na posiłek.

Wchodzę do środka...

Dobranoc, dobranoc mężczyzno, zbiegany za groszem jak mrówka

...śpią. Dwa Szwagry śpią słodziutko jak dwa bobasy, przytuleni do siebie na szerokiej, orlenowej kanapie. Gdy do budynku wchodzi Hipcia, jeden podnosi głowę i budzi drugiego. Powoli zaczynają się zbierać, my tymczasem błyskawicznie napełniamy bidony, Colę („Pani Perfekcyjna”). Tomek skurczony z chłodu i z miną wyrażającą kompletną dezaprobatę dla kretyńskiego pomysłu jazdy na rowerze, wychodzi przed stację i ziewając powoli zmierza w kierunku roweru. Również Przemek zaczyna się krzątać, żegnamy się słowami "do zobaczenia", bo nie mamy wątpliwości, że zaraz nas złapią.

Boli mnie kostka. nie jestem specjalista, ale to chyba od roweru.

Kostka bolała od co najmniej trzystu kilometrów, ale w końcu udało mi się postawić w miarę trafną diagnozę. To, co mnie jeszcze bolało, to mięśnie, gdzieś z boku prawego uda. No, ale to chyba normalne, jak się tyle po górach jeździ. Hipcia już jedzie z pełnym zestawem: oba kolana i nasz stary znajomy i zarazem najgorszy wróg: palące stopy. I tak już 400 km. Podjazdy, szczególnie te ostrzejsze, musi robić bardzo łagodnie, bo jakiekolwiek mocniejsze depnięcie kończy się w najlepszym przypadku syknięciem z bólu, a w ciekawszych przypadkach soczystą kurwą. Przepraszam, o jednym zapomniałem: plecy nie bolą. Masowanie się na zakupionych rolkach dało świetne efekty.

Pani Hałuszowa, znów się spotykamy... Gdy ostatnio tu byłem, moje wrażenia z tego podjazdu opisałem następująco: "zastanawiam się, czy powinienem się najpierw wywalić, a potem porzygać, czy może odwrócić kolejność". Tym razem nie siedziałem tyle w słońcu, nie byłem również odwodniony ani przegrzany, więc wiedziałem, że będzie przyjemniej. I było. Już przy samym szczycie przegonili nas Szwagrowie.

Jak się jedzie w górę, to się potem zjeżdża. Nas czekał zjazd aż nad jez. Sromowickie. Ostatnio na tym zjeździe wentylowałem się na wszystkie możliwe sposoby, tym razem patrzyłem na termometr, na którym już teraz wisiało siedem stopni. Ale dla odmiany i tym razem miałem czas spokojnie przyjrzeć się widokom.

Z daleka, jakieś 500 m przed nami widzieliśmy obu chłopaków. Wyjechaliśmy na płaskie, okrążyliśmy jezioro i pojechaliśmy tym razem w kierunku Łapszanki, z którą też miałem porachunki z Maratonu Podróżnika.

Temperatura zaczęła spadać bardzo szybko. Podjazd szedł spokojnie, równo, na pojedynczych fragmentach prostej widzieliśmy chłopaków wiszących jakieś 300-400 m przed nami.

Temperatura spadła do trzech stopni. Nawet o tym nie pomyślałem, ale przecież Hipci mogły zmarznąć łapki. Okazało się, że całą trasę zrobiła w krótkich rękawiczkach. Najwyraźniej uodporniła się na chłód albo, po prostu, nie chciała marnować czasu na przystanek. W końcu zaraz zrobi się ciepło, szkoda czasu.

Słońce powoli zaczynało pokazywać pysk zza chmur. Na zakręcie byłem pierwszy, jeszcze przed Hipcią - mały rewanż za to, że ostatnio tu na mnie czekała (przy czym nie jestem pewien, czy tym razem ona wiedziała, że się ścigamy).

Wyjechałem i... kurde, ja już nie jadę. Mam w dupie, serio, nie jadę. Ostatnio patrzyłem tępo w asfalt. Teraz podniosłem pysk i zobaczyłem całą panoramę. No warto było pedałować całą noc, zdecydowanie.

Aaaaale na kumplowanie nie było czasu, bo w obliczu siedmiu tysięcy demonów z góry siedmiu tysięcy demonów liczy się jedno! A mianowicie:

... dalsza droga. Nie zapominajmy, że przed nami jeszcze siedem stów. Szybciej pojedziemy, szybciej skończymy: złota zasada.

Kawałek jeszcze pod górę i solidny zjazd wąską wioskową drogą aż do Jurgowa (no nie, nie miałem odwagi na tym maleństwie rozpędzać się wyżej 50 km/h) i krajowej czterdziestki dziewiątki. Tam niestety trochę zwalniamy, bo nie chcemy przegapić skrętu. W końcu jest - dość stromo w górę zaczynamy się piąć. I piąć. I piąć.

Przed nami znowu zamajaczyły sylwetki Szwagrów.

Licznik pokazuje 10%. Coś się z tym nie zgadzam. Zdecydowanie idzie dużo ciężej niż na innych dziesiątkach. Na stojąco idzie w porządku, ale na siedząco to jakaś masakra... Dłubię, dłubię... gdzieś na wysokości zakrętu w Brzegach, czyli praktycznie na końcu podjazdu, trącam przednią dźwignię hamulca (często robię to odruchowo, gdy chciałbym, żeby wbiło mi się jakieś dodatkowe, nadmiarowe przełożenie). Tym razem... przełożenie się pojawia.

Co?! Co?!

Trącam jeszcze raz. Wbijam na jeszcze jedną przerzutkę, tym razem naprawdę najlżejszą. I odkrywam zaskakującą prawdę o sobie: jestem debilem. Tak, ten podjazd miał 10%. Teraz go już na pewno ma.

Wyczołgujemy się na główną, w Bukowinie Tatrzańskiej. Teraz czeka nas krótka wspinaczka na najwyższy punkt całego wyścigu - Głodówkę. Droga jest krótka, ale irytująca, bo ruch jest duży, a droga wąska. A wiadomo, jak jeżdżą górale. Szwagry majaczą 300 m przed nami, tu się nic nie zmienia.

W końcu osiągamy ten krytyczny punkt: odtąd do mety będziemy więcej zjeżdżać niż podjeżdżać. Kiepskie pocieszenie, ale lepsze takie niż żadne.

Kawałek zjazdu i po chwili już wjeżdżamy na drogę Oswalda Balzena. Na zjeździe podkrzykuję Hipci informacje o tym, który zakręt gdzie prowadzi i jakiej jest jakości, w końcu tylko ja mam GPS-a, a z góry każdy wygląda na bardzo ostry. Punkt kontrolny nr 6 (7:40), trochę wspinaczki i czeka nas znajomy zjazd w dół, w dół, w dół aż do ronda w Zakopanem, po mokrym asfalcie. Czyżby szorowali specjalnie dla uczestników maratonu?

Dalej czeka nas równie znana droga - wspinaczka aż do Kirów. Gdzieś na początku podjazdu mijamy Szwagrów wygodnie siedzących na schodach i wcinających jakieś bułki. Ruch jest całkiem spory, ale świadomi jesteśmy, że można się z tego cieszyć, ci, którzy przyjadą tu za kilka godzin, będą mieli jeszcze gorzej.

Slip slidin’ away

GPS mówi, że teraz około trzydziestu kilometrów nieprzerwanego zjazdu. Zjazdu łagodnego, ale zawsze. Szkoda tylko, że jak mamy już jakiś zjazd, to wiatr musi się akurat odezwać i wieje prosto w dziób.

Chciało mi się spać, bo jednak, mimo kiepskiego asfaltu, wszystko to było bardzo usypiające, próbowałem przyspieszania, ale jakoś nic nie szło.

W końcu zarządziłem roboczy postój na Orlenie za Czarnym Dunajcem. Akurat uzupełni się picie przed podjazdem pod Krowiarki. Trzeci postój, 500 km.

Wpadam do budynku. W zwykłej swojej wyścigowej panice (czyli: z zewnątrz wygląda to jakbym się miotał bez celu, ale wewnątrz wszystko jest uporządkowane i zgodne z planem) zbieram wszystkie potrzebne fanty, gdy tu nagle przede mną pojawia się Klata. Olbrzymia Klata, do której jest przyczepiona głowa ze znajomą skądś twarzą.

„Ładnie jedziecie!”, rzecze głowa. Zawieszam się. Kurde, znam tego człowieka, ale skąd? “Z wyścigu!”, podpowiada głowa. “To wiem!” – odpowiadam, i wtedy przychodzi olśnienie – “Aaa! Od Remka jesteście!”. Faktycznie, to jest ten sam kolega, który wcześniej krzyczał mi przez okno o nawałnicy w Bieszczadach. Gawędzimy dosłownie chwilę o tym, kto jest gdzie, po czym szybciutko wracam do rowerów, gdzie pochłaniam w dwóch łykach energetyka, dolewam picie do bidonów, chowam kolejną butelkę Coli („Tomek”). Hipcia się już miota, ale bynajmniej nie z powodu traconego czasu. „Szybko, bo mnie stopy zaczynają boleć!”.

No woman, no cry…

Tak to już dziwnie działa, że dopóki jedzie, jest ok., gdy stopa się rozluźni, zaczyna cholernie boleć. Początkowy fragment podjazdu pod Krowiarki Hipcia zaczyna od opierdolenia mnie za durny pomysł zatrzymywania się na Orlenie, potem zaczynamy się trochę wlec, bo co chwilę musi wypinać stopę. Opierdalanie się kończy, bo ciężko jest wrzeszczeć z bólu i jednocześnie krzyczeć na mnie. Próbujemy polewać stopy wodą z bidonu, ale za wiele to nie pomaga, w końcu stwierdzam, że pojadę pierwszy, skombinuję jakąś wodę na przełęczy, może to pomoże.

Nie uciekam daleko – sto metrów dalej znajduję jakiś cieknący strumyczek. Zsiada z roweru i w akompaniamencie wrzasków dusz potępionych (nie była w stanie stanąć na jednej nodze, żeby zdjąć buta), zamoczyła stopy, ja w tym czasie zamoczyłem całe jej buty.
Chyba pomogło: krzyki torturowanych dusz przeszły w zwykłe łkanie. A po chwili zaczęła rzucać kurwami: czyli powoli przechodziło.

Krowiarki. Ciepło.

Na przełęczy nie zatrzymujemy się: ruszamy od razu w dół. Hipcia niestety miała rację (bo ja nie pamiętałem) – zjazd był paskudny i dziurawy. Dzielimy się na grupy, jak zawsze przy zjazdach: ja wskazuję, którędy uciekać, Hipcia goni. Zwykle jadę szybciej, więc co kilka zakrętów zwalniam i czekam. Na jednym zakręcie czekam. Czekam. Wychylam się. Nie ma. Z jednego z samochodów wychyla się twarz i krzyczy do mnie “Jest, jest, tylko siusia!”.

CO, KURNA, ROBI?!

We wszystko uwierzę. Jest, zbiera zęby. Jest, złamała koło. Jest, złamała nogę, ale już wsiada. Ale w to, że SIUSIA, to nie uwierzę. Zawracam, bo znaczy, że musiało się stać coś poważnego. Nie zdążyłem ujechać dziesięciu metrów w górę, a pojawiła się, machając ręką, żebym jechał. To jadę.

Aż do samej Zawoi mamy przyjemny zjazd. Hipcia w międzyczasie opowiada mi, że przerwa była, owszem, ale na zebranie lampki, która jej wypadła na wybojach. Przejechały po niej trzy samochody, a nadal działa.

W Zawoi (swoją drogą to właśnie tu zaczęła się nasza przygoda z chodzeniem po górach) skręcamy znaną drogą na Stryszawę. Na samym początku dostajemy ostry podjazd, na którym na przełożeniu poniżej 1:1, relaksacyjnie, wyprzedza nas koleś na MTB-ku. Ech, mieć tylko na chwilkę taką kasetę…

Po podjeździe mamy zjazd. I o 12:05 potwierdzamy przybycie do PK7.

Za nami doba jazdy. Świetne statystyki wyrobione przez pierwsze dwanaście godzin zgodnie z przewidywaniami poszły się paść. Za nami prawie 550 km, czyli zdecydowanie nie ma na co narzekać. Zmieszczenie się w 60 godzinach nadal jest realne.

I am the passenger - and I ride and I ride

Kawałek dalej, w Lachowicach, dosiada się do nas pasażer. Starszy facet mówi „dobrze jedziecie”. Dziękujemy grzecznie i jedziemy dalej. Następuje chwila krępującej ciszy, bo on najwyraźniej wie, po co my tu jesteśmy, a my nie wiemy, czy on wie. W końcu sam ją przerywa i pyta, czy my to my. Potwierdzamy.

Okazuje się, że wyczaił naszą pozycję w domu, na komputerze i podjechał, by na nas poczekać i przejechać się z nami przez okolice. Bardzo sympatyczny człowiek, poopowiadał nam i o historii BBT (gdy jeszcze widniał jako „Imagis Tour”), o swoich wyjazdach, o sytuacji wyścigu. Podrzucił info o dalszej części trasy.

Zostawił nas przez zjazdem do Jeleśni i wrócił, czekać na kolejnych śmiałków.

Andrzeju – dzięki za towarzystwo!

Z Jeleśni czekał nas jeszcze jeden podjazd i potem zjeżdżaliśmy aż do Węgierskiej Górki. Z daleka widać wiadukt, po którym biegnie ekspresówka. Kawałek dalej wjeżdżamy na drogę techniczną. Syty, ale krótki podjazd, na końcu którego wita nas tabliczka „Szare”.
To już? To ten podjazd, którym straszono nas w pociągu?! No dobra, jest asfalt, może wcześniej go nie było i był dużo gorszy…
Droga jednak prowadzi w przód, przód, coraz stromiej, coraz ciężej, zapowiadając, że to jednak nie ten podjazd, że ów dopiero nadchodzi…

Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna, do przodu, wytrwale…

Zaczęło się. Fragment po asfalcie i ostry (17%) podjazd po betonowych płytach z dziurami. Nie dość, że dziury przeszkadzały, to jeszcze trzeba było uważać na to, by koło nie wpadło pomiędzy płyty. W końcu, w jednym miejscu, tracę równowagę i spadam. Całość podjeżdżam na cztery razy, potem już stając, by rzucić Hipci kilka wskazówek co do tego, jak ruszyć na takim nachyleniu, przy tej nawierzchni. Nie udaje się – Hipcia daje z buta.

Zamieniliśmy się miejscami, przez chwilę to ja byłem z tyłu. Nie dość, że jest ostro, to jeszcze samochody się za nami pchają. Jeden nawet strąbił Hipcię na wąskim fragmencie na górze, oczywiście go olała, ja tymczasem, z dołu, rzuciłem mu szybką informację o otworach ciała, gdzie może sobie tę zasraną trąbkę wsadzić. Niestety, nie usłyszał.

Wytarabaniliśmy się na górę, na asfalt, a tu niespodzianka – podjazd wcale się nie kończy. Zielona szpileczka na moim GPS-ie, oznaczająca „wakacje” wcale się do nas nie przybliżyła. Czyli jeszcze kawał drogi pod górę przed nami..

Nie dość, że kiepski asfalt, ludzie łażący po poboczu, to jeszcze spory ruch. Po dłuższej chwili wyjaśniło się, co było powodem: Karczma Ochodzita i jakiś szczyt (też Ochodzita?), czy coś innego, gdzie kupa luda postanowiła spędzić weekend.

Nie dość, że jechali, to jeszcze przeszkadzali, parkowali i cholera wie, co jeszcze robili. Zjazd zrobiliśmy z prędkością podjazdu, jadąc w korku, którego nie było ani jak ominąć z prawej, ani z lewej.

W końcu trafiliśmy na zjazd do Istebnej. Na dole Orlen (615 km, czwarty przystanek i chyba również PK8: 15:29) – postanawiamy na sekundę się zatrzymać. Uzupełniamy picie, żarcia jeszcze nie musimy kupować, wciąż mamy zapasy (!!!).

Gdy stoimy pod stacją mija nas ktoś. Później się dowiedziałem, że to był Stasiej. Nie byliśmy pewni, czy to od nas – wyglądał jak od nas, ale pojechał w innym kierunku. A że w tych okolicach rowerzystów sporo, to uznaliśmy, że to pewnie ktoś z okolic, przypadkowo wyposażony podobnie do ludzi jadących w wyścigu.

Sharing aggression is what I do, every day riding the "Tour de Fuck You"

Podjazd. Kubalonka. I spory, spory ruch. Na szczycie podjazdu mam zaznaczone: 200 km luzu. Teraz musimy przepchać się przez Śląsk aż do kolejnych, ostatnich już górek.

Zjazd był jeszcze gorszy: nie dość, że duży ruch, to jeszcze dziury. A na samym końcu wita nas Wisła i towarzystwo wracające z weekendu.

Pcham się lewym pasem, omijając korek na tyle, na ile się da, ale idzie to jak krew z nosa. Trafia mnie szlag, bo to towarzystwo (jak cała Polska) nie potrafi ruszyć na światłach (trzeba czekać z wbiciem biegu, aż ktoś z przodu ruszy, szybciej się nie da). Wleczemy się poniżej 20 km/h, a przecież cały czas jest zjazd!

W końcu, jakimś cudem, udaje się wyjechać z tych okolic i w (mniejszym, ale jednak) korku docieramy do Ustronia. Tędy prowadziła trasa maratonu w Radlinie w 2014.

Na samym zakręcie dochodzą nas Szwagry i wyprzedzają z takim animuszem, jakby już właśnie rozpoczynali ostatni sprint (a dopiero co minęliśmy połowę trasy). Wolniej, z godnością, ale skutecznie, wyprzedza nas też Stasiej.

I want to ride my bicycle, I want to ride my bike

Zaczyna się. Śląska nuda. Podłe, podłe asfalty. I duży ruch. I wcale nie jest denerwującym to, ze jedziemy przez te tereny, ale to, że musimy się przez nie przepchnąć, by jechać dalej. „200 km luzu” cały czas wisi na GPS-ie i w głowie. To właśnie cyfra, którą musimy rzemieślniczo wyrobić. Cierpliwie, ruch za ruchem, metr za metrem.

W Cieszynie minęliśmy Szwagrów, którzy mieli postój na żarcie. Hen, daleko, przed nami, czasami pojawia się sylwetka – solidna, to pewnie Stasiej. Kilkanaście kilometrów dalej jego już nie ma, widzimy za to w oddali kogoś ubranego na czerwono. Wtedy tego nie przypuszczaliśmy, ale teraz wydaje się, że mógł to być Wilk.

Ciepliwie, powoli, przy zachodzącym słońcu, docieramy do Raciborza. Miasto jest duże, ale udaje się przez nie bezboleśnie przejechać. Na samym wyjeździe dostajemy wreszcie porządny asfalt. I, żeby nie było za dobrze, również kilka wahadełek (na jednym tracimy ładnych kilka minut).

I don’t like the drugs, but the drugs like me

Witają nas widoki. Ładne. Zrobiło się bardzo płasko, ładnie, przyjemnie. I ruch nawet zmalał. W Kietrzy odbijamy się na PK9. Jest 20:50.

Szybko jednak zrobiło się ciemno, a ja zacząłem zasypiać. Tabletki z kofeiną ani pochłonięty żel nie chciały pomóc. Walczę z sennością śpiewając. Hipcia do dzisiaj reaguje alergicznie na „Reggae Sharka”, który był dyżurną piosenką do śpiewania. Ale repertuar akurat mam bogaty, więc nie można narzekać na nudę. Z głosem gorzej, ale nie o wokal tu przecież chodzi.

Głubczyce. Okolice 750 km. Piąty przystanek. Żabka, ale taka uboga. Kupuję co jest, do tego po raz pierwszy biorę kilka batonów. Gdy przelewamy wodę, wyprzedzają nas Szwagry, jadący w trójkę, z Krzyśkiem Kurdejem. Ubieramy się. Ruszamy by… się zatrzymać. Padła bateria w GPS-ie.Wymiana.

W końcu ruszamy.

In your head, in your head: zombie!

Po zmroku w tym zakichanym Opolskim wszystko jest identyczne. Każdy zasrany podjazd wyglądał tak samo: alejka drzew, asfalt pośrodku. Każdy w ząbek czesany zjazd wyglądał identycznie: alejka drzew, asfalt pośrodku. Walczyłem z sennością ile się dało, bo, co dochodziłem do siebie, to monotonia krajobrazu mnie dobijała. Nic nie chciało pomóc.

Ucze sie spac na rowerze.

Jedną z dodatkowych atrakcji niespania przez taki czas są głosy w głowie. Wcześniej były dwa, dyskutujące ze sobą. Na zjeździe do jednego z miasteczek (nie pamiętam, którego), pojawił się jeden, męski, który udowadniał mi, że doskonałym sposobem na regenerację jest jedzenie ludzkich mózgów. Najważniejszym w tej procedurze jest, by jeść je bezpośrednio z czaszki. Kontrargumentowałem, że na trasie może być problem ze znalezieniem ludzkich mózgów i że raczej nie jest to optymalny sposób regeneracji. I wtedy się rozbudziłem i zakończyliśmy tę bardzo ciekawą dyskusję, chociaż przez chwilę jeszcze zastanawiałem się nad tym.

Niemniej jednak, mimo późnej pory, mózgi były w zasięgu ręki, już podane – na jednym z przystanków minęliśmy zaparkowany rower. Czyżby ekipa Szwagrów? Gdy ich minęliśmy, oglądając się, zauważyłem, że chłopaki wytaczają się z przystanku, ale nie dogonili nas; dopiero później potwierdzili, że byli to oni, ale wówczas kładli się spać. Nie wiem, co mi świeciło w oczy tak, że myślałem, że ruszają za nami – samochód, czy ich kombinowanie z umieszczeniem tam rowerów; na pewno nie były to przywidzenia, bo wówczas właśnie miałem moment solidnego rozbudzenia.

Wpół do pierwszej mijamy PK10 w Gluchołazach. Wspinamy się do granicy, między wioseczkami. Trochę wieje, na zjazdach przyświecamy sobie dodatkowymi latarkami. W jednym miejscu Hipcia robi przerwę techniczną, natychmiast kładę się na glebie, opieram głowę o tylne koło roweru, zamykam oczy. Zaszumiało przed oczami, pojawiło się kilka obrazków i wróciła. Kilka sekund, ale udało się zgonić sen z powiek.

Po drodze jeszcze dwa razy zatrzymuję się zmrużyć oczy. Raz ustawiłem się tak dobrze, że nawet gdybym faktycznie zasnął i puścił wszystkie mięśnie, to nie udałoby mi się przewrócić – gdy się zorientowałem, obudziłem się w panice, zastanawiając się, ile mi już Hipcia odjechała. Gdzie tam – zaledwie 200 metrów.

Oboje nas już gniecie senność, więc piłujemy ryje ile wlezie, jedziemy przez całą biesiadną klasykę, od dwóch piesków do sokołów (z naciskiem na „Hej, hej, hej!”). Raz nawet zapominamy się i wjeżdżamy do wioski drąc się na cały regulator.

Gdzieś na szczycie zauważyłem znak o objeździe ze względu na budowę mostu. Mam nadzieję, że to nie będzie dotyczyło nas.
Zjeżdżając między wioski napotkaliśmy kilka kundli. Dużych. Hipcię natychmiast odpuściły, ja zwolniłem, skoczyły do mnie. Wystartowałem. Okazało się, że ruszyłem tak sprawnie, że psy nawet nie próbowały gonić.

No i most. Hmm… rozkopany. Faktycznie. Kładki żadnej nie ma. Głucha noc. Ciemno, cicho.

No dobra, trzeba będzie przejść górą, po zbrojeniach, innej opcji nie ma. Gdy już właziłem na drewniany pomościk, by sprawdzić, czy nie zginę na tych drutach, okazało się, że jakiś lokalny ludzik jedzie naokoło. O, jest kładka! Nie mieliśmy szansy jej zauważyć, a dzięki temu uszczknęliśmy kilka minut (nie byliśmy jedynymi, którzy nocą tej kładki nie widzieli).

Chwilę później już jesteśmy na krajówce. Jeszcze kawałek i będziemy w Złotym Stoku i skończy się ta „sprinterska” część, zostaną ostatnie góry.

TIR-y jeżdżą, hałasują, rozbudzają. Raz jeszcze staję na sekundę, zgonić sen z powiek. Pojawia się coś jeszcze gorszego, jednak. Niestety. Natura wzywa. Ja idę buszować w krzakach, Hipcia usiłuje drzemać, ale podobno jakoś jej się nie udało.

Szlag mnie trafia, bo mam spodenki na szelkach, a to znaczy, że muszę zdekompletować całą odzież. Za długo to schodzi, ale przynajmniej chłód wiejący mi po plecach skutecznie mnie rozbudza. Zaraz już jestem przy rowerze, jedziemy.

Z tyłu pojawiają się trzy jadące razem światełka. Teraz już wiem, kto to. Chwilę później doganiają nas. Znajome twarze. Jedna z nich na zjeździe w Złotym Stoku usiłuje się zabić pod TIR-em, na szczęście nieskutecznie.

PK11. 3:43. Chłopaki stają na SMS-a, nasze wylatują z siodła. Wspinamy się w kierunku pierwszego podjazdu. Chłopaki zaraz nas dochodzą, gdy robię sekundę przerwy na zdjęcie kurtki przeciwdeszczowej, którą wrzucam za pazuchę, w końcu na podjeździe będzie ciepło. W sumie to cała noc była ciepła, 15 stopni.

Na sam szczyt wspinamy się w piątkę. Hipcia z Tomkiem wyraźnie wyskoczyli do przodu. Ja z resztą wleczemy się z tyłu. Wymieniamy wrażenia, coś tam się rozmawia… w końcu dojeżdżamy na samą górę. Chłopaki jadą sporo od nas szybciej, my zjeżdżamy wolniej – Hipcia na nierównym zjeździe miała już problem z hamowaniem, bo dłonie nie chciały współpracować. Do tego już wiem, że nie trzeba było zdejmować kurtki. Na podjeździe by nie przeszkodziła, a teraz po prostu jest mi zimno. Przy pierwszej okazji na kolejnym podjeździe robię przerwę i ubieram się z powrotem.

O stopach Hipci nie ma co już wspominać, bo od poprzedniego ranka już ma z nimi problem, co jakiś czas musi je wypinać. Problem ze swoimi dostałem i ja. Pieczenie, odparzenia, co chwilę też muszę je wypinać. Na początku zjazdu wlewam w buty trochę wody z bidonu. Pomaga.

The answer is blowin' in the wind

Na samym szczycie rozpędził się wiatr. Im niżej, tym było go mniej, ale cały czas było słychać, że się rozpędza. Wkrótce dojeżdżamy do Stronia Śląskiego (PK12: 5:36). Jest już jasno, a nas czeka podjazd pod przełęcz Puchaczówkę.

Początek podjazdu był męczący, wypiłem puszkę energetyka wiezioną od ostatniego postoju, dopiero wtedy udało mi się rozbudzić. Potem wszystko się jakoś rozkręciło, wiatr również. Na przełęczy wiało już solidnie, zjazd z niej był paskudny – nie szło się rozpędzić, bo wiatr wstrzymywał w miejscu. Nawet w miejscach, w których jechaliśmy bokiem do niego, trzeba było pilnować, żeby nie zrzucił nas na pobocze.

W tych okolicach objawił się jeszcze jeden problem – zmęczone i zmarnowane dłonie Hipci nie radzą sobie z wrzuceniem łańcucha na blat, szczególnie, że linka się zapaskudziła i też nie chciała współpracować. Część łagodniejszych podjazdów wobec tego robi z blatu, starając się nie wymuszać zmieniania przedniej przerzutki.

Bocznymi drogami, kasując po kolei przewyższenia, docieramy do krajowej trzydziestki trójki, prowadzącej do Międzylesia. Tam wiatr wali już prosto w dziób, na zjazdach walcując ile wlezie udaje mi się jechać maksymalnie 18 km/h, nie ma znaczenia, które z nas aktualnie jedzie pierwsze, z osłaniania się pożytku wielkiego też nie ma.

Skrętu, w którym w końcu odbijemy z tego kierunku, wypatrujemy jak zbawienia, w końcu się udaje. Uff! PK13, Międzylesie, 7:58.
I co z tego? Wjechaliśmy między drzewa i z wiatru pożytku żadnego nie będzie.

Kawałek dalej zaczyna się ścianka w okolicy Gniewoszowa. Ostra, sztywna, nie dająca odpocząć (i tak ze dwa razy staję, by ulżyć stopom, wody lać nie mogę, bo nie mamy jej już za dużo). Jedziemy ten podjazd cholernie wolno, cholernie długo. Na samym końcu przyspieszam, wyprzedzam Hipcię, liczę na to, że chociaż na chwilę zdejmę buty. Gdzie tam. Zdążyłem je ledwie rozpiąć, a już nadjechała. I znowu musiałem doganiać.

A mi w międzyczasie zaczynają się nie składać cyferki. Do celu jeszcze 200 km. Teraz mają być najostrzejsze podjazdy. Widzę, jak długo idzie nam taki krótki przecież podjazd i szybko szacuję, że jeśli dalej będzie tak szło, to będziemy się jeszcze katowali jedną noc. Zaczyna być nieciekawie.

A trzeba było się przyłożyć, porządnie przygotować i dokładniej przeanalizować to, jakie podjazdy nas jeszcze czekają.

Ella le gusta la gasolina

Za banana dałbym się pokroić. W zasadzie za cokolwiek jadalnego. Jedzenie się już prawie kończy, a otwartego sklepu nie widać. Picie prawie mi się skończyło, Hipcia ma jeszcze zapas, więc oddaje mi swój jeden, pełen bidon. Mam na czym się rozpędzać. To ognia!

Kawałek dalej mijamy „tabliczkę” (na GPS-ie) z napisem „jeszcze 200 km”. Hipcia nie wiedząc nawet o tym (nie miałem kiedy krzyknąć) dostaje jakiejś małpiej gorączki i drze przed siebie, jakby przypomniała sobie o niewyłączonym żelazku. Mijamy pojedynczych nartorolkarzy i pałujemy, jakby to już był finisz.

Na jednym ze zjazdów elegancko składam się i osiągam 78,85 km/h. Rekord. Byłoby pewnie 80, ale przypomniałem sobie, że minąłem jakieś skrzyżowanie i być może Hipcia zostanie tam, bo nie będzie wiedziała, którędy pojechałem. Na szczęście wybrała dobrze (albo mnie widziała) i jechała moim śladem.

Duszniki-Zdrój. Tu musi być jakaś cywilizacja. Pytam pierwszego napotkanego faceta o sklep. Ma być, tuż za rogiem. Jest, co prawda 800 m dalej, ale jest. 950 km. Przystanek nr 6.

Nic w nim nie ma. No, prawie. Kupuję wodę, colę (dla mnie – „Aniołek”), energetyka (dla Hipci), dziewięć batonów BA! I trochę Princess czy tam Grześków dla Hipci (tym żywiła się na trasie po wyczerpaniu żeli). Uzupełniamy picie, pakujemy w kieszenie żarcie, wylewam jeszcze resztkę wody na wszystkie cztery buty i ruszamy.

Zjazd do Kudowy-Zdroju. GPS mówi „18 km zjazdu”. No to walimy, zjeżdżamy. Napiłem się, najadłem, to zrobiło mi się gorąco. W Kudowie mówię Hipci, że muszę zrobić przystanek. Techniczny. Zdjąć ciuchy. Zgadza się. To znaczy: udziela mi odpowiedzi, w której stwierdzenie “pojebało” jest najbardziej cenzuralnym, ale traktuję to wszystko jako “Tak”. Hipcia z kolei postanawia oszczędzać czas i już do końca jechać na długo.

Rozebranie się zajmuje mi dokładnie 74 sekundy – od hamowania do powrotu do jazdy. W tym czasie zdjąłem kurtkę, bluzę i spodnie (ze ściąganiem butów włącznie). Wskakuję na rower i nadrabiam stracone do Hipci metry.

A przy okazji zaliczamy PK14, jest 11:13.

Rozpoczynamy wspinaczkę na Drogę Stu Zakrętów. SMS-uję nawet chwilę z Elizium, dzięki temu wiem, że Szwagry są niedaleko, a Wilk, który jeszcze na Śląsku był przed nami, teraz jest z tyłu. Nagle odzywa się telefon. Dziwny kierunkowy… odbieram, niech stracę, i tak jedziemy podjazd. „Dzień dobry, mazowiecki NFZ, pan składał wniosek o wydanie karty EKUZ”. Załatwiam sprawę, jadę dalej.

Ty, kurwa, ty, kurwa, kurwa, kurwa mać!

Hipcia jest rozpromieniona na myśl o tym, co czują jej stopy. W jednym miejscu stwierdza, że będzie tego dobrego i wyrzuca z siebie solidną wiązankę, której adresatem zostawało sukcesywnie wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu wzroku. Nawet oberwało się jakiejś babeczce przechodzącej przez jezdnię przed nami.

Myślałem, że to tylko ja mam taki talent, a tu, proszę, Hipcia prezentuje ukryte umiejętności. No, ale trzeba przyznać, że miała dobrego nauczyciela.

Boli to boli, trzeba przeżyć. Powagi całej sytuacji nadaje to, co mruknęła do mnie gdzieś przy szczycie podjazdu: „Niech ta noga w końcu się złamie, będę mogła już wreszcie nią nie pedałować”. Noga postanowiła być złośliwą suką i wcale się nie chciała łamać. Wręcz przeciwnie, pracowała.

Ja dostaję za to nagrodę: w pewnym momencie doskonałej jazdy zaczynam słyszeć jak przez mgłę.

Po solidnym zjeździe, na którym Hipcia bawiła się w wilkołaka (lub łakowilka) i próbowała zagłuszyć stopę wyjąc wniebogłosy, łyknęliśmy sporą dawkę kilometrów i moje pierwotne szacunki zaczynały brać w łeb. Teraz szacowałem, że jeśli źle pójdzie, to dojedziemy na północ.

W Radkowie szacunki znacząco się skorygowały. Na niewielkim podjeździe poczułem, że odjeżdżam. Ciężko to opisać, ale uczucie było, jakby ktoś mnie przesunął z tyłu, za moje ciało. Wszystkie bodźce docierały z opóźnieniem, a moment wejścia w ten stan był tak gwałtowny, że aż się zatrzymałem. Jechałem jeszcze kawałek, ale oddalanie się od siebie postępowało. Stanęliśmy. Hipcia wściekła, bo z każdą chwilą stopy ją bardziej bolały. Rozmawiamy. Czuję się kiepskołamanenachujowo. Polewam twarz wodą – nic nie pomaga. Zaczynam się bardzo poważnie obawiać, że mogę spaść z roweru i nawet tego nie zauważyć, więc ustalamy, że Hipcia da mi się położyć na kilka minut. Wnioskowałem o 10, spuściłem do pięciu, dostałem zgodę na trzy.

Zbiegłem na łąkę i zaległem w słońcu. Chyba zdążyłem zasnąć, obudził mnie krzyk Hipci. Zerwałem się na nogi, podbiegłem do roweru, wsiadłem, ruszamy.

Dupa, a nie pomogło.

Ze dwa razy się jeszcze zatrzymałem, zastanawiając się, czy to po prostu zmęczenie. W końcu oblałem sobie solidnie ryj wodą i gdy poczułem, że mnie to przywraca do świata, uznałem, że już wiemy – po prostu zmęczenie. Uff.

Trzeba było jednak uważać, na jednym z zakrętów przymuliło mnie tak, że po dwóch sekundach zorientowałem się że walę prosto w zaparkowany samochód (brakło mi 30 metrów, nie było aż tak źle). Bądźmy precyzyjni: w zaparkowaną półciężarówkę.

Hit the road, Jack!

Dosłownie. Uderz w drogę, albo droga uderzy w ciebie. Wspinaczka na kultowe Świerki uderzała i to bardzo. We wszystko. Hipcia pokonała całość podjazdu płacząc, zaliczając glebę na wysokości kapliczki – nie dała rady z bólu wypiąć już stopy i wywaliła się na środek drogi. Nie musiałem nawet blokować przejazdu – samochody z tyłu cierpliwie poczekały aż zejdziemy na bok.

Zjazd wcale nie był lepszy. Bił i tłukł po czym tylko popadło.

W Głuszycy odbijamy się na kolejnym już, przedostatnim PK. Numer 15 – jest 15:18.

Dalsza część opowieści
  • DST 1130.90km
  • Czas 54:34
  • VAVG 20.73km/h
  • VMAX 77.85km/h
  • Sprzęt Stefan

Komentarze
Ja podobnie jak mdudi ;)
Oto opis godny przejażdżki!
Można by z tego uklecić niesamowity film (dokumentalny albo fabularny na faktach)...

Z tysiąca szokujących szczegółów największe wrażenie chyba zrobiła na mnie wytrzymałość Hipci, zarówno na ból (to niewymierne) jak i na brak snu - tu znamy liczbę godzin i wiemy, że nawet Ty już odlatywałeś - a gdzież zatem są jej granice??!!
mors
- 20:00 czwartek, 3 września 2015 | linkuj
Cały dzień pracy zeszło mi czytanie relacji ;). Widać, że nie było to takie hop siup i dostaliście w d.... Gratki :)
mdudi
- 15:21 środa, 2 września 2015 | linkuj
Na razie przejrzałem tylko same nagłówki. Pogratulować gustu. I reagge, i Starsi Panowie, i szlagiery z dzieciństwa i klasycka rocka:)
ps. gratuluje przejechania maratonu
giovanni
- 04:27 środa, 2 września 2015 | linkuj
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!

stat4u Blogi rowerowe na www.bikestats.pl