Czwartek, 4 czerwca 2015
Kategoria > 300km, do czytania, zaliczając gminy
Warka - Rzeszów
Pobudka!
Znowu rano, ale nie morderczo wcześnie. Pierwszy raz w życiu KM-ką. Pierwszy raz poznaliśmy od środka stacje Warszawa Aleje Jerozolimskie i kolejne. I po dłuższej przejażdżce wysiedliśmy sobie w Warce.
Pierwsze kilometry spędziliśmy na różnych wioskach i różnym asfalcie, zaliczając jedną dziurę w okolicy Radomia. Chwilę później ujrzałem z daleka znajomy kontur... "Jeśli tam jest napisane "Marianów"...". Było. To był przystanek, na którym zatrzymaliśmy się podczas naszej pierwszej trzysetki, zresztą również do Rzeszowa. Tym razem nie zamierzaliśmy aż tak często przystawać.
Robiło się coraz słoneczniej, w Jedlni-Letnisko trafiliśmy na objazd i chwilę przymusowego oczekiwania na przejeździe kolejowym, potem wyjechaliśmy na krajówkę i tłukliśmy kilkanaście kilometrów na wschód we wcale niemałym ruchu. W końcu jednak odbiliśmy na bok - kierunek Kazanów. Podobało mi się, nie powiem, za chwilę spotkaliśmy grupę ludzi, którzy śpiewali i rzucali nam kwiatki pod koła. Miłe to, czyżby wiedzieli, że będziemy w okolicy?
Temperatura powoli się rozkręcała. Pierwszy przystanek robimy w Siennie, po jakichś 130 km. Kupujemy masę picia, kupiłem tez colę, którą tak sobie nalewałem do bidonu, że ten przewrócił się i połowa poooooooszła.
Kawałek dalej wjechaliśmy w Świętokrzyskie, po drodze mijajac drugą procesję, ta przynajmniej dała się wyprzedzić i nie wymusiła zsiadania z roweru.
Dość szybko wypadł nam kolejny postój - zmieniliśmy Hipci siodełko na drugie, które wiozłem w torbie. Przy okazji uznaliśmy, ze może to jest właściwy moment, by posmarować się kremem. Za późno...
Przecięliśmy Bałtów, na szczęście przez tę mniej turystyczną stronę i kolejnymi bocznymi, pięknymi drogami dotarliśmy do Ćmielowa, skąd czekała nas bardzo długa prosta aż do Zawichostu. Jechało się bardzo przyjemnie, pęd powietrza chłodził palące się przedramiona i mogliśmy udawać, że nic nikogo nie boli.
Przecięliśmy Zawichost i pomknęliśmy na Dwikozy, za którymi czekał nas, oczywiście, całkiem wysoki podjazd do Sandomierza. Tam też, na wylotówce, robimy sobie przerwę na Orlenie. Lody. Picie. Siku. Standard.
Za Sandomierzem wita nas krajówka, szeroka, z ładnym poboczem, którą ciśniemy w kierunku Stalowej Woli. Ale tak dobrze nie ma - szybko odbijamy w boczną drogę, gdzie asfalt nieco się psuje, za to ruch wyraźnie się zmniejsza. Powoli nadeszła najładniejsza pora dnia - słońce powoli chyliło się ku zachodowi, nikomu się nie spieszy (a mimo to jedziemy przecież całkiem szybko); w Grębowie wskakujemy na elegancką, nowiutką drogę wojewódzką, z szerokim poboczem.
Im bliżej końca dnia, tym więcej rowerzystow wylega na drogi. Problem pojawia się we wszystkich małych wioskach, bo towarzystwo nawet nie usiłuje zerknąć za siebie, tylko w lewo skręca na słuch - cicho, to znaczy, że nic nie jedzie.
O, minęliśmy Stalową Wolę! Przeleciawszy przez Nisko dojechaliśmy do miejscowości Jeżowe, gdzie znowu skręciliśmy, by nachapać się gmin. Raniżów... o, to już całkiem blisko. Paskudnymi asfaltami przecinamy Sokołów Małopolski, po liczbie szosowców stwierdzając, że zbliżamy się do Rzeszowa. Powoli coraz więcej znajomych miejscowości na mijanych drogowskazach...
W Łańcucie postój na włączenie świateł i ostatnia prosta. Tędy jeździłem w weekendy do rodziny na wieś. Wtedy to było tak daleko. Teraz? Trzy podjazdy i już? To już? Tyle?
Na zjeździe z Pobitna wykręcamy coś pod 50 km/h i przez miasto, spokojnie, wyprzedzając plan o jakieś dwie godziny, docieramy do miejsca przeznaczenia.
A nocować mieliśmy w domu teściów, których na szczęście nie było w domu, dzięki czemu mogliśmy i zjeść pizzę, i napić się piwa, i nie odpowiadać na dziwne pytania, i nie reagować na próby reanimacji po TAKIM WYSIŁKU. No i mogliśmy następnego dnia rano po prostu wyjechać - bo gdyby byli to i tak ranny start by nie wyszedł, a to i moich rodziców chciałbym odwiedzić. A tak to można było spokojnie, incognito, przelecieć przez Rzeszów.
Podsumowanie strat wyszło nawet, nawet: spalone przedramiona, spalone uda, gdzieś tam na łydce... będziemy żyli.
Znowu rano, ale nie morderczo wcześnie. Pierwszy raz w życiu KM-ką. Pierwszy raz poznaliśmy od środka stacje Warszawa Aleje Jerozolimskie i kolejne. I po dłuższej przejażdżce wysiedliśmy sobie w Warce.
Pierwsze kilometry spędziliśmy na różnych wioskach i różnym asfalcie, zaliczając jedną dziurę w okolicy Radomia. Chwilę później ujrzałem z daleka znajomy kontur... "Jeśli tam jest napisane "Marianów"...". Było. To był przystanek, na którym zatrzymaliśmy się podczas naszej pierwszej trzysetki, zresztą również do Rzeszowa. Tym razem nie zamierzaliśmy aż tak często przystawać.
Robiło się coraz słoneczniej, w Jedlni-Letnisko trafiliśmy na objazd i chwilę przymusowego oczekiwania na przejeździe kolejowym, potem wyjechaliśmy na krajówkę i tłukliśmy kilkanaście kilometrów na wschód we wcale niemałym ruchu. W końcu jednak odbiliśmy na bok - kierunek Kazanów. Podobało mi się, nie powiem, za chwilę spotkaliśmy grupę ludzi, którzy śpiewali i rzucali nam kwiatki pod koła. Miłe to, czyżby wiedzieli, że będziemy w okolicy?
Temperatura powoli się rozkręcała. Pierwszy przystanek robimy w Siennie, po jakichś 130 km. Kupujemy masę picia, kupiłem tez colę, którą tak sobie nalewałem do bidonu, że ten przewrócił się i połowa poooooooszła.
Kawałek dalej wjechaliśmy w Świętokrzyskie, po drodze mijajac drugą procesję, ta przynajmniej dała się wyprzedzić i nie wymusiła zsiadania z roweru.
Dość szybko wypadł nam kolejny postój - zmieniliśmy Hipci siodełko na drugie, które wiozłem w torbie. Przy okazji uznaliśmy, ze może to jest właściwy moment, by posmarować się kremem. Za późno...
Przecięliśmy Bałtów, na szczęście przez tę mniej turystyczną stronę i kolejnymi bocznymi, pięknymi drogami dotarliśmy do Ćmielowa, skąd czekała nas bardzo długa prosta aż do Zawichostu. Jechało się bardzo przyjemnie, pęd powietrza chłodził palące się przedramiona i mogliśmy udawać, że nic nikogo nie boli.
Przecięliśmy Zawichost i pomknęliśmy na Dwikozy, za którymi czekał nas, oczywiście, całkiem wysoki podjazd do Sandomierza. Tam też, na wylotówce, robimy sobie przerwę na Orlenie. Lody. Picie. Siku. Standard.
Za Sandomierzem wita nas krajówka, szeroka, z ładnym poboczem, którą ciśniemy w kierunku Stalowej Woli. Ale tak dobrze nie ma - szybko odbijamy w boczną drogę, gdzie asfalt nieco się psuje, za to ruch wyraźnie się zmniejsza. Powoli nadeszła najładniejsza pora dnia - słońce powoli chyliło się ku zachodowi, nikomu się nie spieszy (a mimo to jedziemy przecież całkiem szybko); w Grębowie wskakujemy na elegancką, nowiutką drogę wojewódzką, z szerokim poboczem.
Im bliżej końca dnia, tym więcej rowerzystow wylega na drogi. Problem pojawia się we wszystkich małych wioskach, bo towarzystwo nawet nie usiłuje zerknąć za siebie, tylko w lewo skręca na słuch - cicho, to znaczy, że nic nie jedzie.
O, minęliśmy Stalową Wolę! Przeleciawszy przez Nisko dojechaliśmy do miejscowości Jeżowe, gdzie znowu skręciliśmy, by nachapać się gmin. Raniżów... o, to już całkiem blisko. Paskudnymi asfaltami przecinamy Sokołów Małopolski, po liczbie szosowców stwierdzając, że zbliżamy się do Rzeszowa. Powoli coraz więcej znajomych miejscowości na mijanych drogowskazach...
W Łańcucie postój na włączenie świateł i ostatnia prosta. Tędy jeździłem w weekendy do rodziny na wieś. Wtedy to było tak daleko. Teraz? Trzy podjazdy i już? To już? Tyle?
Na zjeździe z Pobitna wykręcamy coś pod 50 km/h i przez miasto, spokojnie, wyprzedzając plan o jakieś dwie godziny, docieramy do miejsca przeznaczenia.
A nocować mieliśmy w domu teściów, których na szczęście nie było w domu, dzięki czemu mogliśmy i zjeść pizzę, i napić się piwa, i nie odpowiadać na dziwne pytania, i nie reagować na próby reanimacji po TAKIM WYSIŁKU. No i mogliśmy następnego dnia rano po prostu wyjechać - bo gdyby byli to i tak ranny start by nie wyszedł, a to i moich rodziców chciałbym odwiedzić. A tak to można było spokojnie, incognito, przelecieć przez Rzeszów.
Podsumowanie strat wyszło nawet, nawet: spalone przedramiona, spalone uda, gdzieś tam na łydce... będziemy żyli.
- DST 373.64km
- Czas 12:48
- VAVG 29.19km/h
- Sprzęt Stefan
Środa, 3 czerwca 2015
Kategoria transport
Do domu przed długim weekendem
- DST 23.28km
- Czas 01:00
- VAVG 23.28km/h
- Sprzęt Zenon
Środa, 3 czerwca 2015
Kategoria do czytania, transport
Zaczyna się
Wychodzę z pracy - gorącem w twarz.
Wychodzę z domu - gorącem w twarz.
Wychodzę z domu - gorącem w twarz.
- DST 19.60km
- Czas 00:51
- VAVG 23.06km/h
- Sprzęt Zenon
Wtorek, 2 czerwca 2015
Kategoria do czytania, transport
Odrobinę godności przy wyprzedzaniu!
Jak wyprzedzasz z jakimiś 35 km/h, to przynajmniej utrzymaj to, a nie wiś pięćdziesiąt metrów z przodu i pozwalaj się doganiać... No ale tak, tak, wyprzedziłeś, wygrałeś, możesz mnie wieźć na kole.
- DST 27.75km
- Czas 01:13
- VAVG 22.81km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 1 czerwca 2015
Kategoria do czytania, transport
Znowu na bieżąco
No, udało się. Uff.
To może coś więcej? O, wiem. Dzisiaj rano jechało mi się średnio, bo nogi miały dość po wczorajszej walce z wiatrem. Na szczęście najpierw sobie upolowałem dogoniłem niewolnika, a potem nakazałem mu wieźć się na kole. Jakiś taki dziwny był, niby duży, a więc i silny, a jednak co chwilę odpoczywał, ale niewolnik to niewolnik. I dowiózł posłusznie aż do Popularnej.
To może coś więcej? O, wiem. Dzisiaj rano jechało mi się średnio, bo nogi miały dość po wczorajszej walce z wiatrem. Na szczęście najpierw sobie upolowałem dogoniłem niewolnika, a potem nakazałem mu wieźć się na kole. Jakiś taki dziwny był, niby duży, a więc i silny, a jednak co chwilę odpoczywał, ale niewolnik to niewolnik. I dowiózł posłusznie aż do Popularnej.
- DST 7.87km
- Czas 00:20
- VAVG 23.61km/h
- Sprzęt Zenon
Niedziela, 31 maja 2015
Kategoria > 200 km, do czytania, zaliczając gminy
Wietrzne gminobranie
Bardzo luźnym planem na spokojny wyjazd były okolice Włocławka. Od dawna zaplanowana trasa miała "tylko" 170 km, więc Hipcia postanowiła ją nieco podrasować. Okazja była zacna, bo trzeba było przetestować nowiutkie, dopiero co zrobione na wyścig koła i modyfikacje w ustawieniu roweru Hipci.
Które to koła idą dzisiaj do centrowania. Bo polecani w internecie i na szosa.org "spece" odstawili taką fuszerkę, że brak mi na to słów. Mniejsza, że przez półtora miesiąca przypominania się nie potrafili skończyć roboty (pierwotnie powiedziałem, że mi się nie spieszy, potem zacząłem jednak się dopominać, skończyło się to tym, że dzwoniłem co dwa dni i np. w poniedziałek umawiałem się na środę, by dowiedzieć się, że wszystkie koła będą do odebrania na piątek, a gdy w piątek zajeżdżam, okazuje się, że zrobili dwa z czterech), gorzej, że odebrałem koła już lekko bijące, które to bicie jeszcze się zwiększyło po przejażdżce. Tak że gdyby ktoś miał ochotę centrować koła na Wybrzeżu Gdyńskim (numer dwa, teren klubu sportowego, celowo nie podaję nazwy sklepu), to serdecznie odradzam.
Wracając do naszego wyjazdu: wstaliśmy sobie dość późno rano, by na 9:12 stawić się na DZ i po dwóch godzinach wysiąść we Włocławku. Zaczęliśmy od razu po DDR, nawet przyjemnej, zrobionej z (jeszcze) równej kostki. Po chwili wbiliśmy na trasę BBT; dziwne, wtedy nawet nie zwracaliśmy uwagi na zakazy, a teraz tłukliśmy się DDR-ką. Tłukł się też wiatr i głupiejący przezeń pulsometr, wskazujący momentami tętno ok. 200. A myślałem, że pulsometry Polara sa wolne od tej przywary...
DDR skończyła się bardzo boleśnie - chodnikiem i koniecznością noszenia roweru po schodach by wsiąść na jezdnię. Slońce przygrzewało, wiatr katował, pulsometr głupiał. Z trasą BBT (i przyzwoitym asfaltem) pożegnaliśmy się przy skręcie na Nieszawę, skąd (ciągle z przeszkadzającym wiatrem) pchnęliśmy się do Aleksandrowa Kujawskiego, który był najbardziej wysuniętą gminą. Od tego miejsca już wszystkie drogi prowadziły do domu, bardziej wojewódzkimi drogami, ale też nie brakło kilku mniejszych dróżek. W sumie zrobiliśmy dwa "robocze" przystanki na regulację pozycji siodełka.
Przez Brześć Kujawski przejechaliśmy krajówką. Minęło 90 km, a nadal nie było żadnej stacji i, co gorsza, przypuszczałem, że być może takowej nie znajdziemy. Po dłuższej chwili walki z wiatrem (i TIR-ami) na DW265 nagle objawił się znak o stacji za 5 km. Hipcię bolały plecy, więc byłem bliski nawet decyzji o zatrzymaniu się na Lukoilu. Jednak nie, nastąpiło coś innego. To było jak zobaczenie boga. ORLEN! Pośrodku niczego. Z jednej strony las, z drugiej pola. I tylko on. On!
Tak się tym ucieszyliśmy, że balowaliśmy tam całe pół godziny, najpierw na zapiekance, potem na lodach jeszcze. W końcu trzeba było ruszyć. Kolejna, trzecia już korekta siodełka i jadziem dalej. W Gostyninie poprawka hamulca (obcierało cudownie nacentrowane koło) i powoli, powoli w kierunku kolejnego spotkania z trasą BBT. A spotkanie nastąpiło w Sannikach, skąd odbiliśmy w stronę Wisły.
Nagle zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dookoła jest podejrzanie cicho. Wiatr już nie próbował nas zamordować, po prostu sobie wiał. Pogorszył się za to asfalt, do tego stopnia, że zacząłem rozważać jazdę przez Wyszogród (z zeszłorocznego wyjazdu pamiętalem jakość asfaltu na drodze 575 na Kazuń). Hipcia jednak postanowiła jechać dalej zgodnie z planem. Faktycznie, w dzień asfalt był kiepski, ale bardziej znośny.
W Małej Wsi przy Drodze robimy przerwę w maleńkim sklepiku, uzupełnienie picia i ubranie się, bo temperatura spadla już do 12 stopni. Po chwili pełniutki bidon Hipci na jakimś wyboju wypada i ląduje w krzakach, urywa się w nim ustnik. No ale akurat picie już było średnio potrzebne. W okolicach Kazunia objazd. Postanawiamy spróbować. Razem z nami samochód, który po chwili zawraca. I jeszcze jeden. Ha! Oto wyższość roweru nad samochodem. Wobec braku mostu przeszliśmy kładką dla robotników. A auta? O, własnie zawraca trzecie!
Końcówka to do bólu zjeżdżona trasa przez Łomianki. W domu meldujemy się o 22:34, akurat, żeby zdążyć do Żabki po lody.
A nowych gmin dwanaście wpadło. I przekroczyliśmy już 900 zebranych!
Które to koła idą dzisiaj do centrowania. Bo polecani w internecie i na szosa.org "spece" odstawili taką fuszerkę, że brak mi na to słów. Mniejsza, że przez półtora miesiąca przypominania się nie potrafili skończyć roboty (pierwotnie powiedziałem, że mi się nie spieszy, potem zacząłem jednak się dopominać, skończyło się to tym, że dzwoniłem co dwa dni i np. w poniedziałek umawiałem się na środę, by dowiedzieć się, że wszystkie koła będą do odebrania na piątek, a gdy w piątek zajeżdżam, okazuje się, że zrobili dwa z czterech), gorzej, że odebrałem koła już lekko bijące, które to bicie jeszcze się zwiększyło po przejażdżce. Tak że gdyby ktoś miał ochotę centrować koła na Wybrzeżu Gdyńskim (numer dwa, teren klubu sportowego, celowo nie podaję nazwy sklepu), to serdecznie odradzam.
Wracając do naszego wyjazdu: wstaliśmy sobie dość późno rano, by na 9:12 stawić się na DZ i po dwóch godzinach wysiąść we Włocławku. Zaczęliśmy od razu po DDR, nawet przyjemnej, zrobionej z (jeszcze) równej kostki. Po chwili wbiliśmy na trasę BBT; dziwne, wtedy nawet nie zwracaliśmy uwagi na zakazy, a teraz tłukliśmy się DDR-ką. Tłukł się też wiatr i głupiejący przezeń pulsometr, wskazujący momentami tętno ok. 200. A myślałem, że pulsometry Polara sa wolne od tej przywary...
DDR skończyła się bardzo boleśnie - chodnikiem i koniecznością noszenia roweru po schodach by wsiąść na jezdnię. Slońce przygrzewało, wiatr katował, pulsometr głupiał. Z trasą BBT (i przyzwoitym asfaltem) pożegnaliśmy się przy skręcie na Nieszawę, skąd (ciągle z przeszkadzającym wiatrem) pchnęliśmy się do Aleksandrowa Kujawskiego, który był najbardziej wysuniętą gminą. Od tego miejsca już wszystkie drogi prowadziły do domu, bardziej wojewódzkimi drogami, ale też nie brakło kilku mniejszych dróżek. W sumie zrobiliśmy dwa "robocze" przystanki na regulację pozycji siodełka.
Przez Brześć Kujawski przejechaliśmy krajówką. Minęło 90 km, a nadal nie było żadnej stacji i, co gorsza, przypuszczałem, że być może takowej nie znajdziemy. Po dłuższej chwili walki z wiatrem (i TIR-ami) na DW265 nagle objawił się znak o stacji za 5 km. Hipcię bolały plecy, więc byłem bliski nawet decyzji o zatrzymaniu się na Lukoilu. Jednak nie, nastąpiło coś innego. To było jak zobaczenie boga. ORLEN! Pośrodku niczego. Z jednej strony las, z drugiej pola. I tylko on. On!
Tak się tym ucieszyliśmy, że balowaliśmy tam całe pół godziny, najpierw na zapiekance, potem na lodach jeszcze. W końcu trzeba było ruszyć. Kolejna, trzecia już korekta siodełka i jadziem dalej. W Gostyninie poprawka hamulca (obcierało cudownie nacentrowane koło) i powoli, powoli w kierunku kolejnego spotkania z trasą BBT. A spotkanie nastąpiło w Sannikach, skąd odbiliśmy w stronę Wisły.
Nagle zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dookoła jest podejrzanie cicho. Wiatr już nie próbował nas zamordować, po prostu sobie wiał. Pogorszył się za to asfalt, do tego stopnia, że zacząłem rozważać jazdę przez Wyszogród (z zeszłorocznego wyjazdu pamiętalem jakość asfaltu na drodze 575 na Kazuń). Hipcia jednak postanowiła jechać dalej zgodnie z planem. Faktycznie, w dzień asfalt był kiepski, ale bardziej znośny.
W Małej Wsi przy Drodze robimy przerwę w maleńkim sklepiku, uzupełnienie picia i ubranie się, bo temperatura spadla już do 12 stopni. Po chwili pełniutki bidon Hipci na jakimś wyboju wypada i ląduje w krzakach, urywa się w nim ustnik. No ale akurat picie już było średnio potrzebne. W okolicach Kazunia objazd. Postanawiamy spróbować. Razem z nami samochód, który po chwili zawraca. I jeszcze jeden. Ha! Oto wyższość roweru nad samochodem. Wobec braku mostu przeszliśmy kładką dla robotników. A auta? O, własnie zawraca trzecie!
Końcówka to do bólu zjeżdżona trasa przez Łomianki. W domu meldujemy się o 22:34, akurat, żeby zdążyć do Żabki po lody.
A nowych gmin dwanaście wpadło. I przekroczyliśmy już 900 zebranych!
- DST 275.04km
- Czas 10:13
- VAVG 26.92km/h
- Sprzęt Stefan
Piątek, 29 maja 2015
Kategoria do czytania, transport
Na paragonie zapisano...
...przebieg z końcowki tygodnia. Zbiorówka z trzech dni chyba.
- DST 68.33km
- Czas 03:15
- VAVG 21.02km/h
- Sprzęt Zenon
Środa, 27 maja 2015
Kategoria transport, do czytania
Praca
Pracowa zbiorówa.
- DST 71.40km
- Czas 02:58
- VAVG 24.07km/h
- Sprzęt Zenon
Niedziela, 24 maja 2015
Kategoria zaliczając gminy, > 200 km
Wyjazd tysiąca i jednej studzienki
Poranek zastał nas jak zwykle na Dworcu Zachodnim, na którym wsiedliśmy w IC "Karlik" jadący do Katowic. Wysiedliśmy jednak trochę wcześniej - w Częstochowie. Tym razem z miasta wyjechaliśmy nieco inaczej niż poprzednio, od razu mniejszą drogą prowadzącą na Łask. Już na wstępie dały się we znaki studzienki kanalizacyjne, którymi wyjazd był dosłownie upstrzony.
Wbrew prognozom zapowiadał się raczej chłodny dzień, więc nie zdejmowaliśmy z siebie długich rzeczy. Dość szybko, bo po 30 km zjechaliśmy na krajówkę, a stamtąd puścilismy się zygzakiem po gminach, odwiedzając lepsze i gorsze asfalty, z naciskiem na te ostatnie. Dopiero w Sulmierzycach pojawił się lepszy asfalt, długa prosta wzdłuż bełchatowskiej kopalni przypomniała nam Norwegię - długa droga, szeroki asfalt, brak ruchu i żadnych zabudowań. I chyba dopiero tutaj mieliśmy dłuższą przerwę od studzienkowania.
Przed Bełchatowem o mało nie zostaliśmy potrąceni przez kretyna, który wyprzedzał nam na czołówkę. Standard. Bełchatów udało się przelecieć prawie bez zatrzymania (studzienki, studzienki), dopiero przed Drużbicami zrobiliśmy pierwszy postój - po 107 km. Na stacji bardzo sprawnie udało się zasilić batony w kieszeni, doładować picie i pozbyć się nadmiaru ubrań. No i co nam pozostało? Długa prosta na Pabianice.
Od dłuższej już chwili słońce porządnie świeciło, mimo że od samego rana termometr pokazywał identyczną temperaturę, to jednak zrobiło się wyraźnie cieplej. I tak jechaliśmy: przez wioski, pola, lasy... aż zatrzymał nas szlaban. Tam dwóch szosowców było bardzo zainteresowanych Hipcią, ale odjechali zanim zdążyła zapytać, co ich tak interesuje. Jechali jakieś 300 m przed nami, na podjeździe bardzo dużo stracili i już, już prawie ich połknęliśmy, ale, niestety, skręcili.
Było naprawdę wcześnie. Minęliśmy Skierniewice, po raz pierwszy chyba za dnia skręt za Kamionem, również po raz pierwszy za dnia wjeżdżając do Puszczy Mariańskiej. Postój w Żyrardowie, po rekordowych 138 km był potrzebny tylko z jednego powodu - zupełnie skończyło mi się picie.
Końcówka znana i standardowa, tyle, że w większym ruchu, przez co nie mogliśmy jechać tam, gdzie zwykle, środkiem, omijając nierówności i, tak, studzienki. Na tyle jednak było żwawo, że Strava pokazała mi pobicie życiówki na kilku segmentach (z AVG > 30 km/h).
Do domu wchodziliśmy minuty przed 22:00. Jakoś tak wcześnie i nietypowo dziwnie.
Łącznie gmin mamy już 898 i, uwaga, nastąpiła zmiana na pozycji lidera - województwo łódzkie mamy zaliczone w 69%, o procent więcej niż mazowieckie!
Wbrew prognozom zapowiadał się raczej chłodny dzień, więc nie zdejmowaliśmy z siebie długich rzeczy. Dość szybko, bo po 30 km zjechaliśmy na krajówkę, a stamtąd puścilismy się zygzakiem po gminach, odwiedzając lepsze i gorsze asfalty, z naciskiem na te ostatnie. Dopiero w Sulmierzycach pojawił się lepszy asfalt, długa prosta wzdłuż bełchatowskiej kopalni przypomniała nam Norwegię - długa droga, szeroki asfalt, brak ruchu i żadnych zabudowań. I chyba dopiero tutaj mieliśmy dłuższą przerwę od studzienkowania.
Przed Bełchatowem o mało nie zostaliśmy potrąceni przez kretyna, który wyprzedzał nam na czołówkę. Standard. Bełchatów udało się przelecieć prawie bez zatrzymania (studzienki, studzienki), dopiero przed Drużbicami zrobiliśmy pierwszy postój - po 107 km. Na stacji bardzo sprawnie udało się zasilić batony w kieszeni, doładować picie i pozbyć się nadmiaru ubrań. No i co nam pozostało? Długa prosta na Pabianice.
Od dłuższej już chwili słońce porządnie świeciło, mimo że od samego rana termometr pokazywał identyczną temperaturę, to jednak zrobiło się wyraźnie cieplej. I tak jechaliśmy: przez wioski, pola, lasy... aż zatrzymał nas szlaban. Tam dwóch szosowców było bardzo zainteresowanych Hipcią, ale odjechali zanim zdążyła zapytać, co ich tak interesuje. Jechali jakieś 300 m przed nami, na podjeździe bardzo dużo stracili i już, już prawie ich połknęliśmy, ale, niestety, skręcili.
Było naprawdę wcześnie. Minęliśmy Skierniewice, po raz pierwszy chyba za dnia skręt za Kamionem, również po raz pierwszy za dnia wjeżdżając do Puszczy Mariańskiej. Postój w Żyrardowie, po rekordowych 138 km był potrzebny tylko z jednego powodu - zupełnie skończyło mi się picie.
Końcówka znana i standardowa, tyle, że w większym ruchu, przez co nie mogliśmy jechać tam, gdzie zwykle, środkiem, omijając nierówności i, tak, studzienki. Na tyle jednak było żwawo, że Strava pokazała mi pobicie życiówki na kilku segmentach (z AVG > 30 km/h).
Do domu wchodziliśmy minuty przed 22:00. Jakoś tak wcześnie i nietypowo dziwnie.
Łącznie gmin mamy już 898 i, uwaga, nastąpiła zmiana na pozycji lidera - województwo łódzkie mamy zaliczone w 69%, o procent więcej niż mazowieckie!
- DST 283.30km
- Czas 10:13
- VAVG 27.73km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 22 maja 2015
Kategoria transport
Praca
- DST 12.94km
- Czas 00:33
- VAVG 23.53km/h
- Sprzęt Zenon


















