Poniedziałek, 12 października 2015
Kategoria < 25km, do czytania
Kolano, czyli ma się czasem farta
Przygotowywałem sobie w weekend w głowie wstęp do wyprawy. I miało być tam stwierdzenie o tym, że mieliśmy świadomość tego, że w każdej chwili, obciążone i jeszcze nie w pełni zregenerowane cielsko mogło odmówić posłuszeństwa. Zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens coś takiego pisać, w końcu kiedy to zdarza się, że coś tak z sekundy na sekundę...
No i dziś rano dostałem dowód: depnąłem lewą nogą, wcale nie jakoś morderczo, a kolano się wzięło i zabolało. Tak z niczego, bez żadnych objawów wcześniej. Resztę trasy już dociągnąłem pedałując prawą. Po trzech godzinach odpoczynku musiałem wyskoczyć załatwić jedną ważną sprawę - mocniejsze depnięcia nadal pobolewają.
No i mamy dowód: gdyby mi się coś takiego na wyjeździe zdarzyło, to część dnia musiałbym przejść pchając rower, bo podjazdu 10% długo bym sobie nie popodjeżdżał z tym kolanem. Ot, ma się czasem szczęście.
No i dziś rano dostałem dowód: depnąłem lewą nogą, wcale nie jakoś morderczo, a kolano się wzięło i zabolało. Tak z niczego, bez żadnych objawów wcześniej. Resztę trasy już dociągnąłem pedałując prawą. Po trzech godzinach odpoczynku musiałem wyskoczyć załatwić jedną ważną sprawę - mocniejsze depnięcia nadal pobolewają.
No i mamy dowód: gdyby mi się coś takiego na wyjeździe zdarzyło, to część dnia musiałbym przejść pchając rower, bo podjazdu 10% długo bym sobie nie popodjeżdżał z tym kolanem. Ot, ma się czasem szczęście.
- DST 10.24km
- Czas 00:30
- VAVG 20.48km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 12 października 2015
Kategoria do czytania, transport
Sportowy weekend
W tłumie informacji które zajęły wszystkie media, przesunęły podobno konferencję rządu i spowodowały, że aspirujący do koryta nagle stali się Wielkimi Kibicami łatwo było to przegapić. Bo w końcu najważniejszym wydarzeniem było (i jest) to, że drugorzędni kopacze pojadą do Francji odpaść w fazie grupowej.
Więc, jeśli ktoś nie wie, to informuję, że aktualni Mistrzowie Świata zamknęli grupę z kompletem zwycięstw i awansowali do ćwierćfinału Mistrzostw Europy.
Siatkówka, jeśli ktoś nie skojarzył.
Więc, jeśli ktoś nie wie, to informuję, że aktualni Mistrzowie Świata zamknęli grupę z kompletem zwycięstw i awansowali do ćwierćfinału Mistrzostw Europy.
Siatkówka, jeśli ktoś nie skojarzył.
- DST 7.85km
- Czas 00:22
- VAVG 21.41km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 9 października 2015
Kategoria do czytania, transport
Wolne!
Wydaje się, że już od dawna jesteśmy w domu, tymczasem to jest... pierwszy weekend po powrocie. Zadziwiające!
- DST 13.98km
- Czas 00:40
- VAVG 20.97km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 9 października 2015
Kategoria do czytania, transport
Zima nadeszła, rower niszczy wszystko
Niby pięć stopni, a współpracownicy wchodzą mi do roboty i mowią "uj, jak zimno!". I to zaraz po tym, jak musieli przejść 50 metrów z parkingu do biura... Ale widać, że zima: zaobserwować można puchowe kurtki i wełniane czapki. Sam zresztą wyciągnąłem z szafy softshella, ale głównie dlatego, że po urlopie jeszcze dochodzę do siebie i czasem bywa mi chłodno...
Rower niszczy wszystko, tak jak napisałem. Na mieście korki. Jakieś objazdy porobili, ludzie stoją sobie w samochodach, z kolei po pracy nie ma dnia, żebym nie widział kolizji (wczoraj to nawet dwie kolizjie, jeden zepsuty tramwaj i jakieś roboty drogowe). Kończy się to tym, że ludzie też stoją. No a ja, jak zawsze, środkiem, szybciutko, sprawnie...
Zauważyłem dzisiaj kątem oka ludzika rozdającego Metro. I tak się rozmarzyłem... Kiedyś to wychodził człowiek z domu, po drodze na przystanek zgarniał Metro od sympatycznej staruszki, która zawsze rozdawała je na skrzyżowaniu, przerzucał wszystko czekając na tramwaj, potem wsiadał i wyciągał książkę... i miał przed sobą pół godziny czytania. Czasem się nawet zdarzyło mi zaczytać i przegapić przystanek... A czasem jeszcze w trakcie spaceru do biura podczytywałem sobie.
A teraz? Wsiadaj na rower i jedź. Odzwyczaiłem się od słuchania audiobooków i jakoś nie mogę się zebrać (a "Siewca Wiatru" od Elizium czeka i czeka)...
Rower niszczy wszystko, tak jak napisałem. Na mieście korki. Jakieś objazdy porobili, ludzie stoją sobie w samochodach, z kolei po pracy nie ma dnia, żebym nie widział kolizji (wczoraj to nawet dwie kolizjie, jeden zepsuty tramwaj i jakieś roboty drogowe). Kończy się to tym, że ludzie też stoją. No a ja, jak zawsze, środkiem, szybciutko, sprawnie...
Zauważyłem dzisiaj kątem oka ludzika rozdającego Metro. I tak się rozmarzyłem... Kiedyś to wychodził człowiek z domu, po drodze na przystanek zgarniał Metro od sympatycznej staruszki, która zawsze rozdawała je na skrzyżowaniu, przerzucał wszystko czekając na tramwaj, potem wsiadał i wyciągał książkę... i miał przed sobą pół godziny czytania. Czasem się nawet zdarzyło mi zaczytać i przegapić przystanek... A czasem jeszcze w trakcie spaceru do biura podczytywałem sobie.
A teraz? Wsiadaj na rower i jedź. Odzwyczaiłem się od słuchania audiobooków i jakoś nie mogę się zebrać (a "Siewca Wiatru" od Elizium czeka i czeka)...
- DST 17.66km
- Czas 00:51
- VAVG 20.78km/h
- Sprzęt Zenon
Czwartek, 8 października 2015
Kategoria do czytania, transport
Po co lżej, jak może być ciężej?
Obcierający na wyprawie hamulec nie spowodował mi większych problemów. Po pęknięciu pierwszej, a potem drugiej szprychy, nie było go nawet czuć, bardziej słychać. Canti są jednak dość miękkie i szerokie - chętnie się uginały. A przynajmniej tak to wówczas odczułem. Szprychy zostały wymienione, hamulec przestał irytować piszczeniem.
Wczoraj rano zmieniłem koło na "pracowe". Wyprawowa piasta weszła na kolejny poziom doświadczenia i nie dość, że przestała mieć luzy, to zaczęła jeszcze do tego wydawać dźwięki cały czas. Zmieniłem, bo uznałem, że nie potrzeba mi doświadczenia, które prędzej czy później skończy się spacerem lub glebą na środku jezdni.
W poniedziałek i wtorek jechałem w bezwietrznej pogodzie. Wczoraj i dziś wiało w twarz. A mimo wszystko jechałem 1-2 km/h szybciej niż na tamtym kole (a oponę mam bardziej miękką w obecnym niż wyprawowym). Wniosek? Niezły sobie zafundować musiałem trening na ostatnie trzy dni wyprawy. Bo przecież za lekko być nie może.
Wczoraj rano zmieniłem koło na "pracowe". Wyprawowa piasta weszła na kolejny poziom doświadczenia i nie dość, że przestała mieć luzy, to zaczęła jeszcze do tego wydawać dźwięki cały czas. Zmieniłem, bo uznałem, że nie potrzeba mi doświadczenia, które prędzej czy później skończy się spacerem lub glebą na środku jezdni.
W poniedziałek i wtorek jechałem w bezwietrznej pogodzie. Wczoraj i dziś wiało w twarz. A mimo wszystko jechałem 1-2 km/h szybciej niż na tamtym kole (a oponę mam bardziej miękką w obecnym niż wyprawowym). Wniosek? Niezły sobie zafundować musiałem trening na ostatnie trzy dni wyprawy. Bo przecież za lekko być nie może.
- DST 21.69km
- Czas 00:56
- VAVG 23.24km/h
- Sprzęt Zenon
Środa, 7 października 2015
Kategoria do czytania, transport
To ja byłem na urlopie?!
Dopiero teraz zorientowałem się, że na BS zapomniałem (albo, bardziej prawdopodobne: nie zdążyłem przed wyjazdem biorąc pod uwagę listę rzeczy do zrobienia) napisać, że jechałem na urlop. Więc tak, jechałem. 12 września pojechaliśmy w Alpy. I tak w sumie to mnie trzy tygodnie nie było, ale że ostatnio zdarza mi się mieć i takie zwłoki we wpisach, to pewnie nikt nie zdążył się zorientować
Mistrz konspiracji, kurka wodna.
To w sumie, jakby ktoś chciał przeglądnąć trasę, którą jechaliśmy, to jest tutaj. Podległa kilku modyfikacjom, bo wersja docelowa to miał być zjazd do Janowic Wielkich (skończyło się na Jeleniej Górze), a Wrocław od samego początku był opcją na wypadek, gdyby się dobrze jechało. No i serwis RwGPS solidnie zawyżył dystans trasy - jak się to samo przerysuje na mniejszych odcinkach, to wychodzi 4100 km. Widocznie ma problem z trasami tej długości.
A skoro już wróciłem, to i napisałem podsumowanie wyprawy. Podsumowanie, bo do czasu, aż napiszę relację, księżyc kilka razy zdąży się przemienić. Dwa razy tego samego wklejał nie będę - klika się o tu i można czytać.
Mistrz konspiracji, kurka wodna.
To w sumie, jakby ktoś chciał przeglądnąć trasę, którą jechaliśmy, to jest tutaj. Podległa kilku modyfikacjom, bo wersja docelowa to miał być zjazd do Janowic Wielkich (skończyło się na Jeleniej Górze), a Wrocław od samego początku był opcją na wypadek, gdyby się dobrze jechało. No i serwis RwGPS solidnie zawyżył dystans trasy - jak się to samo przerysuje na mniejszych odcinkach, to wychodzi 4100 km. Widocznie ma problem z trasami tej długości.
A skoro już wróciłem, to i napisałem podsumowanie wyprawy. Podsumowanie, bo do czasu, aż napiszę relację, księżyc kilka razy zdąży się przemienić. Dwa razy tego samego wklejał nie będę - klika się o tu i można czytać.
- DST 19.08km
- Czas 00:55
- VAVG 20.81km/h
- Sprzęt Zenon
Wtorek, 6 października 2015
Kategoria do czytania, transport
Praca
Piasta zaczęła wydawać zupełnie nowe dźwięki. Czyli agonia postępuje.
Najgorszą rzeczą po wyprawie jest to, że masz z tyłu głowy świadomość tego, że trzeba napisać relację...
Najgorszą rzeczą po wyprawie jest to, że masz z tyłu głowy świadomość tego, że trzeba napisać relację...
- DST 17.00km
- Czas 00:55
- VAVG 18.55km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 5 października 2015
Kategoria do czytania, transport
Żyję
Ale co to za życie? Gdzie namiot, trasa, batony? Gdzie widoki, góry, podjazdy? Gdzie?
- DST 7.88km
- Czas 00:23
- VAVG 20.56km/h
- Sprzęt Zenon
Niedziela, 4 października 2015
Kategoria > 100km, do czytania, sakwy
Alpy. Dzień 23
Mogliśmy spać długo, ale przyzwyczajeni do wczesnych pobudek zrywamy się, gdy na zewnątrz jest jeszcze szaro. Już z rowerów witamy ładny, mglisty wschód słońca.
Piasta trzyma się wcale mocno, ale Hipcia na koniec bierze ode mnie część bagażu. Odejmijmy te dwa kilo obciążenia. Potępieńcze piski odzywają się co jakiś czas z dołu, śpiewając „Die, die my Darling”.
Robi się trochę nierówno, ale do połknięcia pozostają jedynie pojedyncze pagórki. Jak wisienka na torcie, na mojej mapie tkwi czerwona szpileczka, oznaczająca ostatnią przełęcz, którą mamy zdobyć.
Mijamy wyrysowane na drodze oznaczenia startu jakiegoś wyścigu, pewnie samochodowego, tak przynajmniej można wywnioskować z pobliskich plakatów. Zjeżdżamy do Trutnova, a później zaczynamy się wspinać. Pojawiają się pierwsze oznaki zbliżającego się końca: na drogowskazie pojawia się Jelenia Góra.
Podjazd jest bardzo łagodny. Chmury się rozstępują i na sam koniec dostajemy piękne słońce, wymuszające postój na zdjęcie ciuchów. Na poboczu zaczynają pojawiać się żele, mijają nas szosowcy, a gdy już na sam koniec wymija nas kabriolet (i to na polskich blachach), wiemy, że tradycyjna kultowość przełęczy jest utrzymana. Nawet na sam koniec dostajemy pełen zestaw.
Podjazd pod Okraj jest łagodny. Śmiejemy się do siebie, radośnie pokonując kolejne metry: maksymalnie sześć procent to – w porównaniu z poprzednimi tygodniami - prawie płasko; zdobywanie przełęczy po takim nachyleniu, to prawie jak spacer.
Droga prowadzi przez ładne, zielone łąki, pojawiają się pojedyncze domki… W końcu samochodów jest jakby więcej, pojawiają się budynki, a czerwona kropka pokrywa się ze znacznikiem na GPS-ie. Przełęcz Okraj. Rzeczpospolita Polska. Dzień dobry, witamy w domu.
Przystajemy na namiastkę sesji fotograficznej, którą ciężko jakoś zorganizować, bo każde wolne miejsce zapchane jest samochodami. Poprzestajemy więc na kilku symbolicznych zdjęciach i powoli zaczynamy turlać się w dół. Początkowo jest ciężko, bo trzeba przebić się przez chmarę samochodów, które jadą w górę, parkują, ruszają i robią niewiarygodny wręcz bałagan na wąskiej, górskiej drodze. W końcu wszystko się odtyka i ruszamy w dół. Zaskoczeni tym, że znaki ostrzegawcze są… żółte! Nigdy nie zwracaliśmy na to uwagi!
Plan został zmieniony już wczoraj: pierwotnie mieliśmy dotrzeć do Janowic Wielkich, ale uznaliśmy, że w Jeleniej będzie wygodniej znaleźć otwarty sklep i będzie gdzie czekać na pociąg. Poza tym nie chcieliśmy utknąć pośród niczego, gdy rozwali się zupełnie piasta. Akurat złożyło się przyjemnie, bo mieliśmy cały czas z górki, aż do samego miasta. Oczywiście nie mogło obyć się bez zakazu dla rowerów i wyrzucenia nas na – trzeba przyznać, dobrze wykonaną – drogę rowerową przez las.
Zagadując jeszcze po drodze jednych ludzi dojeżdżamy na dworzec. Wyglądający znajomo dworzec. Czy to nie tutaj, niecałe dwa miesiące temu, po GMRDP biegłem kupić bilety w kasie? Tak, to na pewno tu.
Kupuję bilety. Do pociągu mamy dużo czasu. Krótka wizyta w dworcowej toalecie za złotówkę za wejście pozwala się doprowadzić do stanu względnego podobieństwa do typowego przedstawiciela naszego gatunku. Szybkie telefony z informacją, że przeżyliśmy i ruszamy na miasto w poszukiwaniu jedzenia. Nie jesteśmy wybredni: Pizza Hut oferująca żarcie i dzban piwa aż nadto spełnia nasze skromne wymagania.
Pochłaniamy obie pizze w godnym naśladowania tempie, raz tylko zaczepieni przez.. niemieckich turystów, którzy byli zaciekawieni, dokąd podróżujemy. Gdy powiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami i właśnie skończyliśmy, nie kryli zdziwienia. „Żeby Polacy na rowerach? W podróż?” – zdawały się mówić ich oczy.
Dzban piwa, mieszczący w sobie dwa litry, rozlany na dwie osoby, okazał się być płynną śmiercią. Powrót na kołach nie miał prawa zaistnieć. Na dworzec dotarliśmy pieszo, robiąc jeszcze zakupy.
Usiedliśmy ciężko na dworcowej ławce. Nagle zrobiło się cicho. Droga właśnie się skończyła. „Po wszystkim, panie Frodo”. Siedzimy, zastanawiając się nad tym, dlaczego tak nagle czegoś brakuje. Siedzenie na tyłku zdecydowanie tu nie pasuje. Rowery stoją pod ścianą. Do jasnej choroby, jest za wcześnie na przerwę! Za wcześnie na nocleg! To już? Koniec? Wkładam twarz w dłonie i po raz setny dzisiaj masuję czoło. Bezruch i czekanie nie potrafią się pogodzić z trwającym ponad trzy tygodnie nieprzerwanym przesuwaniem się naprzód. Żółta nitka śladu wygasła, GPS nie kieruje dalej.
Wyciągamy aparat, przeglądamy kilka zdjęć. Powoli zbliża się godzina naszego odjazdu, na dworcu pojawia się coraz więcej ludzi. Śmiesznie wyglądamy: ubrani w grube bluzy, w długich spodniach, a Hipcia do tego z czapką na głowie, gdy obok nas jakiś ojciec odprowadzający studentkę na pociąg stoi sobie w sandałach i krótkich spodenkach. Wcale nie jest ciepło. I chętnie założyłbym jeszcze kurtkę. Dobrodziejstwo nieustannego ruchu przestało grzać, zmęczone cielska nie produkują już ciepła same z siebie.
W końcu nadchodzi pora. Ten sam pociąg, którym wracaliśmy z GMRDP. Tym razem rozbijamy się od razu w części dla rowerów. Karimaty, śpiwory. Sok, Sprite, woda, piwo… większość z tego dojedzie z nami do Warszawy, bo praktycznie zaraz zapadamy w sen.
Budzik dzwoni samym rankiem. Przed nami tradycyjna Pielgrzymka Brudasa. Rankiem do domu. Drzwi tak zamknięte, jak były, bałagan zupełnie nieruszony – czyli złodziei nie było. Kąpiel. Ciepła woda. Światło. Tracona równowaga i echo głosu od ścian.
Znana droga do pracy, już lekki, śmieszny, zabawny rower. Zabawka tylko, już nie pojazd. Blokada, przypięcie roweru. Winda. Powitanie dawno nie widzianych twarzy. Łazienka. Dżinsy w irytująco luźny sposób obijają się o przyzwyczajone do obcisków kostki. Pokój. Kubek. Kuchnia. Czajnik.
Zasiadam na fotelu. Biorę ze stołu kubek pełen gorącej kawy. Biorę jeden, króciutki łyk, parząc sobie niemiłosiernie usta. Przełykam gorący napój. Zagłębiam się w fotelu.
Wzdycham i mówię: „O, kurwa!”.
Zagłębiam twarz w dłoniach. Dwadzieścia trzy dni jazdy, zapisane maczkiem w zielonym notatniku, krzyczą do mnie, uświadamiając, że całą tę podróż będę musiał odbyć jeszcze raz. Że teraz trzeba to wszystko spisać.
Bardzo przyjemna, wbrew pozorom, wycieczka śladem tej wyprawy, czeka na opisanie. Opisanie, które… które właśnie dobiegło końca. Jeśli dojechałeś tu wraz z nami, dziękuję w imieniu naszej dwójki i polecam nas na przyszłość.
Koniec.
Krótkie podsumowanie:
- dystans: 4060 km,
- przewyższenia: ponad 72000 m (8 x Mt. Everest),
- średnio: 178 km dziennie,
- trzy razy powyżej 2700 m n.p.m., w tym raz powyżej 2900 (Ötztal),
- najdłuższy podjazd trwał 7h 20 min (z przerwami) – Passo di Crocedomini. Drugim najdłuższym był Colle del Nivolet – 6:40,
- rekord prędkości: Hipcia: 76 km/h, ja: 86 km/h,
- najwyższy nocleg: 2620 m (tuż poniżej Passo di Stelvio),
- maksymalne nachylenie - 21% (na znaku podali 23%) - Turracher Höhe,
- najniższa temperatura - -2 st. C. (podjazd pod Passo Sanpellegrino, rankiem),
- przez cały wyjazd nie wypiliśmy ani nie zjedliśmy niczego ciepłego (pomijając napoje grzane w śpiworze na rano).
Piasta trzyma się wcale mocno, ale Hipcia na koniec bierze ode mnie część bagażu. Odejmijmy te dwa kilo obciążenia. Potępieńcze piski odzywają się co jakiś czas z dołu, śpiewając „Die, die my Darling”.
Robi się trochę nierówno, ale do połknięcia pozostają jedynie pojedyncze pagórki. Jak wisienka na torcie, na mojej mapie tkwi czerwona szpileczka, oznaczająca ostatnią przełęcz, którą mamy zdobyć.
Mijamy wyrysowane na drodze oznaczenia startu jakiegoś wyścigu, pewnie samochodowego, tak przynajmniej można wywnioskować z pobliskich plakatów. Zjeżdżamy do Trutnova, a później zaczynamy się wspinać. Pojawiają się pierwsze oznaki zbliżającego się końca: na drogowskazie pojawia się Jelenia Góra.
Podjazd jest bardzo łagodny. Chmury się rozstępują i na sam koniec dostajemy piękne słońce, wymuszające postój na zdjęcie ciuchów. Na poboczu zaczynają pojawiać się żele, mijają nas szosowcy, a gdy już na sam koniec wymija nas kabriolet (i to na polskich blachach), wiemy, że tradycyjna kultowość przełęczy jest utrzymana. Nawet na sam koniec dostajemy pełen zestaw.
Podjazd pod Okraj jest łagodny. Śmiejemy się do siebie, radośnie pokonując kolejne metry: maksymalnie sześć procent to – w porównaniu z poprzednimi tygodniami - prawie płasko; zdobywanie przełęczy po takim nachyleniu, to prawie jak spacer.
Droga prowadzi przez ładne, zielone łąki, pojawiają się pojedyncze domki… W końcu samochodów jest jakby więcej, pojawiają się budynki, a czerwona kropka pokrywa się ze znacznikiem na GPS-ie. Przełęcz Okraj. Rzeczpospolita Polska. Dzień dobry, witamy w domu.
Przystajemy na namiastkę sesji fotograficznej, którą ciężko jakoś zorganizować, bo każde wolne miejsce zapchane jest samochodami. Poprzestajemy więc na kilku symbolicznych zdjęciach i powoli zaczynamy turlać się w dół. Początkowo jest ciężko, bo trzeba przebić się przez chmarę samochodów, które jadą w górę, parkują, ruszają i robią niewiarygodny wręcz bałagan na wąskiej, górskiej drodze. W końcu wszystko się odtyka i ruszamy w dół. Zaskoczeni tym, że znaki ostrzegawcze są… żółte! Nigdy nie zwracaliśmy na to uwagi!
Plan został zmieniony już wczoraj: pierwotnie mieliśmy dotrzeć do Janowic Wielkich, ale uznaliśmy, że w Jeleniej będzie wygodniej znaleźć otwarty sklep i będzie gdzie czekać na pociąg. Poza tym nie chcieliśmy utknąć pośród niczego, gdy rozwali się zupełnie piasta. Akurat złożyło się przyjemnie, bo mieliśmy cały czas z górki, aż do samego miasta. Oczywiście nie mogło obyć się bez zakazu dla rowerów i wyrzucenia nas na – trzeba przyznać, dobrze wykonaną – drogę rowerową przez las.
Zagadując jeszcze po drodze jednych ludzi dojeżdżamy na dworzec. Wyglądający znajomo dworzec. Czy to nie tutaj, niecałe dwa miesiące temu, po GMRDP biegłem kupić bilety w kasie? Tak, to na pewno tu.
Kupuję bilety. Do pociągu mamy dużo czasu. Krótka wizyta w dworcowej toalecie za złotówkę za wejście pozwala się doprowadzić do stanu względnego podobieństwa do typowego przedstawiciela naszego gatunku. Szybkie telefony z informacją, że przeżyliśmy i ruszamy na miasto w poszukiwaniu jedzenia. Nie jesteśmy wybredni: Pizza Hut oferująca żarcie i dzban piwa aż nadto spełnia nasze skromne wymagania.
Pochłaniamy obie pizze w godnym naśladowania tempie, raz tylko zaczepieni przez.. niemieckich turystów, którzy byli zaciekawieni, dokąd podróżujemy. Gdy powiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami i właśnie skończyliśmy, nie kryli zdziwienia. „Żeby Polacy na rowerach? W podróż?” – zdawały się mówić ich oczy.
Dzban piwa, mieszczący w sobie dwa litry, rozlany na dwie osoby, okazał się być płynną śmiercią. Powrót na kołach nie miał prawa zaistnieć. Na dworzec dotarliśmy pieszo, robiąc jeszcze zakupy.
Usiedliśmy ciężko na dworcowej ławce. Nagle zrobiło się cicho. Droga właśnie się skończyła. „Po wszystkim, panie Frodo”. Siedzimy, zastanawiając się nad tym, dlaczego tak nagle czegoś brakuje. Siedzenie na tyłku zdecydowanie tu nie pasuje. Rowery stoją pod ścianą. Do jasnej choroby, jest za wcześnie na przerwę! Za wcześnie na nocleg! To już? Koniec? Wkładam twarz w dłonie i po raz setny dzisiaj masuję czoło. Bezruch i czekanie nie potrafią się pogodzić z trwającym ponad trzy tygodnie nieprzerwanym przesuwaniem się naprzód. Żółta nitka śladu wygasła, GPS nie kieruje dalej.
Wyciągamy aparat, przeglądamy kilka zdjęć. Powoli zbliża się godzina naszego odjazdu, na dworcu pojawia się coraz więcej ludzi. Śmiesznie wyglądamy: ubrani w grube bluzy, w długich spodniach, a Hipcia do tego z czapką na głowie, gdy obok nas jakiś ojciec odprowadzający studentkę na pociąg stoi sobie w sandałach i krótkich spodenkach. Wcale nie jest ciepło. I chętnie założyłbym jeszcze kurtkę. Dobrodziejstwo nieustannego ruchu przestało grzać, zmęczone cielska nie produkują już ciepła same z siebie.
W końcu nadchodzi pora. Ten sam pociąg, którym wracaliśmy z GMRDP. Tym razem rozbijamy się od razu w części dla rowerów. Karimaty, śpiwory. Sok, Sprite, woda, piwo… większość z tego dojedzie z nami do Warszawy, bo praktycznie zaraz zapadamy w sen.
Budzik dzwoni samym rankiem. Przed nami tradycyjna Pielgrzymka Brudasa. Rankiem do domu. Drzwi tak zamknięte, jak były, bałagan zupełnie nieruszony – czyli złodziei nie było. Kąpiel. Ciepła woda. Światło. Tracona równowaga i echo głosu od ścian.
Znana droga do pracy, już lekki, śmieszny, zabawny rower. Zabawka tylko, już nie pojazd. Blokada, przypięcie roweru. Winda. Powitanie dawno nie widzianych twarzy. Łazienka. Dżinsy w irytująco luźny sposób obijają się o przyzwyczajone do obcisków kostki. Pokój. Kubek. Kuchnia. Czajnik.
Zasiadam na fotelu. Biorę ze stołu kubek pełen gorącej kawy. Biorę jeden, króciutki łyk, parząc sobie niemiłosiernie usta. Przełykam gorący napój. Zagłębiam się w fotelu.
Wzdycham i mówię: „O, kurwa!”.
Zagłębiam twarz w dłoniach. Dwadzieścia trzy dni jazdy, zapisane maczkiem w zielonym notatniku, krzyczą do mnie, uświadamiając, że całą tę podróż będę musiał odbyć jeszcze raz. Że teraz trzeba to wszystko spisać.
Bardzo przyjemna, wbrew pozorom, wycieczka śladem tej wyprawy, czeka na opisanie. Opisanie, które… które właśnie dobiegło końca. Jeśli dojechałeś tu wraz z nami, dziękuję w imieniu naszej dwójki i polecam nas na przyszłość.
Koniec.
Krótkie podsumowanie:
- dystans: 4060 km,
- przewyższenia: ponad 72000 m (8 x Mt. Everest),
- średnio: 178 km dziennie,
- trzy razy powyżej 2700 m n.p.m., w tym raz powyżej 2900 (Ötztal),
- najdłuższy podjazd trwał 7h 20 min (z przerwami) – Passo di Crocedomini. Drugim najdłuższym był Colle del Nivolet – 6:40,
- rekord prędkości: Hipcia: 76 km/h, ja: 86 km/h,
- najwyższy nocleg: 2620 m (tuż poniżej Passo di Stelvio),
- maksymalne nachylenie - 21% (na znaku podali 23%) - Turracher Höhe,
- najniższa temperatura - -2 st. C. (podjazd pod Passo Sanpellegrino, rankiem),
- przez cały wyjazd nie wypiliśmy ani nie zjedliśmy niczego ciepłego (pomijając napoje grzane w śpiworze na rano).
- DST 112.47km
- Czas 07:14
- VAVG 15.55km/h
- Podjazdy 1491m
- Sprzęt Zenon
Sobota, 3 października 2015
Kategoria > 200 km, do czytania, sakwy
Alpy. Dzień 22
Noc była bardzo ciepła. Tak ciepła, że nawet zwykle zakutana w śpiwór Hipcia rozkopywała się w poszukiwaniu chłodu. Rankiem przywitało nas osiem stopni i zapowiedź słonecznego, przyjemnego dnia – promienie słońca przebijające się przez las. Mimo to i tak ruszyliśmy ciepło ubrani. Wbrew wszelkim pozorom, zakończone właśnie wczoraj trzy tygodnie jazdy odbijały się na nas. Najbardziej widocznym objawem było szybsze marznięcie. Hipcia jak zwykle jechała ubrana ciepło, ale w sytuacjach, w których zwykle skarżyłbym się na gorąco, jechałem w bluzie, szczelnie zapięty pod samą szyję.
Las opuściliśmy wygodną, leśną drogą, na której zresztą byliśmy do tej pory rozbici. Do granicy z Czechami pozostało około czterdziestu kilometrów, które bardzo szybko nam minęły na szerokiej, pagórkowatej drodze. Przed nami rozpościerała się szeroka panorama pól i łąk.
Na granicy już z daleka można było zauważyć spory napis „Wohin werschwinden die Grenzen?”, co roboczo i wcale wiernie przetłumaczyłem sobie na „Kto podpierniczył granicę?”. Przejechaliśmy pomiędzy resztkami starych budek na granicy i wjechaliśmy do Republiki Czeskiej.
Początek przez Czechy to niekończące się pagórki. Bujamy się w okolicach pięciuset metrów powyżej poziomu morza: to w górę, to w dół. To między łąki, to między drzewa. Dookoła nikogo: boczna droga początkowo prowadziła przez miasteczka, by później wjechać między małe wioski.
Na jednym z przystanków orientuję się, że piasta dość znacząco się poluźniła. Pewnie, gdybym miał czym, próbowałbym jej pomóc, ale towarzyszyło mi dziwne uczucie mówiące, że co najwyżej dowiedziałbym się wtedy, że jesteśmy w ciemnym miejscu. Zresztą… nigdy nie rozkręcałem tylnej piasty. Poza tym pośrodku tych wiosek mógłbym co najwyżej dostać koło od wozu drabiniastego.
Przejeżdamy obok miasta Dačice. Wydaje mi się być małym miastem, więc nawet nie próbuję szukać tam serwisu. Zresztą jest sobota. I nie spodziewam się, żeby w małych miasteczkach był dostęp do serwisów.
Droga prowadzi boczną dróżką w lasy, w których trafiamy nawet na kilka dziesięcioprocentowych, krótkich ścianek. W końcu wyjeżdżamy z lasów i wypadamy na krajówkę. Wiatr nie ma się już na czym zatrzymać, ale wcale nam to nie przeszkadza, bo pomaga, ile może.
Pierwszą większą miejscowością jest Jihlava. Z daleka (na mapie) widać, że jest to duża miejscowość. Już na wjeździe, na widok stojącego na poboczu patrolu policji, zarządzam przystanek i podbiegam zapytać o sklep. No… może będzie. W centrum miasta jest duża galeria handlowa. Namierzam ją na GPS-ie i po chwili już mkniemy w jej kierunku.
Znalazła się. Hipcia zostaje przy rowerach: skulony, mały obdartus siedzący przy brudnych rowerach, wprost na schodach galerii wyglądał tak smętnie w tłumie elegancko ubranych ludzi, że aż zrobiło mi się przykro. A smutniej się jeszcze zrobiło, gdy dowiedziałem się, że siedziała na widoku ludzi z restauracji. Dobrze, że nie mieliśmy polskiej flagi.
Przebiegłem się dookoła galerii. Wszystkie galerie handlowe muszą być budowane według tego samego szablonu. Nie widząc czeskich napisów, czułem się jak w Polsce – nawet sklepy były te same. W końcu trafiłem do sklepu rowerowego. Tam udało się nam przekroczyć barierę językową – ja znałem polski i angielski, a sprzedawca tylko czeski, ale ustaliliśmy jedno: ani serwisu, ani kół nie mają.
No to musi wytrzymać. W końcu niedaleko.
Opuszczamy miasto. Przed nami jeszcze kilka hopsków w zachodzącym słońcu, a potem można krzyczeć, wyć i zagłuszać szum wiatru, gdy bez pedałowania lecimy powyżej 60 km/h na zjazdach.
Zakupy same się nie zrobią. Już z daleka upatrzona miejscowość Čáslav zaprasza do przejechania przez jej centrum. Zawijamy pod ścianę: menel numer jeden, ten mniejszy, idzie na zakupy, chichrając się na myśl o tym, czy ktoś ją wyrzuci z tego sklepu, a menel numer dwa pozbywa się z sakw niepotrzebnych śmieci, robi notatki, przygotowuje ubranie, po raz setny wertuje GPS-a ustalając, ile kilometrów jeszcze do celu (i czy ta cholerna piasta wytrzyma, czy nie) i obserwuje tubylców, jak korzystając z soboty tłumnie udają się do pobliskich sklepów.
Po raz trzeci z rzędu robimy zakupy o tej godzinie: słońce powoli chyli się ku zachodowi i sugeruje, ze za chwilę przestanie już grzać. I mimo że jest ciepło, doskonale wiem, że cieplejsze ciuchy wcale nie zaszkodzą, bo cieplej już dzisiaj nie będzie.
W końcu Hipcia wraca obładowana siatami ze zbawienną, papierową torbą, w której niczym pisklęta w gnieździe, równie troskliwie ułożone leżą pączki. Przepyszne, słodkie, brudzące wszystko pączki.
Jedzenie: odfajkowane; energetyk: wypity; zakupy: spakowane; motywacja: jak zawsze wysoka; Polska: bardzo blisko. Naprzód!
Za Čáslavem kończy się zjazd i wszystko się wypłaszcza. Zmrok zapada, zostawiając nas w ciemności bardzo znajomo wyglądających terenów: prawie jak w Polsce: oświetleni rowerzyści, podobna zabudowa, podobne wioski.
Pokonując jeden zalesiony pagórek wjeżdżamy do doliny rzeczki Cidlina. Chlumec nad Cilidnou jest prawie zaspany – wyjąwszy olbrzymie grupy młodzieży ubranych jak na bal: w suknie i garnitury. Wzrok przechodniów ślizga się po nas obojętnie, jakby dwójka sakwiarzy jadących wczesną jesienią, w nocy, była czymś tak zwykłym, jak taksówka w centrum miasta.
Warto o tym wspomnieć, że przez całe Czechy przejechaliśmy nie napotykając nawet pojedynczego zakazu dla rowerów. Boczne dróżki tym bardziej nie mają zakazów i nie zachęcają do jazdy niedorzecznymi, nierównymi, wybudowanymi w szczerym polu dróżkami rowerowymi.
Im później, tym na drodze był mniejszy ruch. W niektórych miejscach jechaliśmy zupełnie sami, pomiędzy polami napotykając tylko… pojedynczych rowerzystów. Zwykły, tranzytowy ruch pomiędzy miejscowościami.
Na nocleg decydujemy się całkiem szybko. Jesteśmy już tak blisko Polski, że nie ma co specjalnie jechać do północy i na następny dzień zostawiać sobie marnych kilkudziesięciu kilometrów. Niech przynajmniej sto będzie, zakończmy tę walkę tak samo honorowo, jak honorowo ją ciągnęliśmy.
Zaszywamy się w lesie. Jest równo, pachnie wilgocią i igliwiem. Mamy dużo czas na kolację, robienie notatek i raczenie się czeskim piwem. Nagle wcale nie chce się kończyć wyjazdu. Słowo „ostatni” wbija się głęboko w ucho. Wjechać do Polski, znaleźć otwarty sklep, albo w inny sposób skombinować nowe koło i ruszyć dalej, gdziekolwiek, byle „ostatni” przestał być ostatnim. Nagle mój plan na poniedziałek, na ten cholerny pierwszy poniedziałek po wyprawie, który tkwił tam gdzieś na horyzoncie, a nagle jest już pojutrze, brzmi śmiesznie. Prosty plan, że przyjdę do pracy, zrobię sobie kawę, wezmę gorący łyk, parząc sobie usta, po czym rozsiądę się wygodnie w fotelu i powiem „O, kurwa!”, zaczął brzmieć wręcz infantylnie. Ale po czym mam się rozsiadać na fotelu? Czy jak już usiądę, to powinienem się cieszyć, czy z nostalgią patrzeć przed siebie?
Nie wiedziałem, że to piwo było aż tak mocne. Śpijmy, nikt nie woła.
Las opuściliśmy wygodną, leśną drogą, na której zresztą byliśmy do tej pory rozbici. Do granicy z Czechami pozostało około czterdziestu kilometrów, które bardzo szybko nam minęły na szerokiej, pagórkowatej drodze. Przed nami rozpościerała się szeroka panorama pól i łąk.
Na granicy już z daleka można było zauważyć spory napis „Wohin werschwinden die Grenzen?”, co roboczo i wcale wiernie przetłumaczyłem sobie na „Kto podpierniczył granicę?”. Przejechaliśmy pomiędzy resztkami starych budek na granicy i wjechaliśmy do Republiki Czeskiej.
Początek przez Czechy to niekończące się pagórki. Bujamy się w okolicach pięciuset metrów powyżej poziomu morza: to w górę, to w dół. To między łąki, to między drzewa. Dookoła nikogo: boczna droga początkowo prowadziła przez miasteczka, by później wjechać między małe wioski.
Na jednym z przystanków orientuję się, że piasta dość znacząco się poluźniła. Pewnie, gdybym miał czym, próbowałbym jej pomóc, ale towarzyszyło mi dziwne uczucie mówiące, że co najwyżej dowiedziałbym się wtedy, że jesteśmy w ciemnym miejscu. Zresztą… nigdy nie rozkręcałem tylnej piasty. Poza tym pośrodku tych wiosek mógłbym co najwyżej dostać koło od wozu drabiniastego.
Przejeżdamy obok miasta Dačice. Wydaje mi się być małym miastem, więc nawet nie próbuję szukać tam serwisu. Zresztą jest sobota. I nie spodziewam się, żeby w małych miasteczkach był dostęp do serwisów.
Droga prowadzi boczną dróżką w lasy, w których trafiamy nawet na kilka dziesięcioprocentowych, krótkich ścianek. W końcu wyjeżdżamy z lasów i wypadamy na krajówkę. Wiatr nie ma się już na czym zatrzymać, ale wcale nam to nie przeszkadza, bo pomaga, ile może.
Pierwszą większą miejscowością jest Jihlava. Z daleka (na mapie) widać, że jest to duża miejscowość. Już na wjeździe, na widok stojącego na poboczu patrolu policji, zarządzam przystanek i podbiegam zapytać o sklep. No… może będzie. W centrum miasta jest duża galeria handlowa. Namierzam ją na GPS-ie i po chwili już mkniemy w jej kierunku.
Znalazła się. Hipcia zostaje przy rowerach: skulony, mały obdartus siedzący przy brudnych rowerach, wprost na schodach galerii wyglądał tak smętnie w tłumie elegancko ubranych ludzi, że aż zrobiło mi się przykro. A smutniej się jeszcze zrobiło, gdy dowiedziałem się, że siedziała na widoku ludzi z restauracji. Dobrze, że nie mieliśmy polskiej flagi.
Przebiegłem się dookoła galerii. Wszystkie galerie handlowe muszą być budowane według tego samego szablonu. Nie widząc czeskich napisów, czułem się jak w Polsce – nawet sklepy były te same. W końcu trafiłem do sklepu rowerowego. Tam udało się nam przekroczyć barierę językową – ja znałem polski i angielski, a sprzedawca tylko czeski, ale ustaliliśmy jedno: ani serwisu, ani kół nie mają.
No to musi wytrzymać. W końcu niedaleko.
Opuszczamy miasto. Przed nami jeszcze kilka hopsków w zachodzącym słońcu, a potem można krzyczeć, wyć i zagłuszać szum wiatru, gdy bez pedałowania lecimy powyżej 60 km/h na zjazdach.
Zakupy same się nie zrobią. Już z daleka upatrzona miejscowość Čáslav zaprasza do przejechania przez jej centrum. Zawijamy pod ścianę: menel numer jeden, ten mniejszy, idzie na zakupy, chichrając się na myśl o tym, czy ktoś ją wyrzuci z tego sklepu, a menel numer dwa pozbywa się z sakw niepotrzebnych śmieci, robi notatki, przygotowuje ubranie, po raz setny wertuje GPS-a ustalając, ile kilometrów jeszcze do celu (i czy ta cholerna piasta wytrzyma, czy nie) i obserwuje tubylców, jak korzystając z soboty tłumnie udają się do pobliskich sklepów.
Po raz trzeci z rzędu robimy zakupy o tej godzinie: słońce powoli chyli się ku zachodowi i sugeruje, ze za chwilę przestanie już grzać. I mimo że jest ciepło, doskonale wiem, że cieplejsze ciuchy wcale nie zaszkodzą, bo cieplej już dzisiaj nie będzie.
W końcu Hipcia wraca obładowana siatami ze zbawienną, papierową torbą, w której niczym pisklęta w gnieździe, równie troskliwie ułożone leżą pączki. Przepyszne, słodkie, brudzące wszystko pączki.
Jedzenie: odfajkowane; energetyk: wypity; zakupy: spakowane; motywacja: jak zawsze wysoka; Polska: bardzo blisko. Naprzód!
Za Čáslavem kończy się zjazd i wszystko się wypłaszcza. Zmrok zapada, zostawiając nas w ciemności bardzo znajomo wyglądających terenów: prawie jak w Polsce: oświetleni rowerzyści, podobna zabudowa, podobne wioski.
Pokonując jeden zalesiony pagórek wjeżdżamy do doliny rzeczki Cidlina. Chlumec nad Cilidnou jest prawie zaspany – wyjąwszy olbrzymie grupy młodzieży ubranych jak na bal: w suknie i garnitury. Wzrok przechodniów ślizga się po nas obojętnie, jakby dwójka sakwiarzy jadących wczesną jesienią, w nocy, była czymś tak zwykłym, jak taksówka w centrum miasta.
Warto o tym wspomnieć, że przez całe Czechy przejechaliśmy nie napotykając nawet pojedynczego zakazu dla rowerów. Boczne dróżki tym bardziej nie mają zakazów i nie zachęcają do jazdy niedorzecznymi, nierównymi, wybudowanymi w szczerym polu dróżkami rowerowymi.
Im później, tym na drodze był mniejszy ruch. W niektórych miejscach jechaliśmy zupełnie sami, pomiędzy polami napotykając tylko… pojedynczych rowerzystów. Zwykły, tranzytowy ruch pomiędzy miejscowościami.
Na nocleg decydujemy się całkiem szybko. Jesteśmy już tak blisko Polski, że nie ma co specjalnie jechać do północy i na następny dzień zostawiać sobie marnych kilkudziesięciu kilometrów. Niech przynajmniej sto będzie, zakończmy tę walkę tak samo honorowo, jak honorowo ją ciągnęliśmy.
Zaszywamy się w lesie. Jest równo, pachnie wilgocią i igliwiem. Mamy dużo czas na kolację, robienie notatek i raczenie się czeskim piwem. Nagle wcale nie chce się kończyć wyjazdu. Słowo „ostatni” wbija się głęboko w ucho. Wjechać do Polski, znaleźć otwarty sklep, albo w inny sposób skombinować nowe koło i ruszyć dalej, gdziekolwiek, byle „ostatni” przestał być ostatnim. Nagle mój plan na poniedziałek, na ten cholerny pierwszy poniedziałek po wyprawie, który tkwił tam gdzieś na horyzoncie, a nagle jest już pojutrze, brzmi śmiesznie. Prosty plan, że przyjdę do pracy, zrobię sobie kawę, wezmę gorący łyk, parząc sobie usta, po czym rozsiądę się wygodnie w fotelu i powiem „O, kurwa!”, zaczął brzmieć wręcz infantylnie. Ale po czym mam się rozsiadać na fotelu? Czy jak już usiądę, to powinienem się cieszyć, czy z nostalgią patrzeć przed siebie?
Nie wiedziałem, że to piwo było aż tak mocne. Śpijmy, nikt nie woła.
- DST 219.53km
- Czas 11:57
- VAVG 18.37km/h
- Podjazdy 2124m
- Sprzęt Zenon


















