Wpisy archiwalne w kategorii
> 300km
| Dystans całkowity: | 6212.09 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 272:22 |
| Średnia prędkość: | 22.81 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 69.80 km/h |
| Suma podjazdów: | 3409 m |
| Liczba aktywności: | 18 |
| Średnio na aktywność: | 345.12 km i 15h 07m |
| Więcej statystyk | |
Sobota, 9 czerwca 2018
Kategoria > 300km
BST 4
- DST 342.90km
- Czas 17:42
- VAVG 19.37km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 8 czerwca 2018
Kategoria > 300km
BST 3
- DST 353.34km
- Czas 16:16
- VAVG 21.72km/h
- Sprzęt Czorny
Środa, 6 czerwca 2018
Kategoria > 300km
BST 1
- DST 387.66km
- Czas 14:00
- VAVG 27.69km/h
- Sprzęt Czorny
MRDP - 7
- DST 303.20km
- Czas 17:29
- VAVG 17.34km/h
- Sprzęt Czorny
MRDP - 5
- DST 366.40km
- Czas 20:20
- VAVG 18.02km/h
- Sprzęt Czorny
MRDP - 4
- DST 336.40km
- Czas 18:20
- VAVG 18.35km/h
- Sprzęt Czorny
MRDP - 2
- DST 365.10km
- Czas 20:58
- VAVG 17.41km/h
- Sprzęt Czorny
Niedziela, 24 lipca 2016
Kategoria > 300km, sakwy, zaliczając gminy
Piąta (słoneczna) Hip-rawka. Dzień 2
Jezdnia rano wcale nie przypominała wczorajszej, ruchliwej trasy. Rano było nawet spokojnie i chłodno. Niestety, nie pozostało za wiele po chmurach, które dość szybko rozstąpiły się i zaczęło nas grzać słońce.
Cały dzień przejechaliśmy w ukropie, tyle naszego, że droga prowadziła w większości przez lasy i dzięki temu aż tak nie oberwaliśmy po głowach, bo "zapomnieliśmy" założyć na głowę czapek. Za to, że byliśmy tak dzielni, w nagrodę dostaliśmy pod kołami księżycowy krajobraz: krater na kraterze i dziura na dziurze. Czy to droga wojewódzka, czy zwykła gminna, bez przerwy musieliśmy walczyć na wybojach. Do tego roboty wcale nie uprzyjemniał wiatr, który wiał w twarz z każdej możliwej strony.
Krótki postój zakupowy zrobiliśmy w Świdwinie. Hipcia wsiąkła wewnątrz Netto, a ja siedziałem, łapiąc każdą odrobinę cienia.
Było jeszcze wcześnie, a my jechaliśmy wciąż na świeżo, więc uznaliśmy, że trzeba zrobić jakiś rozsądny dystans. Minęły trzy stówy i kolejne dziesięć, i jeszcze trochę, gdy wsiąkliśmy w las. Wszystko paskudnie szeleściło, gdy bobrowaliśmy po okolicy, zastanawiałem się, czy w okolicy mieszka jeszcze ktoś, kto nie wie, że po lesie łazi dwójka ludzi.
Hipcia znalazła jakiś ukryty w głębi fragment. Rozbiliśmy się i zadowoleni z dobrej kryjówki zamierzaliśmy zjeść kolację, gdy kilka metrów od nas (ale trochę niżej, za skarpą), przejechał samochód. Na szczęście pierwszy i jedyny tej nocy.
Cały dzień przejechaliśmy w ukropie, tyle naszego, że droga prowadziła w większości przez lasy i dzięki temu aż tak nie oberwaliśmy po głowach, bo "zapomnieliśmy" założyć na głowę czapek. Za to, że byliśmy tak dzielni, w nagrodę dostaliśmy pod kołami księżycowy krajobraz: krater na kraterze i dziura na dziurze. Czy to droga wojewódzka, czy zwykła gminna, bez przerwy musieliśmy walczyć na wybojach. Do tego roboty wcale nie uprzyjemniał wiatr, który wiał w twarz z każdej możliwej strony.
Krótki postój zakupowy zrobiliśmy w Świdwinie. Hipcia wsiąkła wewnątrz Netto, a ja siedziałem, łapiąc każdą odrobinę cienia.
Było jeszcze wcześnie, a my jechaliśmy wciąż na świeżo, więc uznaliśmy, że trzeba zrobić jakiś rozsądny dystans. Minęły trzy stówy i kolejne dziesięć, i jeszcze trochę, gdy wsiąkliśmy w las. Wszystko paskudnie szeleściło, gdy bobrowaliśmy po okolicy, zastanawiałem się, czy w okolicy mieszka jeszcze ktoś, kto nie wie, że po lesie łazi dwójka ludzi.
Hipcia znalazła jakiś ukryty w głębi fragment. Rozbiliśmy się i zadowoleni z dobrej kryjówki zamierzaliśmy zjeść kolację, gdy kilka metrów od nas (ale trochę niżej, za skarpą), przejechał samochód. Na szczęście pierwszy i jedyny tej nocy.
- DST 317.21km
- Czas 13:57
- VAVG 22.74km/h
- Sprzęt Zenon
Niedziela, 27 marca 2016
Kategoria > 300km, do czytania, zaliczając gminy, ze zdjęciem
Połowiczne, druzgocące zwycięstwo
Po raz pierwszy w życiu mieliśmy możliwość uczynienia z Wielkanocy zwykłego, długiego weekendu, bez wizyt, odwiedzin i innych zbędnych i nudnych aktywności. Podobno miała być ładna pogoda, podobno nawet w niedzielę, postanowiliśmy więc ją wykorzystać. Z kilku dostępnych wariantów tras wybraliśmy tę najciekawszą, zupełnie nie przejmując się tym, że optymalnie byłoby ją przejechać w drugą stronę ze względu na wiatr.
Wyjazd miał służyć kilku celom. Przede wszystkim Hipcia miała się oswoić ze swoją nową zabawką - nawigacją. Czyli mielimy sprawdzić, czy w ogóle jest w stanie widzieć cokolwiek na tym małym ekraniku i jednocześnie nie zabić się podczas jazdy. Po drugie - siodełko. Postanowiliśmy po raz ostatni dać szansę jednemu z nich, w wersji, podobno, "lady". Ale, jak twierdzi Hipcia, jest to raczej w wersja "gruz pod zadkiem".
A miało być tak pięknie. Wywiady miały być... Trasa w wersji oryginalnej miała mieć 440 km i prowadzić do Ciechanowa, skąd prowadził relaksacyjny sprint do Warszawy długości 135 km. Na pierwszej części podjazdów miało być około 2400 m, czyli na 430 km tyle, ile na całym Pierścieniu. Zapowiadało się pięknie, a z kolei nic nie zapowiadało nadchodzącej bitwy.
Psychę do wyjazdu zbierałem od czwartku. Zupełnie mi się nie chciało i wiedziałem, że największą walkę będę musiał stoczyć w niedzielę rano, gdy bedzie trzeba wstać wcześnie rano. Hipcia z kolei od kilku dniach łaziła po ścianach i miała energii aż zbyt wiele. Ku swojemu zaskoczeniu wstałem zupełnie świeżutki (a pobudka była ustawiona na 5:30, czyli, według starego czasu, jeszcze na 4:30). A to nigdy dobrze nie wróży.

Szybka kawa, pompowanie kół, wycieczka na dworzec i dźwięk fajerwerków, bilety - nie, nie ma miejsc rowerowych, wszystkie wykupione. Na miejscu okazuje się, że podjechało jakieś maleństwo złożone z dwóch wagonów, w tym żadnego rowerowego. Końcówkę składu zajął jakiś facet na wózku, na początku "podobno" miejsca nie było, tak powiedziała kierownik pociągu. Rowery zostały więc wrzucone na korytarz, w okolicy toalety. Kierowniczka pociągu, gdy przyszedłem kupić bilet, zdążyła mnie jeszcze opieprzyć, że dlaczego ja z rana jadę z rowerem, zamiast się dzielić jajkiem. Kurczę, gdybym chciał dzielić się jajkiem, to bym się dzielił. A skoro jadę na rowerze, to pewnie chcę jechać na rowerze.
Co stację musiałem się budzić i robić sobie spacer, pilnując, czy moje rowery nie wychodzą przez drzwi, albo czy ktoś nie uprze się swoim bagażem wbić ich do środka, bo on przecież musi wsiąść. Pomijając jednego idiotę, który musiał je przestawić bo musiał dokładnie do tej toalety się dostać, podróż przebiegła bez zakłóceń.
Wysiedliśmy w piernikolandii i ruszyliśmy przed siebie. Temperatura powoli sobie rosła, po przebiciu się toruńskie DDR-y, w końcu udało się wyjechać na cywilizowany asfalt. Ruch był olbrzymi. Wszyscy jechali do lub z kościoła, do rodziny albo po prostu chcieli sobie pojeździć po okolicy. Szybko zaczęliśmy drapać się w górę - początek to praktycznie niekończący się podjazd. Jeden przystanek na pozbycie się niepotrzebnych ubrań, bo na termometrze pojawiło się już prawie 10 stopni.

Jechało się przyjemnie. Wiatr nie przeszkadzał, albo wręcz pomagał, co było widać szczególnie na zachodnim kierunku od Wąbrzeżna i prostym kawałku wzdłuż A1. Tam miejscami byliśmy wpychani pod górę. To znaczy ja byłem wpychany, bo Hipcia od samego początku skarżyła się na brak mocy i chęci do jazdy. Wielki świąteczny zjazd cenowy, energetyczny i kilokaloryjny; bakteria, wirus lub po prostu tymczasowy spadek formy, przy czym ta forma nie tyle, że spadła, a po prostu upadła i solidnie rozbiła sobie kuper. Na podjazdach, które robiłem bardzo spokojnie, odjeżdżałem. Idealnym podsumowaniem całości było stwierdzenie "nie pamiętam, żeby kiedykolwiek jechało mi się gorzej". A gorzej być miało, bo skończyliśmy fragment wdrapywania się w górę i teraz pozostała przed nami część walki z wiatrem. Do tego oczywiście podjazdy, tutaj sztuka za sztuką.
Pedałowałem praktycznie jedną nogą, robiąc podjazdy tak wolno, jak mogłem, by mogła coś skorzystać z koła, a mimo to, pojedyncze pchnięcie powodowało, że zostawała kilkanaście metrów z tyłu.
Ale zostawać z tyłu trzeba umieć, trzeba mieć klasę. Gdy patrzyłem za siebie, widziałem niewiarygodnie wyluzowanego rastamana, który żując gumę jedną stroną szczęki, powoli i z godnością drapie się w górę, mając wszystko gdzieś. Rastaman po chwili do mnie dojeżdżał i za chwilę znowu się gubił. Z koła i tak wiele zysku nie było, bo ruch był spory, a wiatr boczny, więc jazda w formie, która umożliwiała jakiekolwiek zasłanianie się, w zasadzie odpadała.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy na Orlenie w Jabłonowie Pomorskim. Hipcia zasiadła na słońcu i zażądała, żeby ją nakarmić. Po chwili przyszedłem z dwiema zapiekankami, a później ruszyłem po jeszcze dwie. W międzyczasie podziwialiśmy, jak wszystkie okoliczne wioski zjeżdżają się na stację w celu zakupienia... browarów. W święta politycy nie chcą handlować, ale lud głosuje nogami - browar w święta rzecz święta.
Do tego wciągnęliśmy trochę energetyków i nakupiliśmy kilogramy batonów. Hipcia przypominała zwłoki bez większej werwy, rozbudzała się i żywo protestowała tylko wtedy, gdy sugerowałem, że może przerwiemy ten świąteczny zjazd cenowy i zamiast marnować kilokalorie na pedałowanie jedną nogą, pojedziemy z powrotem do domu. Uparła się, że jeszcze jedziemy. W końcu jakoś się przesuwamy, a na zjechanie w kierunku domu, zawsze jest czas.

No to jechaliśmy. Słońce grzało, wiatr przestawiał rowery i utrudniał jazdę po prostej linii, przed nami pojawiały się ładne widoki, turlaliśmy się bardzo spokojnie - podjazdy robiąc z godnością, a zjazdy zasuwając bez pedałowania. Wjechaliśmy na teren Brodnickiego Parku Krajobrazowego i tam zrobiło się ładnie. Gdy jedzie się na przykład przez Mazury, można jechać cały dzień i nie zobaczyć żadnego jeziorka. A tutaj drog prowadziła ładnymi lasami, tuż obok jezior... Ładnie tutaj.
Zawróciliśmy i z lekkim wiatrem pojechaliśmy w stronę Brodnicy. W samym mieście zrobiliśmy szybki postój na Orlenie, który trochę się przeciągnął; potem już nadszedł czas na włączenie świateł. Słońce powoli zachodziło, temperatura powolutku spadała, robiło się coraz ładniej. Po zmroku już przyszedl czas na odwiedziny już zaliczonego swego czasu Golubia-Dobrzynia. Tam znowu zrobiliśmy przerwę na żarcie. Zapiekanek nie było, zapchaliśmy się parówkami.

Już po zmroku ruszyliśmy dalej, po chwili skręciliśmy w boczną drogę, kierunek Szafarnia. Od tego miejsca zaczęliśmy jechać obok siebie. Ruch był już symboliczny, na kole Hipci nic nie zyskiwałem, a ona nie chciała, żebym jechał z przodu, bo bardzo rozpraszała ją moja lampka. Na jednym z zakrętów zrobiliśmy przerwę na wrzucenie Hipci ogrzewaczy w rękawiczki. Niezbyt zadziałały.
Miłe zaczęło się dopiero później: w miejscowości Szczuka wjechaliśmy w boczną, gruntową drogą, która prowadziła nieprzyjemnymi zboczami, z których Hipcia zjeżdżała bardzo powoli ze względu na to, że kiepsko jej się trzymało kierownicę w grubych rękawiczkach. Kawałek dalej, w Jastrzębiu, robimy jeszcze jedną przerwę: zakładamy na siebie jeszcze trochę ubrań: Hipcia zaczyna przypominać bałwanka. A i tak nadal jest jej zimno. Ja z kolei zakładam tylko dodatkowe spodnie, wzuwam moje wilgotne jeszcze (po całym dniu) rękawiczki i po chwili jest mi już ciepło.
Już wcześniej wiedziałem, że trzysta nie pęknie w okolicach północy, teraz - widząc, jak zasuwamy - decydujemy się uznać, że fantastyczny plan na całonocną jazdę trzeba przełożyć na inne, cieplejsze jeszcze noce. Gdyby było ciepło, to można by było jechać nawet pedałując jedną nogą, w końcu jutro wolne, można jechać ile nam się będzie podobało; teraz jednak Hipcia musiałaby turlać się przez chłodne jeszcze dobrych siedem godzin. Już wcześniej wiedzieliśmy, że z Sierpca możemy zjechać do domu o 3:26. Pozostaje tylko kwestia tego, czy się uda. Hipcia po całym dniu walki ze zmęczeniem nie generuje już żadnego ciepła, na płaskim jedziemy całe 15 km/h, więc co jakiś czas sprawdzam, czy nadal mamy możliwość dotarcia na czas.

Robi się coraz mniej przyjemnie. Temperatura w lasach spada do zera stopni. Hipcia zamarza, jadąc tylko siłą woli. Taki trochę paradoks: gdyby przyspieszyła, to może byłoby jej cieplej. Nie ma jednak siły przyspieszyć, bo jest jej zimno. Robimy po drodze kilka przerw na grzanie zmarzniętych łapek na moim brzuchu (brr), na batony (które pewnie idą od razu na podtrzymanie grzania i nie przekładają się na siłę) i kilka sprintów (gonieni przez wioskowe kundle).
Hipcia zaczyna odżywać na dwadzieścia kilometrów przed Sierpcem. Już czując ciepło obiecanego Orlena zauważalnie przyspiesza. Na stację zajeżdżamy 2:40, wypijamy czekoladę, robimy zapasy na drogę i z niewielkim zapasem czasowym jedziemy w kierunku dworca. Ależ szczęście! Pociąg już stoi, można wejść do środka, kupić bilety i ułożyć zmarznięte truchełko w okolicy kaloryfera.
Zjedliśmy trochę z zakupionych zapasów, przesiedliśmy się w Nasielsku i dotarliśmy do Warszawy wczesnym rankiem. Pierwszy raz mieliśmy okazję wysiąść na stacji Warszawa Koło. Stąd tylko trzy kilometry do domu. Miasto było jeszcze puste.
Przejechaliśmy od Torunia niewiele ponad trzysta kilometrów, zaliczając 26 gmin. Plan na całonocną jazdę nie wypalił. Całodzienny, mocny wiatr, którego udało się uniknąć tylko na pierwszych kilkudziesięciu kilometrach i na pojedynczych fragmentach, który miejscami zrzucał z roweru, a na samej końcówce walił prosto w twarz, do tego fakt tego, że Hipcia cały dzień czuła się zdechła, przełożyły się na zmarzniętą noc i konieczność przerwania wycieczki.
Czasem bywa i tak. Każdy ma swoich wrogów: ja umieram w upale, Hipcia w chłodzie.
Wyjazd miał służyć kilku celom. Przede wszystkim Hipcia miała się oswoić ze swoją nową zabawką - nawigacją. Czyli mielimy sprawdzić, czy w ogóle jest w stanie widzieć cokolwiek na tym małym ekraniku i jednocześnie nie zabić się podczas jazdy. Po drugie - siodełko. Postanowiliśmy po raz ostatni dać szansę jednemu z nich, w wersji, podobno, "lady". Ale, jak twierdzi Hipcia, jest to raczej w wersja "gruz pod zadkiem".
A miało być tak pięknie. Wywiady miały być... Trasa w wersji oryginalnej miała mieć 440 km i prowadzić do Ciechanowa, skąd prowadził relaksacyjny sprint do Warszawy długości 135 km. Na pierwszej części podjazdów miało być około 2400 m, czyli na 430 km tyle, ile na całym Pierścieniu. Zapowiadało się pięknie, a z kolei nic nie zapowiadało nadchodzącej bitwy.
Psychę do wyjazdu zbierałem od czwartku. Zupełnie mi się nie chciało i wiedziałem, że największą walkę będę musiał stoczyć w niedzielę rano, gdy bedzie trzeba wstać wcześnie rano. Hipcia z kolei od kilku dniach łaziła po ścianach i miała energii aż zbyt wiele. Ku swojemu zaskoczeniu wstałem zupełnie świeżutki (a pobudka była ustawiona na 5:30, czyli, według starego czasu, jeszcze na 4:30). A to nigdy dobrze nie wróży.
Szybka kawa, pompowanie kół, wycieczka na dworzec i dźwięk fajerwerków, bilety - nie, nie ma miejsc rowerowych, wszystkie wykupione. Na miejscu okazuje się, że podjechało jakieś maleństwo złożone z dwóch wagonów, w tym żadnego rowerowego. Końcówkę składu zajął jakiś facet na wózku, na początku "podobno" miejsca nie było, tak powiedziała kierownik pociągu. Rowery zostały więc wrzucone na korytarz, w okolicy toalety. Kierowniczka pociągu, gdy przyszedłem kupić bilet, zdążyła mnie jeszcze opieprzyć, że dlaczego ja z rana jadę z rowerem, zamiast się dzielić jajkiem. Kurczę, gdybym chciał dzielić się jajkiem, to bym się dzielił. A skoro jadę na rowerze, to pewnie chcę jechać na rowerze.
Co stację musiałem się budzić i robić sobie spacer, pilnując, czy moje rowery nie wychodzą przez drzwi, albo czy ktoś nie uprze się swoim bagażem wbić ich do środka, bo on przecież musi wsiąść. Pomijając jednego idiotę, który musiał je przestawić bo musiał dokładnie do tej toalety się dostać, podróż przebiegła bez zakłóceń.
Wysiedliśmy w piernikolandii i ruszyliśmy przed siebie. Temperatura powoli sobie rosła, po przebiciu się toruńskie DDR-y, w końcu udało się wyjechać na cywilizowany asfalt. Ruch był olbrzymi. Wszyscy jechali do lub z kościoła, do rodziny albo po prostu chcieli sobie pojeździć po okolicy. Szybko zaczęliśmy drapać się w górę - początek to praktycznie niekończący się podjazd. Jeden przystanek na pozbycie się niepotrzebnych ubrań, bo na termometrze pojawiło się już prawie 10 stopni.
Jechało się przyjemnie. Wiatr nie przeszkadzał, albo wręcz pomagał, co było widać szczególnie na zachodnim kierunku od Wąbrzeżna i prostym kawałku wzdłuż A1. Tam miejscami byliśmy wpychani pod górę. To znaczy ja byłem wpychany, bo Hipcia od samego początku skarżyła się na brak mocy i chęci do jazdy. Wielki świąteczny zjazd cenowy, energetyczny i kilokaloryjny; bakteria, wirus lub po prostu tymczasowy spadek formy, przy czym ta forma nie tyle, że spadła, a po prostu upadła i solidnie rozbiła sobie kuper. Na podjazdach, które robiłem bardzo spokojnie, odjeżdżałem. Idealnym podsumowaniem całości było stwierdzenie "nie pamiętam, żeby kiedykolwiek jechało mi się gorzej". A gorzej być miało, bo skończyliśmy fragment wdrapywania się w górę i teraz pozostała przed nami część walki z wiatrem. Do tego oczywiście podjazdy, tutaj sztuka za sztuką.
Pedałowałem praktycznie jedną nogą, robiąc podjazdy tak wolno, jak mogłem, by mogła coś skorzystać z koła, a mimo to, pojedyncze pchnięcie powodowało, że zostawała kilkanaście metrów z tyłu.
Ale zostawać z tyłu trzeba umieć, trzeba mieć klasę. Gdy patrzyłem za siebie, widziałem niewiarygodnie wyluzowanego rastamana, który żując gumę jedną stroną szczęki, powoli i z godnością drapie się w górę, mając wszystko gdzieś. Rastaman po chwili do mnie dojeżdżał i za chwilę znowu się gubił. Z koła i tak wiele zysku nie było, bo ruch był spory, a wiatr boczny, więc jazda w formie, która umożliwiała jakiekolwiek zasłanianie się, w zasadzie odpadała.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy na Orlenie w Jabłonowie Pomorskim. Hipcia zasiadła na słońcu i zażądała, żeby ją nakarmić. Po chwili przyszedłem z dwiema zapiekankami, a później ruszyłem po jeszcze dwie. W międzyczasie podziwialiśmy, jak wszystkie okoliczne wioski zjeżdżają się na stację w celu zakupienia... browarów. W święta politycy nie chcą handlować, ale lud głosuje nogami - browar w święta rzecz święta.
Do tego wciągnęliśmy trochę energetyków i nakupiliśmy kilogramy batonów. Hipcia przypominała zwłoki bez większej werwy, rozbudzała się i żywo protestowała tylko wtedy, gdy sugerowałem, że może przerwiemy ten świąteczny zjazd cenowy i zamiast marnować kilokalorie na pedałowanie jedną nogą, pojedziemy z powrotem do domu. Uparła się, że jeszcze jedziemy. W końcu jakoś się przesuwamy, a na zjechanie w kierunku domu, zawsze jest czas.
No to jechaliśmy. Słońce grzało, wiatr przestawiał rowery i utrudniał jazdę po prostej linii, przed nami pojawiały się ładne widoki, turlaliśmy się bardzo spokojnie - podjazdy robiąc z godnością, a zjazdy zasuwając bez pedałowania. Wjechaliśmy na teren Brodnickiego Parku Krajobrazowego i tam zrobiło się ładnie. Gdy jedzie się na przykład przez Mazury, można jechać cały dzień i nie zobaczyć żadnego jeziorka. A tutaj drog prowadziła ładnymi lasami, tuż obok jezior... Ładnie tutaj.
Zawróciliśmy i z lekkim wiatrem pojechaliśmy w stronę Brodnicy. W samym mieście zrobiliśmy szybki postój na Orlenie, który trochę się przeciągnął; potem już nadszedł czas na włączenie świateł. Słońce powoli zachodziło, temperatura powolutku spadała, robiło się coraz ładniej. Po zmroku już przyszedl czas na odwiedziny już zaliczonego swego czasu Golubia-Dobrzynia. Tam znowu zrobiliśmy przerwę na żarcie. Zapiekanek nie było, zapchaliśmy się parówkami.
Już po zmroku ruszyliśmy dalej, po chwili skręciliśmy w boczną drogę, kierunek Szafarnia. Od tego miejsca zaczęliśmy jechać obok siebie. Ruch był już symboliczny, na kole Hipci nic nie zyskiwałem, a ona nie chciała, żebym jechał z przodu, bo bardzo rozpraszała ją moja lampka. Na jednym z zakrętów zrobiliśmy przerwę na wrzucenie Hipci ogrzewaczy w rękawiczki. Niezbyt zadziałały.
Miłe zaczęło się dopiero później: w miejscowości Szczuka wjechaliśmy w boczną, gruntową drogą, która prowadziła nieprzyjemnymi zboczami, z których Hipcia zjeżdżała bardzo powoli ze względu na to, że kiepsko jej się trzymało kierownicę w grubych rękawiczkach. Kawałek dalej, w Jastrzębiu, robimy jeszcze jedną przerwę: zakładamy na siebie jeszcze trochę ubrań: Hipcia zaczyna przypominać bałwanka. A i tak nadal jest jej zimno. Ja z kolei zakładam tylko dodatkowe spodnie, wzuwam moje wilgotne jeszcze (po całym dniu) rękawiczki i po chwili jest mi już ciepło.
Już wcześniej wiedziałem, że trzysta nie pęknie w okolicach północy, teraz - widząc, jak zasuwamy - decydujemy się uznać, że fantastyczny plan na całonocną jazdę trzeba przełożyć na inne, cieplejsze jeszcze noce. Gdyby było ciepło, to można by było jechać nawet pedałując jedną nogą, w końcu jutro wolne, można jechać ile nam się będzie podobało; teraz jednak Hipcia musiałaby turlać się przez chłodne jeszcze dobrych siedem godzin. Już wcześniej wiedzieliśmy, że z Sierpca możemy zjechać do domu o 3:26. Pozostaje tylko kwestia tego, czy się uda. Hipcia po całym dniu walki ze zmęczeniem nie generuje już żadnego ciepła, na płaskim jedziemy całe 15 km/h, więc co jakiś czas sprawdzam, czy nadal mamy możliwość dotarcia na czas.
Robi się coraz mniej przyjemnie. Temperatura w lasach spada do zera stopni. Hipcia zamarza, jadąc tylko siłą woli. Taki trochę paradoks: gdyby przyspieszyła, to może byłoby jej cieplej. Nie ma jednak siły przyspieszyć, bo jest jej zimno. Robimy po drodze kilka przerw na grzanie zmarzniętych łapek na moim brzuchu (brr), na batony (które pewnie idą od razu na podtrzymanie grzania i nie przekładają się na siłę) i kilka sprintów (gonieni przez wioskowe kundle).
Hipcia zaczyna odżywać na dwadzieścia kilometrów przed Sierpcem. Już czując ciepło obiecanego Orlena zauważalnie przyspiesza. Na stację zajeżdżamy 2:40, wypijamy czekoladę, robimy zapasy na drogę i z niewielkim zapasem czasowym jedziemy w kierunku dworca. Ależ szczęście! Pociąg już stoi, można wejść do środka, kupić bilety i ułożyć zmarznięte truchełko w okolicy kaloryfera.
Zjedliśmy trochę z zakupionych zapasów, przesiedliśmy się w Nasielsku i dotarliśmy do Warszawy wczesnym rankiem. Pierwszy raz mieliśmy okazję wysiąść na stacji Warszawa Koło. Stąd tylko trzy kilometry do domu. Miasto było jeszcze puste.
Przejechaliśmy od Torunia niewiele ponad trzysta kilometrów, zaliczając 26 gmin. Plan na całonocną jazdę nie wypalił. Całodzienny, mocny wiatr, którego udało się uniknąć tylko na pierwszych kilkudziesięciu kilometrach i na pojedynczych fragmentach, który miejscami zrzucał z roweru, a na samej końcówce walił prosto w twarz, do tego fakt tego, że Hipcia cały dzień czuła się zdechła, przełożyły się na zmarzniętą noc i konieczność przerwania wycieczki.
Czasem bywa i tak. Każdy ma swoich wrogów: ja umieram w upale, Hipcia w chłodzie.
- DST 313.99km
- Czas 14:50
- VAVG 21.17km/h
- Sprzęt Stefan
Środa, 11 listopada 2015
Kategoria > 300km, do czytania, zaliczając gminy
Przeharatało (się) z wiatrem
Trasa wisiała gotowa od pół roku i czekała na swoją kolej. Pojawił się wolny dzień. Mieliśmy jechać na sakwy, ale uznaliśmy, że pogoda jest mocno niepewna, do tego tam, gdzie zamierzaliśmy jechać jest żółte zagrożenie wiatrami. Więc byłoby to umordowanie się dla samego umordowania.
4:30. Dzwoni budzik. O dziwo udaje mi się wstać bardzo szybko, ewidentnie trafiłem w przerwę między fazami snu, czy jak się toto tam nazywa. Przygotowana wczoraj kawa powoli robi się coraz cieplejsza. Rowery wychodzą przed blok. Jest pochmurno, ale ciepło, mimo wczesnej godziny jest 14 stopni.
6:00. BWE. Wsiadamy, wieszamy rowery, zasiadamy na fotelach. Po chwili już zasypiam, przerywając tylko na kontrolę biletów. Herbata, którą dostałem w prezencie od obsługi stygnie bardzo długo, wypijam ją jednym haustem gdy wiem, że za 10 minut pociąg stanie na naszej stacji.
Konin, wysiadamy. Nadal pochmurno, nadal ciepło, drogi mokre. Startujemy.
Pierwsze 30 km idzie bardzo ładnie. Mocny wiatr boczny bardzo przeszkadza, ale bez większego wysiłku trzymamy średnią sporo powyżej 26 km/h. Miejscami też kropi sobie deszcz, ale niezbyt przeszkadza. Zaczynam powoli zastanawiać się - tak jak myśleliśmy wieczorem - czy będziemy czekać na dworcu w Kutnie, czy też przedłużymy trasę do Łowicza.
O ludzka naiwności!
Pierwsza odbitka po gminę, w okolicy Skulska (inna sprawa, że pomyliłem skręty i wskutek tego pałowaliśmy około kilometra po gruntówce) uświadomiła nam, że może być wesoło. Mocny wiatr w twarz ogranicza możliwości szarpania się i wymusza jazdę z prędkością poniżej 20 km/h. Jazda na kole też niewiele daje, bo musimy trzymać odstępy ze względu na chlapiące koła. Długi fragment aż do Pakości, która była w okolicy 90 km, to na przemian mżawka, deszcz, chwile słońca i nieustający wiatr. Po drodze zdążyliśmy się ucieszyć, że jednak nie pojechaliśy na sakwy: taka wietrzna wyprawka nie dałaby zbyt wiele satysfakcji.
Na osłodę dnia dostajemy krótki fragment do Gniewkowa, który prowadził idealnie na wschód. Tu dopiero można było zobaczyć siłę wiatru - lekko muskając korbę dostawało się 35 km/h... na podjazdach.
Zaraz za Gniewkowem pierwszy postój na Orlenie. Dwie potężne parówy, energetyk, trochę zapasów żarcia. Hipcia się skarży, że wrócił ból pleców.
Odpoczynek potrwał przez całe, nieprzyzwoite pół godziny. Trzeba było się jednak zebrać i popchnąć w stronę Inowrocławia. Cały fragment był i pod wiatr, i w kolejnych irytujących mżawkach.
Sytuacja nie zmieniła się aż do zmroku. Dopiero późnym popołudniem deszcz zaczął dawać nam spokój (z wyjątkiem jednej zlewy po zmroku). Wiatr ani myślał. Na bocznych drogach korzystałem z niewielkiego ruchu i świeciłem Hipci na całą moc latarki, dzięki temu moglismy jechać... szybciej. O ile to, co Hipcia mogła wykrzesać z pleców można było nazwać "szybciej". Zapas czasowy mieliśmy, ale niezbyt wielki. Od pewnego momentu jechaliśmy w większości na wschód i wszystko wskazywało na to, że zdążymy na wcześniejszy pociąg.
Drugi postój był 30 km przed dworcem. Uzupełniliśmy jedzenie, dokupiliśmy trochę picia i pokonaliśmy ostatnie kilometry.
Mieliśmy całe 40 minut zapasu. Poszliśmy więc na zapiekanki, chociaż widząc z daleka postury ludzi stojących przed nim, analizowaliśmy długo, czy warto podchodzić.
Smutny obrazek polskiego patriotyzmu: przed nami zapiekanki zamówiło tez dwóch chłopaków, którzy chyba wrócili z manifestacji w Warszawie. Młode chłopaki, z flagą na kiju. Dostali zapiekanki, siadają na ławce, jedzą. Wszystko niby zwyczajnie. Ale flaga tarza się w kurzu na ścieżce, mimo że oparta o ławkę.
Zjedliśmy. Popchnęliśmy się na pociąg. Na miejscu masakra - wszystko zapchane. Powiesiliśmy rowery, usiedliśmy na podłodze i tak drzemiąc dotarliśmy do Warszawy.
Jesienne gminożerstwo zakończyło się zdobyciem trzydziestu nowych gmin. A do tego: totalnym usyfieniem roweru, butów, spodni i wszystkiego oraz dużym zadowoleniem.
4:30. Dzwoni budzik. O dziwo udaje mi się wstać bardzo szybko, ewidentnie trafiłem w przerwę między fazami snu, czy jak się toto tam nazywa. Przygotowana wczoraj kawa powoli robi się coraz cieplejsza. Rowery wychodzą przed blok. Jest pochmurno, ale ciepło, mimo wczesnej godziny jest 14 stopni.
6:00. BWE. Wsiadamy, wieszamy rowery, zasiadamy na fotelach. Po chwili już zasypiam, przerywając tylko na kontrolę biletów. Herbata, którą dostałem w prezencie od obsługi stygnie bardzo długo, wypijam ją jednym haustem gdy wiem, że za 10 minut pociąg stanie na naszej stacji.
Konin, wysiadamy. Nadal pochmurno, nadal ciepło, drogi mokre. Startujemy.
Pierwsze 30 km idzie bardzo ładnie. Mocny wiatr boczny bardzo przeszkadza, ale bez większego wysiłku trzymamy średnią sporo powyżej 26 km/h. Miejscami też kropi sobie deszcz, ale niezbyt przeszkadza. Zaczynam powoli zastanawiać się - tak jak myśleliśmy wieczorem - czy będziemy czekać na dworcu w Kutnie, czy też przedłużymy trasę do Łowicza.
O ludzka naiwności!
Pierwsza odbitka po gminę, w okolicy Skulska (inna sprawa, że pomyliłem skręty i wskutek tego pałowaliśmy około kilometra po gruntówce) uświadomiła nam, że może być wesoło. Mocny wiatr w twarz ogranicza możliwości szarpania się i wymusza jazdę z prędkością poniżej 20 km/h. Jazda na kole też niewiele daje, bo musimy trzymać odstępy ze względu na chlapiące koła. Długi fragment aż do Pakości, która była w okolicy 90 km, to na przemian mżawka, deszcz, chwile słońca i nieustający wiatr. Po drodze zdążyliśmy się ucieszyć, że jednak nie pojechaliśy na sakwy: taka wietrzna wyprawka nie dałaby zbyt wiele satysfakcji.
Na osłodę dnia dostajemy krótki fragment do Gniewkowa, który prowadził idealnie na wschód. Tu dopiero można było zobaczyć siłę wiatru - lekko muskając korbę dostawało się 35 km/h... na podjazdach.
Zaraz za Gniewkowem pierwszy postój na Orlenie. Dwie potężne parówy, energetyk, trochę zapasów żarcia. Hipcia się skarży, że wrócił ból pleców.
Odpoczynek potrwał przez całe, nieprzyzwoite pół godziny. Trzeba było się jednak zebrać i popchnąć w stronę Inowrocławia. Cały fragment był i pod wiatr, i w kolejnych irytujących mżawkach.
Sytuacja nie zmieniła się aż do zmroku. Dopiero późnym popołudniem deszcz zaczął dawać nam spokój (z wyjątkiem jednej zlewy po zmroku). Wiatr ani myślał. Na bocznych drogach korzystałem z niewielkiego ruchu i świeciłem Hipci na całą moc latarki, dzięki temu moglismy jechać... szybciej. O ile to, co Hipcia mogła wykrzesać z pleców można było nazwać "szybciej". Zapas czasowy mieliśmy, ale niezbyt wielki. Od pewnego momentu jechaliśmy w większości na wschód i wszystko wskazywało na to, że zdążymy na wcześniejszy pociąg.
Drugi postój był 30 km przed dworcem. Uzupełniliśmy jedzenie, dokupiliśmy trochę picia i pokonaliśmy ostatnie kilometry.
Mieliśmy całe 40 minut zapasu. Poszliśmy więc na zapiekanki, chociaż widząc z daleka postury ludzi stojących przed nim, analizowaliśmy długo, czy warto podchodzić.
Smutny obrazek polskiego patriotyzmu: przed nami zapiekanki zamówiło tez dwóch chłopaków, którzy chyba wrócili z manifestacji w Warszawie. Młode chłopaki, z flagą na kiju. Dostali zapiekanki, siadają na ławce, jedzą. Wszystko niby zwyczajnie. Ale flaga tarza się w kurzu na ścieżce, mimo że oparta o ławkę.
Zjedliśmy. Popchnęliśmy się na pociąg. Na miejscu masakra - wszystko zapchane. Powiesiliśmy rowery, usiedliśmy na podłodze i tak drzemiąc dotarliśmy do Warszawy.
Jesienne gminożerstwo zakończyło się zdobyciem trzydziestu nowych gmin. A do tego: totalnym usyfieniem roweru, butów, spodni i wszystkiego oraz dużym zadowoleniem.
- DST 310.53km
- Czas 12:53
- VAVG 24.10km/h
- Sprzęt Stefan


















