Wpisy archiwalne w kategorii
do czytania
| Dystans całkowity: | 96832.03 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 4314:10 |
| Średnia prędkość: | 22.38 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 4401.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 164904 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 194 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 169 (87 %) |
| Suma kalorii: | 202907 kcal |
| Liczba aktywności: | 1948 |
| Średnio na aktywność: | 49.73 km i 2h 13m |
| Więcej statystyk | |
Sobota, 3 grudnia 2011
Kategoria do czytania, waypointgame, < 50km
W nocy można spać...
... i pewnie większość z Was, ciapciaki, smacznie sobie spała. My zaś ruszyliśmy kupry tuż przed drugą w nocy, by do piątej sobie krążyć. Ot, przewaga gier terenowych nad zwykłą jazdą: jak jest powód, to jest mobilizacja większa. Bo przejechać się zawsze można, a punkty uciekną.
Surf wymyślił koncepcję kładek warszawskich, więc wyjechaliśmy z domu mając odpisane trzy. Po drodze publikowały się kolejne i tak sobie jechaliśmy... aż do tej, która się opublikowała ostatnia (kładki nad S8), której kod znaleźliśmy (no dobra, nie ja znalazłem), jakieś pół godziny przed publikacją. Wiedzieliśmy, że tej kładki nie odpuści ;-)
Dzięki Rooterowi poznałem SportyPal i przetestowałęm sobie na dzisiejszej trasie. O tak sobie jechaliśmy, o tutaj.
A teraz szybciutko spać, bo o siódmej meczyk, a wieczorem Alleypiast.
Surf wymyślił koncepcję kładek warszawskich, więc wyjechaliśmy z domu mając odpisane trzy. Po drodze publikowały się kolejne i tak sobie jechaliśmy... aż do tej, która się opublikowała ostatnia (kładki nad S8), której kod znaleźliśmy (no dobra, nie ja znalazłem), jakieś pół godziny przed publikacją. Wiedzieliśmy, że tej kładki nie odpuści ;-)
Dzięki Rooterowi poznałem SportyPal i przetestowałęm sobie na dzisiejszej trasie. O tak sobie jechaliśmy, o tutaj.
A teraz szybciutko spać, bo o siódmej meczyk, a wieczorem Alleypiast.
- DST 45.53km
- Czas 02:26
- VAVG 18.71km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 2 grudnia 2011
Kategoria do czytania, transport
Roczny cel wypełniony!
Dawno temu, bo jeszcze w styczniu postanowiłem sobie cel (mocne słowo, "cel"; lepiej: zagadkę): czy uda mi się przejechać 2011 tak, żeby na wykresie rocznym przebieg tegoroczny przykrył daszkiem zeszłoroczny. Czyli: czy w każdym miesiącu z tego roku uda mi się pobić dystans miesięczny z zeszłego. Dzisiaj właśnie pobiłem moje zeszłoroczne grudniowe 12km i tym samym skompletowałem całość. Teraz trzeba sprawdzić, czy w przyszłym roku też się uda. Będzie trudniej i w końcu będzie to jakieś wyzwanie :)
Rano podejrzanie ciepło i podejrzanie ładnie. Aż nie chciało się człowiekowi jechać do pracy. Dróżka przy Szczęśliwickiej bardzo mi się podoba, przynajmniej rano. Nikogo tam jeszcze nie spotkałem, jest poprowadzona ciekawie, bo zawijasami, dzięki temu człowiek nie zasypia jadąc bez przerwy przed siebie. Trochę wmordewind, ale przy takiej temperaturze to sobie może wiać.
Rano podejrzanie ciepło i podejrzanie ładnie. Aż nie chciało się człowiekowi jechać do pracy. Dróżka przy Szczęśliwickiej bardzo mi się podoba, przynajmniej rano. Nikogo tam jeszcze nie spotkałem, jest poprowadzona ciekawie, bo zawijasami, dzięki temu człowiek nie zasypia jadąc bez przerwy przed siebie. Trochę wmordewind, ale przy takiej temperaturze to sobie może wiać.
- DST 25.91km
- Czas 01:07
- VAVG 23.20km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 1 grudnia 2011
Kategoria do czytania, transport
Rozwiązania na temat pedałowania
Tak od razu po zwolnieniu bach! do pracy. To nieludzkie! Dobrze, że już za dwa dni weekend, co prawda nie wypocznę za bardzo, bo będą mi już od jutra nocami hałasowali siatkarze nad głową (w tym chyba z soboty na niedzielę o trzeciej nad ranem), ale zawsze to jakiś dzień wolny.
W porannej mżawce ruszyliśmy przed siebie, jakoś tak spokojnie, ale jakoś tak fajnie. Mimo że jestem zmęczony i chce mi się spać, to przyjemnie sobie przypomnieć, jak taka wspólna poranna przejażdżka pompuje w człowieka nowy dzień.
Przed zwolnieniem zostawiłem otwarty temat pedałowania i mojej lewej stopy. Wypoczywając w domu miałem niewiele czasu na czytanie, ale jeden fragment książki przeczytałem: ten o pedałowaniu właśnie. Wczoraj wieczorem bowiem uświadomiłem sobie finalnie, skąd wziął się mój stary pomysł na pedałowanie w SPD. Zakupiwszy je, szukałem na forach rowerowych informacji o tym, jak efektywnie pedałować. I gdzieś trafiłem, na jakimś forum szosowym, na polecaną metodę "kręć tak, jakbyś miał za małą korbę i chciał kręcić po większym kole". No to kręciłem. Całe szczęście, że Hipcia tę "dobrą radę" ode mnie zupełnie zlała, bo teraz mamy jednego tylko człowieka do naprawy.
A w czym tkwił zapewne problem? Kręcenie "na za małą korbę" w części ciągnącej ruchu wspomagałem łydką. W książce ładnie rozrysowano, które mięśnie pracują w której fazie ruchu. Do góry ciągnie dwugłowy uda, a pod koniec wspomaga go biodrowy. Tyle. Żadnej łydki. Oczywiście wczoraj, jak szybko bym nie jechał, nogi nie cierpły, dziwne, prawda? Poza tym jest jeszcze ta różnica: robić coś większym mięśniem; teraz faktycznie czuję, że prędkość wzrasta, że jazda mniej męczy, że przyspieszenie jest mocniejsze. I nic, kurna, nie cierpnie. Przynajmniej, jeśli chodzi o stopy. ;-)
W porannej mżawce ruszyliśmy przed siebie, jakoś tak spokojnie, ale jakoś tak fajnie. Mimo że jestem zmęczony i chce mi się spać, to przyjemnie sobie przypomnieć, jak taka wspólna poranna przejażdżka pompuje w człowieka nowy dzień.
Przed zwolnieniem zostawiłem otwarty temat pedałowania i mojej lewej stopy. Wypoczywając w domu miałem niewiele czasu na czytanie, ale jeden fragment książki przeczytałem: ten o pedałowaniu właśnie. Wczoraj wieczorem bowiem uświadomiłem sobie finalnie, skąd wziął się mój stary pomysł na pedałowanie w SPD. Zakupiwszy je, szukałem na forach rowerowych informacji o tym, jak efektywnie pedałować. I gdzieś trafiłem, na jakimś forum szosowym, na polecaną metodę "kręć tak, jakbyś miał za małą korbę i chciał kręcić po większym kole". No to kręciłem. Całe szczęście, że Hipcia tę "dobrą radę" ode mnie zupełnie zlała, bo teraz mamy jednego tylko człowieka do naprawy.
A w czym tkwił zapewne problem? Kręcenie "na za małą korbę" w części ciągnącej ruchu wspomagałem łydką. W książce ładnie rozrysowano, które mięśnie pracują w której fazie ruchu. Do góry ciągnie dwugłowy uda, a pod koniec wspomaga go biodrowy. Tyle. Żadnej łydki. Oczywiście wczoraj, jak szybko bym nie jechał, nogi nie cierpły, dziwne, prawda? Poza tym jest jeszcze ta różnica: robić coś większym mięśniem; teraz faktycznie czuję, że prędkość wzrasta, że jazda mniej męczy, że przyspieszenie jest mocniejsze. I nic, kurna, nie cierpnie. Przynajmniej, jeśli chodzi o stopy. ;-)
- DST 11.84km
- Czas 00:34
- VAVG 20.89km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 30 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport
Ożyj i zwyciężaj
Na sam koniec ostatniego dnia zwolnienia (czyli już legalnie, po godzinach pracy), pojechaliśmy na kurs. Po sześciu dniach bez roweru czułem się jak dziecko, któremu dano zabawkę. Wszystko nowe: rower nowy, świat nowy... tylko Hipcia ciągle stara i dobra ;)
Mogę sobie tylko wyobrażać, jak czują się ludzie, którzy wsiadają na rower po miesiącu/dwóch. I wolę tego nie sprawdzać.
Mogę sobie tylko wyobrażać, jak czują się ludzie, którzy wsiadają na rower po miesiącu/dwóch. I wolę tego nie sprawdzać.
- DST 17.39km
- Czas 00:54
- VAVG 19.32km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 29 listopada 2011
Kategoria do czytania
Zwolnienia dzień drugi
Akcja czyszczenia trwa. W zasadzie powinienem zrobić rubrykę "odeszli od nas", ale nie ma co się chwalić graciarnią, jaką miałem w domu ;) Z ważniejszych rzeczy: udało się w końcu pozbyć starego komputera i monitora, które stały, zajmowały miejsce i nic nie robiły poza tym. Jak człowiek ma dużo czasu, to i głupie pomysły mu przychodzą do głowy: przesortowałem również lekarstwa. Tych po terminie było dużo. Z kilogram. Pani w aptece zlitowała się i nie kazała mi tego pojedynczo wrzucać do skrzyneczki na leki do utylizacji. :-)
Wniosek jest jeden: nie kupiłem MTBka, a już trzeba rozglądać się za szosówką. Za dużo tu miejsca. :-)
Samopoczucie już lepsze. Wszystko wygląda na to, że jutro wieczorem, już na legalu, tyłek wraca na siodło.
Wieczorem jeszcze znajdujemy dwie kolejne świeżynki. Jeśli ktoś chce na jakąś przezentację, czy do badań mieć przykład debila, to mam dwójkę na oku. O 1:30 w nocy pojechaliśmy na Filtry zdobywać waypointy. Samochodem, bo na rower jeszcze... nie szalejmy. Szczególnie, że jutro Hipcia do pracy idzie, ja sobie mogę robić wakacje :)
A tak o sobie nocowaliśmy jeszcze nieco ponad miesiąc temu... Tuż za namiotem było urwisko - kończył się klif. A trzydzieści metrów niżej - morze.

Trzeba to powtórzyć.
Wniosek jest jeden: nie kupiłem MTBka, a już trzeba rozglądać się za szosówką. Za dużo tu miejsca. :-)
Samopoczucie już lepsze. Wszystko wygląda na to, że jutro wieczorem, już na legalu, tyłek wraca na siodło.
Wieczorem jeszcze znajdujemy dwie kolejne świeżynki. Jeśli ktoś chce na jakąś przezentację, czy do badań mieć przykład debila, to mam dwójkę na oku. O 1:30 w nocy pojechaliśmy na Filtry zdobywać waypointy. Samochodem, bo na rower jeszcze... nie szalejmy. Szczególnie, że jutro Hipcia do pracy idzie, ja sobie mogę robić wakacje :)
A tak o sobie nocowaliśmy jeszcze nieco ponad miesiąc temu... Tuż za namiotem było urwisko - kończył się klif. A trzydzieści metrów niżej - morze.

A tak sobie nocowaliśmy jeszcze nieco ponad miesiąc temu...© Hipek99
Trzeba to powtórzyć.
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 28 listopada 2011
Kategoria do czytania
Zwolnienia dzień pierwszy
Z rana podróż do lekarza. O ile zwykle człowiek musi się starać, by być przekonywujacy i by lekarz dał to zwolnienie i uwierzył, że się źle czujesz, o tyle ja zastanawiam się, czy mówić wszystko. Tylu objawów, to jeszcze w życiu nie miałem i mam wrażenie, że średnio to zabrzmi. Ale pani doktor jakoś wierzy w moją wersję, ogólnie przyjmuje człowieka spokojnie i na luzie, bez tego nastroju Śmierci i Prosektorium, właściwego części lekarzy. Ot, przykład: "Tu ma pan tabletki, grzybka, wprowadzimy go do przewodu pokarmowego, żeby zrobić konkurencję obcym. Bo ma pan obcych w przewodzie pokarmowym.". Mniej więcej tak wyglądała cała wizyta. Dostałem przerwę do środy.
Już pod domem, wracając z apteki, zastanowiłem się, czy może warto wykiwać ZUS i wyskoczyć sobie na rowerek na chwilę. Ale miałem nieodparte wrażenie, że zanim ZUS się połapie, za moja zuchwałość skaże mnie natychmiast starożytny bóg DIARRHEVS, którego bronią brązowa błyskawica. Zatem wróciłem do domu. "Chory może chodzić", a skoro tak, to spokojnie zabrałem się za realizację akcji "Tu jest więcej miejsca, niż na to wygląda", z tytułem funkcjonalnym "Tu ZMIESZCZĄ się jeszcze dwa rowery". Na pierwszy ogień poszła selekcja wszystkich rzeczy, które miały się "jeszcze kiedyś przydać", a wszystko wskazuje na to, że nigdy to nie nastąpi.
W międzyczasie dotarł do mnie kurier, ze stosem niespodzianek: zimowe ochraniacze na buty, ulocki (wreszcie zostawię go sobie w pracy, nie bedę woził żelastwa do domu) i kask dla Hipci. Zatem teraz mamy już oboje i możemy oboje być PROŁ. Bo wcześniej był jeden, to jakoś tak dupnie: jeśli jedziemy razem i mam go na sobie ja, wyglądam na ostatnią dupę; jeśli ma na sobie go Ona - wyglądamy jak tatuś z córeczką. A teraz oboje możemy założyć sztywne czapki i być PROŁ. I jechać sobie po płaskim i równym, szukając tych krawężników, w które natychmiast przyfasolimy głową. A po prawdzie: cholera, nie udało się nam udowodnić, że kask ratuje życie na mieście (łącznie mamy trzy zderzenia z autami, jedną ostrą glebę na asfalcie po najechaniu na kundla i trochę pomniejszych gleb i nic - głowa nie draśnięta.), to może jak sobie je kupimy, to się w końcu zaczniemy przewracać i ratować sobie to życie?
Jako dowód - zdjęcie.

Drugi kurier zostawił w prezencie żelowe ogrzewacze. Patent super, szczególnie, że proces jest odwracalny. Szybko się rozgrzewa i grzeje z pół godziny. W góry, na rower... super.
Wieczorem bunia publikuje dwa nowe waypointy. Postanowienie o odpoczynku w serii postanowieniem, ale zdobywanie świeżynek to osobna konkurencja. Taki mały test w sprawdzeniu szybkości reakcji. Oboje zawsze patrzymy, kto był pierwszy w danym miejscu i sami lubimy być tymi, którzy nowe miejsca zdobywają. Zatem: stan: +2 świeżynki.
Już pod domem, wracając z apteki, zastanowiłem się, czy może warto wykiwać ZUS i wyskoczyć sobie na rowerek na chwilę. Ale miałem nieodparte wrażenie, że zanim ZUS się połapie, za moja zuchwałość skaże mnie natychmiast starożytny bóg DIARRHEVS, którego bronią brązowa błyskawica. Zatem wróciłem do domu. "Chory może chodzić", a skoro tak, to spokojnie zabrałem się za realizację akcji "Tu jest więcej miejsca, niż na to wygląda", z tytułem funkcjonalnym "Tu ZMIESZCZĄ się jeszcze dwa rowery". Na pierwszy ogień poszła selekcja wszystkich rzeczy, które miały się "jeszcze kiedyś przydać", a wszystko wskazuje na to, że nigdy to nie nastąpi.
W międzyczasie dotarł do mnie kurier, ze stosem niespodzianek: zimowe ochraniacze na buty, ulocki (wreszcie zostawię go sobie w pracy, nie bedę woził żelastwa do domu) i kask dla Hipci. Zatem teraz mamy już oboje i możemy oboje być PROŁ. Bo wcześniej był jeden, to jakoś tak dupnie: jeśli jedziemy razem i mam go na sobie ja, wyglądam na ostatnią dupę; jeśli ma na sobie go Ona - wyglądamy jak tatuś z córeczką. A teraz oboje możemy założyć sztywne czapki i być PROŁ. I jechać sobie po płaskim i równym, szukając tych krawężników, w które natychmiast przyfasolimy głową. A po prawdzie: cholera, nie udało się nam udowodnić, że kask ratuje życie na mieście (łącznie mamy trzy zderzenia z autami, jedną ostrą glebę na asfalcie po najechaniu na kundla i trochę pomniejszych gleb i nic - głowa nie draśnięta.), to może jak sobie je kupimy, to się w końcu zaczniemy przewracać i ratować sobie to życie?
Jako dowód - zdjęcie.

Hipek w kasku i kask Hipci© Hipek99
Drugi kurier zostawił w prezencie żelowe ogrzewacze. Patent super, szczególnie, że proces jest odwracalny. Szybko się rozgrzewa i grzeje z pół godziny. W góry, na rower... super.
Wieczorem bunia publikuje dwa nowe waypointy. Postanowienie o odpoczynku w serii postanowieniem, ale zdobywanie świeżynek to osobna konkurencja. Taki mały test w sprawdzeniu szybkości reakcji. Oboje zawsze patrzymy, kto był pierwszy w danym miejscu i sami lubimy być tymi, którzy nowe miejsca zdobywają. Zatem: stan: +2 świeżynki.
- Sprzęt Unibike Viper
Niedziela, 27 listopada 2011
Kategoria do czytania
Zwolnienia dzień zerowy.
Niedziela, jak niedziela. Trochę leżę, trochę siedzę, w przerwie między jednym a drugim trochę biegam, więc prowadzę generalnie zdrowy tryb życia.
W tę niedzielę również prezentuję Hipci (kupioną oczywiście wcześniej) książkę Briana Lopesa "Jazda rowerem górskim". Prezent w zasadzie dla nas obojga.
Opinie są różne: jedni piszą, że dobra, inni piszą, że kupa nieprzydatnego bełkotu i same oczywistości. Od siebie napiszę tyle: na rowerze jeździć nauczyć się nie sztuka. Ale miedzy "jeździć" a "Jeździć" jest różnica. W tej książce są opisane dokładnie wszystkie podstawy. Rzeczy, których nie wiedziałem, do tego napisane w jedynej słusznej formie, którą mój analityczny łeb akceptuje: nie piszą, że coś trzeba robić; piszą jeszcze, dlaczego trzeba tak robić. Co daje człowiekowi możliwość samodzielnej analizy i samodzielnej pracy.
Zakup zatem dobry. Gdzie jest rower dla mnie? Muszę to wszystko przećwiczyć!
W tę niedzielę również prezentuję Hipci (kupioną oczywiście wcześniej) książkę Briana Lopesa "Jazda rowerem górskim". Prezent w zasadzie dla nas obojga.
Opinie są różne: jedni piszą, że dobra, inni piszą, że kupa nieprzydatnego bełkotu i same oczywistości. Od siebie napiszę tyle: na rowerze jeździć nauczyć się nie sztuka. Ale miedzy "jeździć" a "Jeździć" jest różnica. W tej książce są opisane dokładnie wszystkie podstawy. Rzeczy, których nie wiedziałem, do tego napisane w jedynej słusznej formie, którą mój analityczny łeb akceptuje: nie piszą, że coś trzeba robić; piszą jeszcze, dlaczego trzeba tak robić. Co daje człowiekowi możliwość samodzielnej analizy i samodzielnej pracy.
Zakup zatem dobry. Gdzie jest rower dla mnie? Muszę to wszystko przećwiczyć!
- Sprzęt Unibike Viper
Sobota, 26 listopada 2011
Kategoria do czytania, < 25km
Jak Alleypiast wziął i się...
Od dawien dawna wiadomo, że trzeba uważać na to, co sobie człowiek życzy, szczególnie głośno. Tak, jak przy złotej rybce, kiedy mówiąc, że chce się mieć fujarę do samej ziemi, powinno się przewidzieć, że leniwa rybka zamiast przedłużyć to, co powinna, pozbawi nas obu nóg (chociaż to działa w obie strony: przy "chciałbym mieć fujarę jak niemowlę", można się spodziewać kilkudziesięciu centymetrów i trzech kilo wagi). Tak i ja, wczoraj, napisałem, że walka o pierwsze miejsce jest bez sensu. Zatem, żebym czasami nie zmienił zdania, w nocy z piątku na sobotę poczułem gorączkę. Potem doszło cuś w układzie pokarmowym... i tak sobota zaczęła się od leżenia. I trochę siedzenia.
W międzyczasie nieopatrznie pokazałem Hipci filmową zajawkęAlleypiasta, więc wyboru już nie było. O właściwej godzinie spróbowaliśmy. Zlazłem z łóżka, ubrałem się, nawet ruszając się i pobudzając krążenie, poczułem się lepiej. Wsiadłem na rower... i tu już poczułem, że jest inaczej, niż zwykle. Gdy wyszliśmy na prostą przy Górczewskiej, Hipcia zluzowałą pedały, poczekała na mnie i zapytała:
- My się chyba śpieszymy? Będziesz się tak wlókł?
- Nie, kochanie, mylisz się. - odrzekłem - Ja się nie wlokę. Ja
obecnie nakurwiam.
I to była prawda. Uda pracowały tak, że bolały tym głuchym bólem, który pozostaje w ztrętwiałych mięśniach po zastrzyku, płuca pracowały jak miechy, wzrok skupiony tylko na wąskim pasie dróżki przed sobą... a licznik nieubłaganie wskazuje 16km/h. Tu już wiedziałem, że złym pomysłem jest jechanie nawet 10km na miejsce zbiórki, powiedzenie "Heja!" i wracanie do domu. Na wszelki wypadek (dzięki, zasmarkana złota rybko) organizm stwierdził, że przypilnuje, żebym głupot nie robił. Na wysokości skrzyżowania z Lazurową poczułem, ze plan przejażdżki planuje się zesrać. Tyle, że dosłownie.
Wróciliśmy trochę naokoło, żeby nie było, że wracamy tą samą drogą: Lazurowa -> Dywizjonu. Tam na szczęście powiało w plecy.
W międzyczasie nieopatrznie pokazałem Hipci filmową zajawkęAlleypiasta, więc wyboru już nie było. O właściwej godzinie spróbowaliśmy. Zlazłem z łóżka, ubrałem się, nawet ruszając się i pobudzając krążenie, poczułem się lepiej. Wsiadłem na rower... i tu już poczułem, że jest inaczej, niż zwykle. Gdy wyszliśmy na prostą przy Górczewskiej, Hipcia zluzowałą pedały, poczekała na mnie i zapytała:
- My się chyba śpieszymy? Będziesz się tak wlókł?
- Nie, kochanie, mylisz się. - odrzekłem - Ja się nie wlokę. Ja
obecnie nakurwiam.
I to była prawda. Uda pracowały tak, że bolały tym głuchym bólem, który pozostaje w ztrętwiałych mięśniach po zastrzyku, płuca pracowały jak miechy, wzrok skupiony tylko na wąskim pasie dróżki przed sobą... a licznik nieubłaganie wskazuje 16km/h. Tu już wiedziałem, że złym pomysłem jest jechanie nawet 10km na miejsce zbiórki, powiedzenie "Heja!" i wracanie do domu. Na wszelki wypadek (dzięki, zasmarkana złota rybko) organizm stwierdził, że przypilnuje, żebym głupot nie robił. Na wysokości skrzyżowania z Lazurową poczułem, ze plan przejażdżki planuje się zesrać. Tyle, że dosłownie.
Wróciliśmy trochę naokoło, żeby nie było, że wracamy tą samą drogą: Lazurowa -> Dywizjonu. Tam na szczęście powiało w plecy.
- DST 3.81km
- Czas 00:12
- VAVG 19.05km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 25 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport, waypointgame
Praca-dom-praca przez pszczołobiedronkę, czy inne tam stworzenie
Wieczorem, urągając wszelkim zasadom EcoDrivingu wybrałem się (jak co miesiąc) samochodem do TESCO (oddalonego od domu o całe 500m w linii prostej). Chwiłę już nie jeździłem, więc zapomniałem, jakie to jest wygodne, gdy widzisz, co jest za tobą, bez odwracania łba. Powraca pomysł lusterka rowerowego, ale pierwsze, które miałem, rozbiłem rok temu przewracając się na zakręcie. Drugiego nie kupię.
Z rana wita mnie okrzyk "O, deszcz pada". Pogodnik w internecie podpowiada jednak, że deszczu dziś nie ma prawa być, zatem wniosek jest prosty: nie deszcz to, a jakaś fatamrugana. Na zewnątrz okazuje się, że pogodnik miał rację, jest po prostu, uczciwie, mokro.
Przed pracą jedziemy jeszcze odwiedzić Pszczółki, które okazały się być biedronkami. Stamtąd już sam jadę do pracy, przy okazji rozdziewiczając dróżkę rowerową przy Szczęśliwickiej. Pomijając skręt w Opaczewską, jedzie się przyjemniej, niż jezdnią.
Nadal nie mam roweru do buszowania po lasach. Zastanawiam się jednak, czy na pewno jest potrzebny. Bo, popatrzmy bestii w ślepia: kupuję go, żeby wziąć sobie udział w jakimś tam wyścigu. Ale żeby się ścigać, trzeba trochę nabyć praktyki. A gdzie ja nabędę praktyki do jazdy dziennej, jeśli Hipcia uznaje tylko nocną jazdę? Pozostaje mi chyba tylko nocny fragment Mazovii 24h ;-)
Z rana wita mnie okrzyk "O, deszcz pada". Pogodnik w internecie podpowiada jednak, że deszczu dziś nie ma prawa być, zatem wniosek jest prosty: nie deszcz to, a jakaś fatamrugana. Na zewnątrz okazuje się, że pogodnik miał rację, jest po prostu, uczciwie, mokro.
Przed pracą jedziemy jeszcze odwiedzić Pszczółki, które okazały się być biedronkami. Stamtąd już sam jadę do pracy, przy okazji rozdziewiczając dróżkę rowerową przy Szczęśliwickiej. Pomijając skręt w Opaczewską, jedzie się przyjemniej, niż jezdnią.
Nadal nie mam roweru do buszowania po lasach. Zastanawiam się jednak, czy na pewno jest potrzebny. Bo, popatrzmy bestii w ślepia: kupuję go, żeby wziąć sobie udział w jakimś tam wyścigu. Ale żeby się ścigać, trzeba trochę nabyć praktyki. A gdzie ja nabędę praktyki do jazdy dziennej, jeśli Hipcia uznaje tylko nocną jazdę? Pozostaje mi chyba tylko nocny fragment Mazovii 24h ;-)
- DST 27.42km
- Czas 01:15
- VAVG 21.94km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 25 listopada 2011
Kategoria do czytania, transport, waypointgame
Waypointbreak
Po pracy wszedłem do domu.
- Bez sensu, prawda? - zagaiłem.
- Bez sensu. - odpowiedziała Ona.
Bo i po prawdzie - było bez sensu. Rano jeszcze wypracowana przewaga nosiłą się w granicach siedemdziesięciu punktów, po południu było tego już trzydzieści. I malało. Potwierdziły się obserwacje z prawie pół roku naszego uczestnictwa w grze: przy obecnych zasadach i przy ilości punktów ustawionych przez Surfa, jakakolwiek walka o pierwsze miejsce jest bez sensu. Szkoda nóg. Nie mając wpływu na ilość zawodników, ktorzy jeżdżą i niemalże taśmowo nabijają punkty, nie ma szans na normalną rywalizację. Nawet wyjeżdżona stupunktowa przewaga może stopnieć w dwa dni Błędem było nasze założenie na początku listopada, że ludzie odłożą rowery pod kocyk i będzie można rywalizować przy porównywalnym stopniu wysiłku.
Plusem jest to, że nie musimy się zastanawiać, czy w sobotę z rana atakujemy zachodni KPN, na tyle, żeby na wieczór zostawić siły na AlleyPiasta, nie musimy zastanawiać się, czy nie warto poświęcić prywatnej okazji, wypadającej w niedzielę, żeby wymknąć się na małe kółko dookoła boiska... i tak dalej. KPN poczeka na grudzień. I nowy rower. Który kupuję. :D
- Bez sensu, prawda? - zagaiłem.
- Bez sensu. - odpowiedziała Ona.
Bo i po prawdzie - było bez sensu. Rano jeszcze wypracowana przewaga nosiłą się w granicach siedemdziesięciu punktów, po południu było tego już trzydzieści. I malało. Potwierdziły się obserwacje z prawie pół roku naszego uczestnictwa w grze: przy obecnych zasadach i przy ilości punktów ustawionych przez Surfa, jakakolwiek walka o pierwsze miejsce jest bez sensu. Szkoda nóg. Nie mając wpływu na ilość zawodników, ktorzy jeżdżą i niemalże taśmowo nabijają punkty, nie ma szans na normalną rywalizację. Nawet wyjeżdżona stupunktowa przewaga może stopnieć w dwa dni Błędem było nasze założenie na początku listopada, że ludzie odłożą rowery pod kocyk i będzie można rywalizować przy porównywalnym stopniu wysiłku.
Plusem jest to, że nie musimy się zastanawiać, czy w sobotę z rana atakujemy zachodni KPN, na tyle, żeby na wieczór zostawić siły na AlleyPiasta, nie musimy zastanawiać się, czy nie warto poświęcić prywatnej okazji, wypadającej w niedzielę, żeby wymknąć się na małe kółko dookoła boiska... i tak dalej. KPN poczeka na grudzień. I nowy rower. Który kupuję. :D
- DST 11.25km
- Czas 00:28
- VAVG 24.11km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















