Wpisy archiwalne w kategorii
transport
| Dystans całkowity: | 47847.78 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 2254:03 |
| Średnia prędkość: | 21.21 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 60.42 km/h |
| Suma podjazdów: | 704 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (98 %) |
| Maks. tętno średnie: | 152 (78 %) |
| Suma kalorii: | 6134 kcal |
| Liczba aktywności: | 2279 |
| Średnio na aktywność: | 21.00 km i 0h 59m |
| Więcej statystyk | |
Wtorek, 2 lipca 2013
Kategoria < 50km, do czytania, transport
Na lemoniadowym dopingu
Powrót z pracy był szybki. Na miejscu odebrałem od Hipci maila: info, że mam jechać sam. Zapakowałem rower na samochód i ruszyłem w stronę Nadarzyna. Zostawiłem auto u mechanika (info dla Morsa: wymiana eksploatacyjna, nie awaria) i wskoczyłem na rower. Na asfalcie wyzerowałem średnią i potoczyłem się w kierunku domu.
Do tej pory najdłuższe fragmenty na lemondce pokonywałem na śmiesznych fragmentach w mieście, między światłami, tyle, żeby wiedzieć, że jedzie się szybciej, ale porównania na jakiejkolwiek nieco dłuższej trasie, bez przerywników typu "światła", nie miałem. Zastanawiałem się, jak wypadnę w porównaniu do ostatniej trasy na tym dystansie; wówczas średnia wypadła około 27 km/h.
Minąłem pierwsze skrzyżowania i wypadłem na prostą w kierunku Pruszkowa. Położyłem się wygodnie i prędkość przelotowa wskoczyła od razu grubo powyżej 30 km/h. Nie, nie chodzi mi o prędkość, ta nie robi żadnego wrażenia. Chodzi o to, że pedałując zupełnie bez wysiłku, tak, jak pedałuję po całym dniu roboty, miałem na liczniku 32 km/h... i to pod wiatr. Dziwne. Zrzuciłem o jedno przełożenie w dół i prędkość wskoczyła, nadal bez wysiłku, na 35 km/h. Nadal dziwne, w końcu jechałem pod wiatr i na oponach 1,6.
Osiągnąć osiągnąłem, pojawiło się pytanie, jak długo to będzie sobie trwało. Na przedmieściach Pruszkowa byłem w okolicy ósmego kilometra, a licznik wskazywał pewne anomalie, tj.: gdy jechałem 32 km/h, strzałka w dół informowała, że jadąc z tak nikczemną prędkością zaniżam sobie średnią. Celem było sprawdzenie pod kątem dłuższych tras, więc nie starałem się cisnąć i jechać rekreacyjnie, mimo to dopóki nie zaczęły mnie zatrzymywać światła, skrzyżowania i ruch, średnią miałem w okolicach 32,6 km/h.
Przeleciałem przez Pruszków i przez Piastów pomknąłem w kierunku Warszawy. Gdzieś w okolicach ul. Traktorzystów wychynął przede mnie szosowiec. Jechał z dobrą prędkością, ale robił mi tunel, czego chciałem uniknąć. Wyprzedzać nie chciałem, bo wyszedłbym na idiotę, z kolei szkoda mi było czasu na czekanie, aż sobie odjedzie. Przyczaiłem się więc z piętnaście metrów za nim i tak sobie jechaliśmy ze dwa kilometry. Kolega po chwili zorientował się, że jadę za nim, więc zaczął mi na bieżąco podrzucać informacje o drodze; pierwszy raz miałem okazję w praktyce zobaczyć, jak wygląda takie sygnalizowanie.
Kolega w końcu skręcił, ja po chwili też zbiłem do siebie, średnia, o dziwo, nadal powyżej 30 km/h. Pozostał najtrudniejszy moment: okolice Dźwigowej i Powstańców, napstrzone światłami i różnymi innymi zaniżającymi średną bajerami, a celem jest utrzymanie bezwysiłkowej jazdy. Mimo wszystko, zajeżdżając pod blok, miałem średnią 30,47 km/h.
W skrócie: mamy rekord! I to na dystansie ok. 25 km. Aż kusi, żeby sprawdzić, jak to się spisze na rozsądnym dystansie, większym od 150 km, wydaje mi się, że stówka w cztery godziny wylądowała właśnie spokojnie w zasięgu. Do tego nie czuję w ogóle bólu nadgarstków.
A poza tym, to chyba trzeba kupić szosówkę, bo to dopiero musi być różnica...
Do tej pory najdłuższe fragmenty na lemondce pokonywałem na śmiesznych fragmentach w mieście, między światłami, tyle, żeby wiedzieć, że jedzie się szybciej, ale porównania na jakiejkolwiek nieco dłuższej trasie, bez przerywników typu "światła", nie miałem. Zastanawiałem się, jak wypadnę w porównaniu do ostatniej trasy na tym dystansie; wówczas średnia wypadła około 27 km/h.
Minąłem pierwsze skrzyżowania i wypadłem na prostą w kierunku Pruszkowa. Położyłem się wygodnie i prędkość przelotowa wskoczyła od razu grubo powyżej 30 km/h. Nie, nie chodzi mi o prędkość, ta nie robi żadnego wrażenia. Chodzi o to, że pedałując zupełnie bez wysiłku, tak, jak pedałuję po całym dniu roboty, miałem na liczniku 32 km/h... i to pod wiatr. Dziwne. Zrzuciłem o jedno przełożenie w dół i prędkość wskoczyła, nadal bez wysiłku, na 35 km/h. Nadal dziwne, w końcu jechałem pod wiatr i na oponach 1,6.
Osiągnąć osiągnąłem, pojawiło się pytanie, jak długo to będzie sobie trwało. Na przedmieściach Pruszkowa byłem w okolicy ósmego kilometra, a licznik wskazywał pewne anomalie, tj.: gdy jechałem 32 km/h, strzałka w dół informowała, że jadąc z tak nikczemną prędkością zaniżam sobie średnią. Celem było sprawdzenie pod kątem dłuższych tras, więc nie starałem się cisnąć i jechać rekreacyjnie, mimo to dopóki nie zaczęły mnie zatrzymywać światła, skrzyżowania i ruch, średnią miałem w okolicach 32,6 km/h.
Przeleciałem przez Pruszków i przez Piastów pomknąłem w kierunku Warszawy. Gdzieś w okolicach ul. Traktorzystów wychynął przede mnie szosowiec. Jechał z dobrą prędkością, ale robił mi tunel, czego chciałem uniknąć. Wyprzedzać nie chciałem, bo wyszedłbym na idiotę, z kolei szkoda mi było czasu na czekanie, aż sobie odjedzie. Przyczaiłem się więc z piętnaście metrów za nim i tak sobie jechaliśmy ze dwa kilometry. Kolega po chwili zorientował się, że jadę za nim, więc zaczął mi na bieżąco podrzucać informacje o drodze; pierwszy raz miałem okazję w praktyce zobaczyć, jak wygląda takie sygnalizowanie.
Kolega w końcu skręcił, ja po chwili też zbiłem do siebie, średnia, o dziwo, nadal powyżej 30 km/h. Pozostał najtrudniejszy moment: okolice Dźwigowej i Powstańców, napstrzone światłami i różnymi innymi zaniżającymi średną bajerami, a celem jest utrzymanie bezwysiłkowej jazdy. Mimo wszystko, zajeżdżając pod blok, miałem średnią 30,47 km/h.
W skrócie: mamy rekord! I to na dystansie ok. 25 km. Aż kusi, żeby sprawdzić, jak to się spisze na rozsądnym dystansie, większym od 150 km, wydaje mi się, że stówka w cztery godziny wylądowała właśnie spokojnie w zasięgu. Do tego nie czuję w ogóle bólu nadgarstków.
A poza tym, to chyba trzeba kupić szosówkę, bo to dopiero musi być różnica...
- DST 40.58km
- Czas 01:30
- VAVG 27.05km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 1 lipca 2013
Kategoria do czytania, transport
Poranna lemoniada
Piszę szybko, żeby pozostał ślad po tym, jak to ja (ja!) przyszedłem do pracy na siódmą. I wstałem o 6:15. Sam. Bez budzenia. Bez kopania. Bez krzyków.
Coś dziwnego dzieje się ze światem, ani chybi będzie zagłada albo inszy kataklizm, bo takie cuś rzadko się zdarza.
Niemniej jednak: dojechałem. Na drogę zabrałem sobie zamontowaną wczoraj lemoniadkę, żeby nadgarstki odciążyć, bo niby lekarz w końcu kazał mi odstawić rower w ogóle. Efekt? Nie spieszyłem się, a przy Kasprzaka (zanim przepychając się przez korek musiałem zwolnić) miałem średnią wyższą od 28 km/h. Nadgarstki też odpoczęły... przynajmniej mam taką nadzieję.
Coś dziwnego dzieje się ze światem, ani chybi będzie zagłada albo inszy kataklizm, bo takie cuś rzadko się zdarza.
Niemniej jednak: dojechałem. Na drogę zabrałem sobie zamontowaną wczoraj lemoniadkę, żeby nadgarstki odciążyć, bo niby lekarz w końcu kazał mi odstawić rower w ogóle. Efekt? Nie spieszyłem się, a przy Kasprzaka (zanim przepychając się przez korek musiałem zwolnić) miałem średnią wyższą od 28 km/h. Nadgarstki też odpoczęły... przynajmniej mam taką nadzieję.
- DST 7.85km
- Czas 00:17
- VAVG 27.71km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 28 czerwca 2013
Kategoria transport
Praca P-D-P-D
- DST 31.62km
- Czas 01:24
- VAVG 22.59km/h
- Sprzęt Zenon
Czwartek, 27 czerwca 2013
Kategoria transport
Dla lubiących statystyki...
...dziś stuknęło nam z Hipcią 150 miesięcy razem. :)
- DST 18.62km
- Czas 00:50
- VAVG 22.34km/h
- Sprzęt Zenon
Środa, 26 czerwca 2013
Kategoria transport
Praca
- DST 27.90km
- Czas 01:14
- VAVG 22.62km/h
- Sprzęt Zenon
Wtorek, 25 czerwca 2013
Kategoria do czytania, transport
Czy lata na rowerze?
...czy nie czy lata? Okazuje się, że jednak czy lata.
Czy lata na BS minęły czeciego czerwca, kiedy to byłem w okolicach sześsetnego kilometra podczas podróży na Nordkapp. To już samo w sobie służy za podsumowanie, bo niewiele więcej mogę napisać:
- Nadziobałem do tej pory ponad 28000 km w tym:
--- Z sakwami przejechałem już ponad 5000 km
--- Do roboty - prawie 17000 km
- Drugi rok z rzędu mam szansę na przekroczenie dziesiątego tysiąca (pięć dni przed półmetkiem mam już przekroczoną połowę)
- Ten miesiąc jest rekordowy pod kątem przebiegu (ponad 2200)
- Od dawna już idąc na piechotę czuję się nieswojo, coś mi nie pasuje, a do tego:
--- mam odruchy sygnalizowania zamiaru skrętu,
--- odruchowo sprawdzam, gdy idę po ciemku, czy mam włączone oświetlenie,
--- przy zmianie kierunku ruchu oglądam się przez ramię
A, do tego wszystkiego też i smutny fragment: już trzeci rok kupuję drugi rower (najpierw miał być MTB, teraz szosówka). Może w zimie się uda.
No, starczy tych podsumowań. Dziś za to zaskoczył mnie wtorek. W poniedziałki miewam zwykle kurs i cały wieczór wyjęty jest z życiorysu. Wczoraj go nie było, był wolny wieczór, więc budząc się dziś rano, miałem nieodparte wrażenie, że jest środa (jest początek tygodnia, wczoraj był wolny dzień, musi być środa). Nad ranem z kolei przetoczyła się burza, już któryś dzień z rzędu... więc rano do roboty po mokrym i w siąpiącym deszczu (nawet na chwilę założliśmy kurtki, ale okazało się, że zrobiły się bardziej mokre od środka).
Czy lata na BS minęły czeciego czerwca, kiedy to byłem w okolicach sześsetnego kilometra podczas podróży na Nordkapp. To już samo w sobie służy za podsumowanie, bo niewiele więcej mogę napisać:
- Nadziobałem do tej pory ponad 28000 km w tym:
--- Z sakwami przejechałem już ponad 5000 km
--- Do roboty - prawie 17000 km
- Drugi rok z rzędu mam szansę na przekroczenie dziesiątego tysiąca (pięć dni przed półmetkiem mam już przekroczoną połowę)
- Ten miesiąc jest rekordowy pod kątem przebiegu (ponad 2200)
- Od dawna już idąc na piechotę czuję się nieswojo, coś mi nie pasuje, a do tego:
--- mam odruchy sygnalizowania zamiaru skrętu,
--- odruchowo sprawdzam, gdy idę po ciemku, czy mam włączone oświetlenie,
--- przy zmianie kierunku ruchu oglądam się przez ramię
A, do tego wszystkiego też i smutny fragment: już trzeci rok kupuję drugi rower (najpierw miał być MTB, teraz szosówka). Może w zimie się uda.
No, starczy tych podsumowań. Dziś za to zaskoczył mnie wtorek. W poniedziałki miewam zwykle kurs i cały wieczór wyjęty jest z życiorysu. Wczoraj go nie było, był wolny wieczór, więc budząc się dziś rano, miałem nieodparte wrażenie, że jest środa (jest początek tygodnia, wczoraj był wolny dzień, musi być środa). Nad ranem z kolei przetoczyła się burza, już któryś dzień z rzędu... więc rano do roboty po mokrym i w siąpiącym deszczu (nawet na chwilę założliśmy kurtki, ale okazało się, że zrobiły się bardziej mokre od środka).
- DST 24.23km
- Czas 01:08
- VAVG 21.38km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 24 czerwca 2013
Kategoria transport
Po upalnym weekendzie klima w robocie to zbawienie
- DST 16.57km
- Czas 00:47
- VAVG 21.15km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 21 czerwca 2013
Kategoria transport, do czytania
No to dalej do poczytania
Skoro tak dobrze idzie mi nadrabianie zaległości, to mogę strzelić kolejnym, zaległym, tatrzańskim wpisem, który już od chwili oczekiwał na przegląd: Jesienne Tatry.
- DST 13.47km
- Czas 00:35
- VAVG 23.09km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 21 czerwca 2013
Kategoria do czytania, transport
Norwegia 2013: Relacja
Trasa - standardowo, transport pracowy.
Obrazków na razie nie ma, sami przeglądnęliśmy czterdzieści procent całości, potrzeba jeszcze czasu.
Tymczasem: życzę dobrej zabawy!
Na lotnisko, czyli wstęp
Rozdział 1: Trudy letniej wędrówki
Rozdział 2: Teleportacja na Kretę
Rozdział 3: W pogoni za promami
Rozdział 4: Witamy pierwsze podjazdy
Rozdział 5: Deszczowo, podbiegunowo, tunelowo
Rozdział 6: Czasu w bród, do promu!
Rozdział 7: Głupoty na Lofotach
Rozdział 8: Oszustwo po bezludnym terenie
Rozdział 9: Czajenie się w krzakach na wilka, który właśnie stoi z tyłu
Rozdział 10: Ludzka suszarka
Rozdział 11: Na dzikiej i bezludnej północy
Rozdział 12: Kto zaczyna pracę wcześnie, ten robi nadgodziny
Rozdział 13: Potyczki na płaskowyżu
Rozdział 14: Na końcu Europy
Rozdział 15: Poziome i pionowe kreski na ośmioprocentowym zjeździe
Rozdział 16: Na ciepło, na lekko, na długo
Rozdział 17: Przez odmieniony płaskowyż
Rozdział 18: Powrót do cywilizacji
Z lotniska, czyli podsumowanie
Obrazków na razie nie ma, sami przeglądnęliśmy czterdzieści procent całości, potrzeba jeszcze czasu.
Tymczasem: życzę dobrej zabawy!
Na lotnisko, czyli wstęp
Rozdział 1: Trudy letniej wędrówki
Rozdział 2: Teleportacja na Kretę
Rozdział 3: W pogoni za promami
Rozdział 4: Witamy pierwsze podjazdy
Rozdział 5: Deszczowo, podbiegunowo, tunelowo
Rozdział 6: Czasu w bród, do promu!
Rozdział 7: Głupoty na Lofotach
Rozdział 8: Oszustwo po bezludnym terenie
Rozdział 9: Czajenie się w krzakach na wilka, który właśnie stoi z tyłu
Rozdział 10: Ludzka suszarka
Rozdział 11: Na dzikiej i bezludnej północy
Rozdział 12: Kto zaczyna pracę wcześnie, ten robi nadgodziny
Rozdział 13: Potyczki na płaskowyżu
Rozdział 14: Na końcu Europy
Rozdział 15: Poziome i pionowe kreski na ośmioprocentowym zjeździe
Rozdział 16: Na ciepło, na lekko, na długo
Rozdział 17: Przez odmieniony płaskowyż
Rozdział 18: Powrót do cywilizacji
Z lotniska, czyli podsumowanie
- DST 20.26km
- Czas 00:53
- VAVG 22.94km/h
- Sprzęt Zenon
Czwartek, 20 czerwca 2013
Kategoria transport, do czytania
Gorąco
...a jak gorąco, to ludzie głupieją. Dziś z Hipcią widzieliśmy w sumie pięć kolizji.
Trasa: praca - dom - kurs - dom - praca.
Trasa: praca - dom - kurs - dom - praca.
- DST 35.92km
- Czas 01:44
- VAVG 20.72km/h
- Sprzęt Zenon


















