Wtorek, 23 września 2014
Kategoria > 100km, sakwy, do czytania
Rozdział 4: Dziwny kraj pośrodku Europy
W nocy nieustannie padało, przestało gdzieś nad ranem. Zebraliśmy się sprawnie, wydobyliśmy rowery z (już) niewielkiego jeziorka i po chwili zjeżdżaliśmy w kierunku Virpazaru. Przelecieliśmy przez miasto (przy okazji pierwszy raz na tej wyprawie przekraczając tory kolejowe) i poturlaliśmy się przed siebie. Droga prowadziła góra-dół: to wdrapywaliśmy się na 400 m, to z nich zjeżdżaliśmy. Podjazdy były z tych ostrzejszych, po 5-8%, a czasem więcej, jechało się więc wolno. Ruch za to był znikomy; przy wymijaniu i wyprzedzaniu kilka razy na wszelki wypadek zatrzymywaliśmy się.
Chmur na niebie już nie było, wyszło słońce i - w tych momentach w których trawersowaliśmy właściwe zbocze - mieliśmy piękną panoramę na jezioro. Ciężko było jechać, człowiek najchętniej siedziałby i sobie patrzył. Na szczęście w sukurs przyszedł nam wiatr, który czasami wiał ostro w twarz i wymuszał zwolnienie. I cieszenie się widokami.
Przejechaliśmy przez kilka wioseczek: wszystkie zabite dechami, wszystkie sprzedające wino i brandy, wszystkie obsiane dookoła winnicami. W końcu droga odbiła w głąb lądu i dostaliśmy zasłużony zjazd. Zasłużony, bo do tej pory w dwie godziny i czterdzieści minut zrobiliśmy po pagórkach nieco ponad 30 km. Zjechaliśmy do niewielkiej doliny, pojawiły się zabudowania i większa miejscowość. Kilka razy słyszymy klaksony (niespotykane dotąd), kilka razy też mijają nas samochody na amerykańskich rejestracjach. Po raz pierwszy też widzimy... osiołki. Które, do spółki z jednym koniem, pasły się przy drodze.
Po zjeździe czas na podjazd. Pedałujemy ostro aż na samą przełęcz; moje dane wskazywaly na 480 m n.p.m., na znaku napisane było... 900. Robimy chwilę przerwy, podczas której wybieram się pieszo kawałek za ustawione na wzgórzu anteny. I tak oto mijam posterunek graniczny i nielegalnie przekraczam granicę. Ale zaraz wróciłem, przejście było tylko przejściem turystycznym.
Zaczynamy zjazd: droga jest dziurawa i nierówna, tymczasem Hipcia, która przy którymś z poprzednich zjazdów mówiła mi, że zjeżdżam jak Szatan (to chyba komplement) pruje nie zwracając uwagi na nic. Nieskończone nierówności w końcu powodują, że wypada mi przedni błotnik, udało się go osadzić na miejscu pogrubiając uchwyt przy pomocy taśmy izolacyjnej. Ze zjazdu widać już płaską dolinę po drugiej stronie granicy. My zjeżdżamy prawie na zero, po czym skręcamy w drogę główną. Asfalt się polepsza, ale na drodze pojawiają się znaki zwiastujące to, co napotkamy drugiego dnia: a to krówka się pasie, a to narżnięte na drodze, a to ktoś za nami przyklaksoni. Wiatr oczywiście w twarz - i to z każdej strony w twarz. Bardzo mocny i zmienny, nawet czasem dla zmyłki wiał z boku i usiłował zdmuchiwać z drogi.
Dojeżdżamy do granicy. Stajemy tam, gdzie auta, nie zastanawiamy się nawet nad tym, czy jest przejście piesze. Woła nas strażniczka, zabiera paszporty i każe się zameldować na wejściu dla pieszych. Czekamy... czekamy... akurat mieli problemy z dostawą prądu. W końcu paszporty zostają nam zwrócone i ruszamy. Pierwsze metry. Pierwsze kilometry. Witamy w Albanii, mirë se vini në Shqipëri.
Tutaj drobna uwaga: Silna Ekipa Zniechęcająca, czyli dwójka, która, jeszcze przed wyjazdem, próbowała nas usilnie namówić na "normalny" urlop, o Albanii mówiła negatywnie. Co prawda opierali się tylko na tym, że wiedzieli, że to daleko, na tyle daleko, że nawet w telewizji o tym nie mówią, a jak coś jest daleko, to jest nieznane, a w nieznanym jest niebezpiecznie i się umiera (polecam bajkę o Misi Chrupci z filmu "Krudowie"). Ale Albania miała być dzika, zła, pełna ludzi, którzy jak nie zabiją od razu, to z roweru zrzucą i okradną, a jak nie zrzucą, to przynajmniej okradną bez zrzucania. A potem zabiją, na pewno. Z drugiej strony bardziej wiarygodne źródła mówiły o Albanii jako o kraju bardzo miłych ludzi, którzy jednak jeżdżą nie wiadomo jak, bez żadnych zasad, ładu i składu. I że w ogóle strach się bać. Że w Polsce kierowcy łagodni jak baranki. To drugie brzmiało nawet wiarygodnie, ale wiadomo - trzeba sprawdzić.
Nic nie zapowiadało jednak tragedii: kierowcy owszem, jeździli, owszem, trąbili, ale raz, że jeździli bardzo wolno, a dwa, że wszystko wyglądało jakoś tak cywilizowanie. Owszem, pojawiały się obrazki typu "krówka pędzona środkiem drogi", ale wszystko miało sens. Po krótkiej chwili dojechaliśmy do Shkodër, gdzie zrobiliśmy przerwę, bo szukaliśmy bankomatu. Stanęliśmy na stacji, tuż przy myjni (pierwsza, albańska myjnia). Pani na stacji oczywiście nie miała terminalu, na hasło "bank" wskazała mi, gdzie go szukać. Niestety, czeka nas jazda do centrum. Zanim wyjechaliśmy byliśmy świadkami potrącenia - autobus potrącił skuterzystę. Czort wie z czyjej winy.
Ruszyliśmy do centrum, ale zanim gdziekolwiek dojechaliśmy, Hipcia zauważyła logo bankomatu tuż przy rondzie. Zostawiłem ją z rowerami i ruszyłem szukać kogoś, kto mówi po angielsku i będzie mi w stanie przybliżyć jakie tu są ceny (inaczej: ile kasy mam wybrać). Znalazłem człowieka, przepytałem na wspomnianą okoliczność, wypłaciłem kasę, wróciłem do Hipci. I ruszyliśmy dalej.
Płaska dolina. Mocny wiatr w plecy. Dobry asfalt. Nic tylko zasuwać przed siebie. I zasuwaliśmy, z prędkością grubo powyżej 30 km/h. Samochody jeździły bardzo bezpiecznie i wolno, w zasadzie ich się nie zauważało. Kilka razy zatrzymujemy się - na zakupy i szukanie alternatyw: możemy jechać do samej Tirany albo dojechać bokami do Fushë-Kruje. W końcu decydujemy się porzucić gościnną i wygodną drogę główną i w Lezhë odbijamy w drogę boczną. Niemal z automatu psuje się asfalt, pojawiają się dziury, czasem jedzie się bardzo wolno, ale pojawiają się i lepsze fragmenty. Gdy przejeżdżamy przez pojedyncze wioseczki wszyscy się interesują: każdy patrzy, niektórzy pomachają, ktoś tam zatrąbi. Mamy wrażenie, że w Albanii życie toczy się głównie na ulicy.
W międzyczasie robię po raz pierwszy wchodzę do lokalnego supermarketu. Robi mi się smutno. Na dużych, szerokich półkach stoją obok siebie np. trzy saszetki z przyprawami, zajmujące miejsce które u nas normalnie zajmują tekturowe pojemniki wypełnione saszetkami od początku do końca. Trzy opakowania makaronu stojące obok siebie; po paczce ciastek... wygląda to strasznie biednie. Biorę kilka rzeczy (odwiedzając sklep na dwie tury) - ekspedientka zabiera mi z ręki puszkę z tuńczykiem wskazując, że jest przeterminowana. Daje mi inny rodzaj - te są jeszcze ważne. Kupujemy co się da (w tym dwa albańskie piwa), nie wiemy jeszcze gdzie i kiedy będziemy spali.
Wyjeżdżając z miejscowości myślimy o przebiciu się do samego Kruje, stajemy przy innym sklepiku, gdzie kupujemy banany i jabłka. Tu - ciekawostka - sprzedawca pisze mi na kartce cyfrę sześć, szturcha go (chyba) matka, po czym szybko przekreśla i zmienia ją na dziewiątkę. Ciekawe, czy cena "lotnie" się zmieniła, czy dziewiątkę napisał patrząc od siebie (czyli dla mnie była widoczna szóstka). Dowiadujemy się tutaj, że do Kruje nie dojedziemy. Szlak podobno prowadzi przez górę, miejscami pieszą, stromą ścieżką, zdaje się to potwierdzać GPS.
Jedziemy więc główną: słońce zaczyna powoli zachodzić. Ludzie niezmiennie się nami interesują, dzieci machają i krzyczą... Robi się coraz ciemniej, w końcu robi się noc. Asfalt zepsuł się chwilę temu: czasem pojawia się szutrówka, czasem olbrzymie dziurska przez które powinno się jeździć traktorem. Bujamy się tak z nikczemną prędkością aż do rządku latarni, który zwiastuje nam wjazd do Fushë-Kruje. Zjeżdżamy w kierunku centrum i napotykamy supermarket. Oczywiście nie można tam zapłacić kartą, ale za to można zrobić zakupy. I po raz pierwszy posłuchać zachodniej muzyki.
W sklepie spotykam mojego nowego przyjaciela - jedyny, który tam chyba mówił po angielsku (a potrzebowałem się dowiedzieć który ser to feta, a który normalny). Po załatwieniu kwestii sera postanawiam go podpytać o dalszą drogę. Wszystko nam wyjaśnia. Zaczynamy ruszać i wtedy orientuję się, że mam dziurę w dętce. Szlag.
Rozsakwienie roweru, zdjęcie koła, namierzenie dziury... łatamy. Dupa. Nie łatamy. Klej został w pudełku przedziurawiony przez jedną ze spinek i wylał się cały. Zakładam zapas. Zaczynam pompować koło... ale po chwili rezygnuję: skoro to jest tak samochodowy kraj, to ktoś na pewno będzie miał pompkę samochodową. Pierwszy zagadnięty każe mi poczekać i wyciąga ze sklepu młodego chłopaka. Ten mówi po angielsku, słucha w czym rzecz, i każe mi iść ze sobą. Kawałek dalej dzwoni do jednej z bram, potem dzwoni telefonem, wychodzi inny chłopak, który prowadzi tutaj lokalny serwis. Kompresorem pompuje mi koło do 5 bar (mimo zapewnień, że opona jest do 6 nie chce mi wbić więcej), a na pytanie o możliwość sprzedaży kleju do dętek daje mi w prezencie sporą jego tubkę. I tak z nowym kołem wracam do roweru.
A przy rowerze odkrywam, że nie dość niespodzianek: szlag trafił jedną ze szprych. Nie obciera zanadto, więc postanawiam jechać; w Tiranie na pewno znajdzie się jakiś serwis. Ruszamy więc. Droga robi się ciemna, ale szeroka, ruch jest niewielki, więc jedzie się dobrze. Niepokoi tylko to, że im bliżej Tirany, tym więcej zabudowań. Gdy skręcamy w stronę samego miasta, z naszej drogi robi się ekspresówka (choć bez znaków), kilka razy mija nas policja (ignorując, oczywiście), kilka razy jedziemy też boczną, równoległą uliczką, wzdłuż zabudowań. W końcu uznajemy, że na pewno nie da się zanocować w krzakach (myśleliśmy o jednym pustostanie, ale Hipcia była temu niechętna, bo ktoś mógł nas zobaczyć). Pytamy w kilku hotelach, ale jest tam drogo, a przynajmniej drożej niż chcielibyśmy wydać, mając przed sobą perspektywę jeszcze odrobiny jazdy.
W końcu wjeżdżamy do Tirany. Pojawiają się autobusy, chodniki, otwarte sklepy, wygląda to zupełnie inaczej niż za miastem. W którymś momencie zauważamy informację o hotelu w jakiejś bramie. Wchodzimy, pytamy i za rozbójniczą cenę 40 € za chwilę ładujemy się do pokoju. W pokoju same atrakcje: klimatyzacja, łazienka, woda, łóżko - czyli wszystko, czego potrzebujemy. Rozwaliliśmy wszystko, co było w sakwach, w celu wysuszenia po deszczu i delektowaliśmy się albańskim piwem.
Albania okazała się być krajem innym niż wszystko co do tej pory widzieliśmy. O ile fakt jazdy na skuterach bez kasków to nic szczególnego (chociaż wożenie na nich tylu towarów ile czasem widzieliśmy już brzmi cokolwiek nietypowo), ale interesowanie się turystami, machanie do nich jest już odrobinę nowe. Do tego jeszcze:
- klakson jako wszechobecna forma komunikacji,
- jazda na osiołkach (też chcę takiego!),
- wszechobecne myjnie,
- stacje benzynowe co kilometr albo dwa,
- sklepy: w każdym mieście był salon sukien ślubnych, kilku wulkanizatorów i kilka sklepów z częściami, do tego co chwilę bary i restauracje,
- zamiłowanie do rogali typu 7-days (w sklepach mają ich na kopy, w kilkunastu wersjach),
- policja jeżdżąca na awaryjkach albo cały czas z migającym kogutem.
Jednym słowem: przyjemnie tu.
Chmur na niebie już nie było, wyszło słońce i - w tych momentach w których trawersowaliśmy właściwe zbocze - mieliśmy piękną panoramę na jezioro. Ciężko było jechać, człowiek najchętniej siedziałby i sobie patrzył. Na szczęście w sukurs przyszedł nam wiatr, który czasami wiał ostro w twarz i wymuszał zwolnienie. I cieszenie się widokami.
Przejechaliśmy przez kilka wioseczek: wszystkie zabite dechami, wszystkie sprzedające wino i brandy, wszystkie obsiane dookoła winnicami. W końcu droga odbiła w głąb lądu i dostaliśmy zasłużony zjazd. Zasłużony, bo do tej pory w dwie godziny i czterdzieści minut zrobiliśmy po pagórkach nieco ponad 30 km. Zjechaliśmy do niewielkiej doliny, pojawiły się zabudowania i większa miejscowość. Kilka razy słyszymy klaksony (niespotykane dotąd), kilka razy też mijają nas samochody na amerykańskich rejestracjach. Po raz pierwszy też widzimy... osiołki. Które, do spółki z jednym koniem, pasły się przy drodze.
Po zjeździe czas na podjazd. Pedałujemy ostro aż na samą przełęcz; moje dane wskazywaly na 480 m n.p.m., na znaku napisane było... 900. Robimy chwilę przerwy, podczas której wybieram się pieszo kawałek za ustawione na wzgórzu anteny. I tak oto mijam posterunek graniczny i nielegalnie przekraczam granicę. Ale zaraz wróciłem, przejście było tylko przejściem turystycznym.
Zaczynamy zjazd: droga jest dziurawa i nierówna, tymczasem Hipcia, która przy którymś z poprzednich zjazdów mówiła mi, że zjeżdżam jak Szatan (to chyba komplement) pruje nie zwracając uwagi na nic. Nieskończone nierówności w końcu powodują, że wypada mi przedni błotnik, udało się go osadzić na miejscu pogrubiając uchwyt przy pomocy taśmy izolacyjnej. Ze zjazdu widać już płaską dolinę po drugiej stronie granicy. My zjeżdżamy prawie na zero, po czym skręcamy w drogę główną. Asfalt się polepsza, ale na drodze pojawiają się znaki zwiastujące to, co napotkamy drugiego dnia: a to krówka się pasie, a to narżnięte na drodze, a to ktoś za nami przyklaksoni. Wiatr oczywiście w twarz - i to z każdej strony w twarz. Bardzo mocny i zmienny, nawet czasem dla zmyłki wiał z boku i usiłował zdmuchiwać z drogi.
Dojeżdżamy do granicy. Stajemy tam, gdzie auta, nie zastanawiamy się nawet nad tym, czy jest przejście piesze. Woła nas strażniczka, zabiera paszporty i każe się zameldować na wejściu dla pieszych. Czekamy... czekamy... akurat mieli problemy z dostawą prądu. W końcu paszporty zostają nam zwrócone i ruszamy. Pierwsze metry. Pierwsze kilometry. Witamy w Albanii, mirë se vini në Shqipëri.
Tutaj drobna uwaga: Silna Ekipa Zniechęcająca, czyli dwójka, która, jeszcze przed wyjazdem, próbowała nas usilnie namówić na "normalny" urlop, o Albanii mówiła negatywnie. Co prawda opierali się tylko na tym, że wiedzieli, że to daleko, na tyle daleko, że nawet w telewizji o tym nie mówią, a jak coś jest daleko, to jest nieznane, a w nieznanym jest niebezpiecznie i się umiera (polecam bajkę o Misi Chrupci z filmu "Krudowie"). Ale Albania miała być dzika, zła, pełna ludzi, którzy jak nie zabiją od razu, to z roweru zrzucą i okradną, a jak nie zrzucą, to przynajmniej okradną bez zrzucania. A potem zabiją, na pewno. Z drugiej strony bardziej wiarygodne źródła mówiły o Albanii jako o kraju bardzo miłych ludzi, którzy jednak jeżdżą nie wiadomo jak, bez żadnych zasad, ładu i składu. I że w ogóle strach się bać. Że w Polsce kierowcy łagodni jak baranki. To drugie brzmiało nawet wiarygodnie, ale wiadomo - trzeba sprawdzić.
Nic nie zapowiadało jednak tragedii: kierowcy owszem, jeździli, owszem, trąbili, ale raz, że jeździli bardzo wolno, a dwa, że wszystko wyglądało jakoś tak cywilizowanie. Owszem, pojawiały się obrazki typu "krówka pędzona środkiem drogi", ale wszystko miało sens. Po krótkiej chwili dojechaliśmy do Shkodër, gdzie zrobiliśmy przerwę, bo szukaliśmy bankomatu. Stanęliśmy na stacji, tuż przy myjni (pierwsza, albańska myjnia). Pani na stacji oczywiście nie miała terminalu, na hasło "bank" wskazała mi, gdzie go szukać. Niestety, czeka nas jazda do centrum. Zanim wyjechaliśmy byliśmy świadkami potrącenia - autobus potrącił skuterzystę. Czort wie z czyjej winy.
Ruszyliśmy do centrum, ale zanim gdziekolwiek dojechaliśmy, Hipcia zauważyła logo bankomatu tuż przy rondzie. Zostawiłem ją z rowerami i ruszyłem szukać kogoś, kto mówi po angielsku i będzie mi w stanie przybliżyć jakie tu są ceny (inaczej: ile kasy mam wybrać). Znalazłem człowieka, przepytałem na wspomnianą okoliczność, wypłaciłem kasę, wróciłem do Hipci. I ruszyliśmy dalej.
Płaska dolina. Mocny wiatr w plecy. Dobry asfalt. Nic tylko zasuwać przed siebie. I zasuwaliśmy, z prędkością grubo powyżej 30 km/h. Samochody jeździły bardzo bezpiecznie i wolno, w zasadzie ich się nie zauważało. Kilka razy zatrzymujemy się - na zakupy i szukanie alternatyw: możemy jechać do samej Tirany albo dojechać bokami do Fushë-Kruje. W końcu decydujemy się porzucić gościnną i wygodną drogę główną i w Lezhë odbijamy w drogę boczną. Niemal z automatu psuje się asfalt, pojawiają się dziury, czasem jedzie się bardzo wolno, ale pojawiają się i lepsze fragmenty. Gdy przejeżdżamy przez pojedyncze wioseczki wszyscy się interesują: każdy patrzy, niektórzy pomachają, ktoś tam zatrąbi. Mamy wrażenie, że w Albanii życie toczy się głównie na ulicy.
W międzyczasie robię po raz pierwszy wchodzę do lokalnego supermarketu. Robi mi się smutno. Na dużych, szerokich półkach stoją obok siebie np. trzy saszetki z przyprawami, zajmujące miejsce które u nas normalnie zajmują tekturowe pojemniki wypełnione saszetkami od początku do końca. Trzy opakowania makaronu stojące obok siebie; po paczce ciastek... wygląda to strasznie biednie. Biorę kilka rzeczy (odwiedzając sklep na dwie tury) - ekspedientka zabiera mi z ręki puszkę z tuńczykiem wskazując, że jest przeterminowana. Daje mi inny rodzaj - te są jeszcze ważne. Kupujemy co się da (w tym dwa albańskie piwa), nie wiemy jeszcze gdzie i kiedy będziemy spali.
Wyjeżdżając z miejscowości myślimy o przebiciu się do samego Kruje, stajemy przy innym sklepiku, gdzie kupujemy banany i jabłka. Tu - ciekawostka - sprzedawca pisze mi na kartce cyfrę sześć, szturcha go (chyba) matka, po czym szybko przekreśla i zmienia ją na dziewiątkę. Ciekawe, czy cena "lotnie" się zmieniła, czy dziewiątkę napisał patrząc od siebie (czyli dla mnie była widoczna szóstka). Dowiadujemy się tutaj, że do Kruje nie dojedziemy. Szlak podobno prowadzi przez górę, miejscami pieszą, stromą ścieżką, zdaje się to potwierdzać GPS.
Jedziemy więc główną: słońce zaczyna powoli zachodzić. Ludzie niezmiennie się nami interesują, dzieci machają i krzyczą... Robi się coraz ciemniej, w końcu robi się noc. Asfalt zepsuł się chwilę temu: czasem pojawia się szutrówka, czasem olbrzymie dziurska przez które powinno się jeździć traktorem. Bujamy się tak z nikczemną prędkością aż do rządku latarni, który zwiastuje nam wjazd do Fushë-Kruje. Zjeżdżamy w kierunku centrum i napotykamy supermarket. Oczywiście nie można tam zapłacić kartą, ale za to można zrobić zakupy. I po raz pierwszy posłuchać zachodniej muzyki.
W sklepie spotykam mojego nowego przyjaciela - jedyny, który tam chyba mówił po angielsku (a potrzebowałem się dowiedzieć który ser to feta, a który normalny). Po załatwieniu kwestii sera postanawiam go podpytać o dalszą drogę. Wszystko nam wyjaśnia. Zaczynamy ruszać i wtedy orientuję się, że mam dziurę w dętce. Szlag.
Rozsakwienie roweru, zdjęcie koła, namierzenie dziury... łatamy. Dupa. Nie łatamy. Klej został w pudełku przedziurawiony przez jedną ze spinek i wylał się cały. Zakładam zapas. Zaczynam pompować koło... ale po chwili rezygnuję: skoro to jest tak samochodowy kraj, to ktoś na pewno będzie miał pompkę samochodową. Pierwszy zagadnięty każe mi poczekać i wyciąga ze sklepu młodego chłopaka. Ten mówi po angielsku, słucha w czym rzecz, i każe mi iść ze sobą. Kawałek dalej dzwoni do jednej z bram, potem dzwoni telefonem, wychodzi inny chłopak, który prowadzi tutaj lokalny serwis. Kompresorem pompuje mi koło do 5 bar (mimo zapewnień, że opona jest do 6 nie chce mi wbić więcej), a na pytanie o możliwość sprzedaży kleju do dętek daje mi w prezencie sporą jego tubkę. I tak z nowym kołem wracam do roweru.
A przy rowerze odkrywam, że nie dość niespodzianek: szlag trafił jedną ze szprych. Nie obciera zanadto, więc postanawiam jechać; w Tiranie na pewno znajdzie się jakiś serwis. Ruszamy więc. Droga robi się ciemna, ale szeroka, ruch jest niewielki, więc jedzie się dobrze. Niepokoi tylko to, że im bliżej Tirany, tym więcej zabudowań. Gdy skręcamy w stronę samego miasta, z naszej drogi robi się ekspresówka (choć bez znaków), kilka razy mija nas policja (ignorując, oczywiście), kilka razy jedziemy też boczną, równoległą uliczką, wzdłuż zabudowań. W końcu uznajemy, że na pewno nie da się zanocować w krzakach (myśleliśmy o jednym pustostanie, ale Hipcia była temu niechętna, bo ktoś mógł nas zobaczyć). Pytamy w kilku hotelach, ale jest tam drogo, a przynajmniej drożej niż chcielibyśmy wydać, mając przed sobą perspektywę jeszcze odrobiny jazdy.
W końcu wjeżdżamy do Tirany. Pojawiają się autobusy, chodniki, otwarte sklepy, wygląda to zupełnie inaczej niż za miastem. W którymś momencie zauważamy informację o hotelu w jakiejś bramie. Wchodzimy, pytamy i za rozbójniczą cenę 40 € za chwilę ładujemy się do pokoju. W pokoju same atrakcje: klimatyzacja, łazienka, woda, łóżko - czyli wszystko, czego potrzebujemy. Rozwaliliśmy wszystko, co było w sakwach, w celu wysuszenia po deszczu i delektowaliśmy się albańskim piwem.
Albania okazała się być krajem innym niż wszystko co do tej pory widzieliśmy. O ile fakt jazdy na skuterach bez kasków to nic szczególnego (chociaż wożenie na nich tylu towarów ile czasem widzieliśmy już brzmi cokolwiek nietypowo), ale interesowanie się turystami, machanie do nich jest już odrobinę nowe. Do tego jeszcze:
- klakson jako wszechobecna forma komunikacji,
- jazda na osiołkach (też chcę takiego!),
- wszechobecne myjnie,
- stacje benzynowe co kilometr albo dwa,
- sklepy: w każdym mieście był salon sukien ślubnych, kilku wulkanizatorów i kilka sklepów z częściami, do tego co chwilę bary i restauracje,
- zamiłowanie do rogali typu 7-days (w sklepach mają ich na kopy, w kilkunastu wersjach),
- policja jeżdżąca na awaryjkach albo cały czas z migającym kogutem.
Jednym słowem: przyjemnie tu.
- DST 184.72km
- Czas 10:59
- VAVG 16.82km/h
- Podjazdy 1572m
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 22 września 2014
Kategoria > 100km, sakwy, do czytania
Rozdział 3: Pierwsze górki
Pobudka planowo. Zbieramy się bardzo sprawnie i tuż po siódmej pedałujemy już ostro w kierunku granicy z Czarnogórą. Droga prowadzi w głąb lądu, pod górę, wita nas tam tak potężna mgła, że nawet na chwilę włączamy światła. Na granicy z Czarnogórą wreszcie ktoś postanawia przybić nam pieczątkę do paszportu (bardzo na to czekałem). I tak oto wjeżdżamy do Czarnogóry i na długo zostawiamy za sobą tę "bezpieczną" Unię. Tuż po przekroczeniu granicy mija się z nami starsza sakwiarka, z krótkiej rozmowy dowiadujemy się, że jest Australijką i własnie przez rok jedzie sobie przez świat, obecnie w kierunku Wiednia.
Robimy przystanek w pierwszej większej miejscowości, przy dużym sklepie, bo musimy kupić długopis (mimo że ostrzegałem, Hipcia uparła się wziąć jakiś mały i kompaktowy, który się zaraz zużył). A przy okazji kupiliśmy colę i trochę żarcia.
Pierwsza część Czarnogóry, którą mijamy, jest taka bardziej turystyczna, ale jednak mniej obrzydliwa od Chorwacji: sporo hoteli, info o pensjonatach i (niestety) spory ruch. Cierpliwie brniemy w kierunku Zatoki Kotorskiej (po drodze Hipcia wjeżdża do tunelu w ciemnych okularach i sunie środkiem, bo prawie nic nie widzi...). Zatokę postanawiamy przepłynąć w poprzek, promem. Tamtędy było bliżej do samego Kotoru i krócej narażaliśmy się na wyjątkowo mocny wiatr w twarz. Okazało się być to dobrą decyzją: droga zrobiła się bardzo wąska, ze znikomym ruchem (głównie osobowym plus pojedyncze ciężarówki, autokary jeździły naokoło). Przejeżdżaliśmy przez małe miasteczka, mijając takie cuda jak przystanki "wodobusowe" tuż nad samą wodą. Słońce grzało już ostro, więc cień pojedynczych palemek był sporą ulgą. Jak na ironię na śniadanie rozbiliśmy się w pełnym słońcu, tuż na bulwarze. Zjedliśmy tak jak zawsze, jak dwójka jaskiniowców, paprając wszystko dookoła białym serem i pchnęliśmy się dalej, opuszczając możliwość kąpieli w zatoce.
Kotor okazał się być dużym i ruchliwym miastem. Robimy szybki postój przy sklepie by kupić picie na czekający nas podjazd i nie czekając na dodatkową zachętę pedałujemy byle dalej. A zaczyna się podjazd. Zatrzymujemy się na zakręcie serpentyny by zrobić kilka fotek panoramy, po czym znikamy żegnani życzeniami szerokiej drogi przez turystów, którzy również tam stali. Do ich rady - "pijcie dużo" - zamierzaliśmy się zastosować. Droga prowadziła stałym nachyleniem 3-4%, w pełnym słońcu. W jednym miejscu mamy odrobinę wątpliwości, bo ślad prowadzi nas ostrą szutrówką pod górę; zagadnięci mieszkańcy sugerują nam inną - dłuższą, ale zapewne mniej stromą (szutrówka, jak się okazało, mogła mieć coś około 12%).
Zaczyna się: nachylenie się nie zmienia, stale jedziemy 3-4%, spokojnie, pod górę. Mijamy jednego niespiesznie uciekającego przed nami zielonego węża i kilka wygrzewających się jaszczurek. Po chwili wyprzedza nas sakwiarz (poznajemy po bagażniku) bez sakw, który najwyraźniej jechał zrobić sobie podjazd. Jest wąsko, kilka razy autobusy mieszczą się na styk, kilka razy stajemy, żeby nie stresować wymijających nas kierowców. Raz robi się nawet ciekawy koreczek, mija nas tam auto z rowerami na bagażniku, z którego głośno dopingują nas jakieś dzieciaki. Chwilę później okazuje się, że była to rodzina rowerzysty, który nas wyprzedzał. W międzyczasie wszystko otula mgła. Włączamy światła, bo nie wygląda, jakby miała odpuścić.
Przemy dalej. Wszystko wygląda jak przełęcz i faktycznie, jedna droga prowadzi w dół. Ale my skręcamy w prawo, na teren parku narodowego (płacąc w ojro za wjazd) i zaczyna się: nachylenie 9-12%, miejscami 13. Samochodów prawie nie ma, zasuwamy po pustym i wąskim asfalcie; pogoda postanowiła znienacka się poprawić. Mijamy jednego tubylca zbierającego głóg ("It's for tea, really!") i po chwili wyjeżdżamy już pod podjazdem pod Mauzoleum Niegosza. Ponieważ jest to tylko podjazd na szczyt i z powrotem, wiedząc, że nie ma tam po co wyjeżdżać, postanawiamy odpuścić i (uprzednio się ubrawszy) fundujemy sobie soliiiiiidny zjazd. Zatem naszym nowym rekordem wysokości zostaje 1516 m n.p.m.
Zjeżdżamy do samego Cetinje, gdzie pytamy o drogę (GPS GPS-em, ufaj, ufaj i jeszcze raz kontroluj), po czym fundujemy sobie kolejny długachny zjazd do doliny rzeki Crnojevića. Rijeka Crnojevića okazuje się być maleńką wioseczką, w której większość domów wygląda na opuszczone i zaniedbane, ale nad rzeką miała piękny bulwar i kilka restauracyjek. Właścicielka sklepu otwiera go specjalnie dla kilku osób, korzystamy z okazji, sklepik jest maleńki (ale raczej nie ma szans na zakupy), kupujemy to, co najpotrzebniejsze: coś słodkiego i wodę (przy przelewaniu okazało się, że w sakwie wieziemy jeszcze jej zapas z Kotoru). A w zasadzie kupiliśy to, co było.
Nocować chcieliśmy nad Jeziorem Szkoderskim, licząc na to, że droga prowadziła będzie tuż przy nim. Tymczasem wśród zapadającego powoli zmroku asfalt prowadzi nas objeżdżając coraz to inne szczyty i zbocza - raz po stronie jeziora, raz po drugiej stronie. Jest już zupełnie ciemno. Na drodze nie ma żadnego ruchu, więc nie marnujemy czasu na niepotrzebne włączanie świateł: suniemy na batmana, światła włączając tylko gdy gdzieś daleko widać samochód. Niepokoją nas zbliżające się grzmoty, sugerujące, że któraś z burz, które zasuwają nocami, w końcu się po nas przejedzie. Miejscówek nie ma za bardzo: coś się znajduje, ale zaraz pod metalowym słupem wysokiego napięcia... kiepski pomysł. W końcu, długi kawałek później, znajdujemy skręt z ciekawą panoramą na Virpazar. Szybki rekonesans wskazuje łączkę, na której udaje się nam rozbić namiot.
Idziemy jeszcze wypić piwo z widokiem na Virpazar i kończymy je idealnie: pierwsze krople deszczu padają chwilę po opróżnieniu puszki. Szybciutko idziemy do namiotu, bo deszcz najwyraźniej się rozpędzał. I wtedy lunęło. Schowani w namiocie słyszeliśmy tylko kolejne kurtyny wody uderzające w tropik. Po zjedzeniu kolacji Hipcia uparła się, że w tym deszczu wyskoczy do rowerów po liczniki. Nadgorliwość została ukarana - wdepnęła w kałużę, która zrobiła się pod rowerami. Pod rowerami, czyli dokładnie w miejscu, gdzie pierwotnie chciałem ustawić namiot, ale zmieniłem zdanie.
Kałuża mnie zmartwiła, bo deszcz nie przestawał lać, a rozbiliśmy się w niewielkiej kotlince, co mogło sprzyjać odwiedzinom nas przez wodę. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło: lało nadal, ale my już spaliśmy.
Robimy przystanek w pierwszej większej miejscowości, przy dużym sklepie, bo musimy kupić długopis (mimo że ostrzegałem, Hipcia uparła się wziąć jakiś mały i kompaktowy, który się zaraz zużył). A przy okazji kupiliśmy colę i trochę żarcia.
Pierwsza część Czarnogóry, którą mijamy, jest taka bardziej turystyczna, ale jednak mniej obrzydliwa od Chorwacji: sporo hoteli, info o pensjonatach i (niestety) spory ruch. Cierpliwie brniemy w kierunku Zatoki Kotorskiej (po drodze Hipcia wjeżdża do tunelu w ciemnych okularach i sunie środkiem, bo prawie nic nie widzi...). Zatokę postanawiamy przepłynąć w poprzek, promem. Tamtędy było bliżej do samego Kotoru i krócej narażaliśmy się na wyjątkowo mocny wiatr w twarz. Okazało się być to dobrą decyzją: droga zrobiła się bardzo wąska, ze znikomym ruchem (głównie osobowym plus pojedyncze ciężarówki, autokary jeździły naokoło). Przejeżdżaliśmy przez małe miasteczka, mijając takie cuda jak przystanki "wodobusowe" tuż nad samą wodą. Słońce grzało już ostro, więc cień pojedynczych palemek był sporą ulgą. Jak na ironię na śniadanie rozbiliśmy się w pełnym słońcu, tuż na bulwarze. Zjedliśmy tak jak zawsze, jak dwójka jaskiniowców, paprając wszystko dookoła białym serem i pchnęliśmy się dalej, opuszczając możliwość kąpieli w zatoce.
Kotor okazał się być dużym i ruchliwym miastem. Robimy szybki postój przy sklepie by kupić picie na czekający nas podjazd i nie czekając na dodatkową zachętę pedałujemy byle dalej. A zaczyna się podjazd. Zatrzymujemy się na zakręcie serpentyny by zrobić kilka fotek panoramy, po czym znikamy żegnani życzeniami szerokiej drogi przez turystów, którzy również tam stali. Do ich rady - "pijcie dużo" - zamierzaliśmy się zastosować. Droga prowadziła stałym nachyleniem 3-4%, w pełnym słońcu. W jednym miejscu mamy odrobinę wątpliwości, bo ślad prowadzi nas ostrą szutrówką pod górę; zagadnięci mieszkańcy sugerują nam inną - dłuższą, ale zapewne mniej stromą (szutrówka, jak się okazało, mogła mieć coś około 12%).
Zaczyna się: nachylenie się nie zmienia, stale jedziemy 3-4%, spokojnie, pod górę. Mijamy jednego niespiesznie uciekającego przed nami zielonego węża i kilka wygrzewających się jaszczurek. Po chwili wyprzedza nas sakwiarz (poznajemy po bagażniku) bez sakw, który najwyraźniej jechał zrobić sobie podjazd. Jest wąsko, kilka razy autobusy mieszczą się na styk, kilka razy stajemy, żeby nie stresować wymijających nas kierowców. Raz robi się nawet ciekawy koreczek, mija nas tam auto z rowerami na bagażniku, z którego głośno dopingują nas jakieś dzieciaki. Chwilę później okazuje się, że była to rodzina rowerzysty, który nas wyprzedzał. W międzyczasie wszystko otula mgła. Włączamy światła, bo nie wygląda, jakby miała odpuścić.
Przemy dalej. Wszystko wygląda jak przełęcz i faktycznie, jedna droga prowadzi w dół. Ale my skręcamy w prawo, na teren parku narodowego (płacąc w ojro za wjazd) i zaczyna się: nachylenie 9-12%, miejscami 13. Samochodów prawie nie ma, zasuwamy po pustym i wąskim asfalcie; pogoda postanowiła znienacka się poprawić. Mijamy jednego tubylca zbierającego głóg ("It's for tea, really!") i po chwili wyjeżdżamy już pod podjazdem pod Mauzoleum Niegosza. Ponieważ jest to tylko podjazd na szczyt i z powrotem, wiedząc, że nie ma tam po co wyjeżdżać, postanawiamy odpuścić i (uprzednio się ubrawszy) fundujemy sobie soliiiiiidny zjazd. Zatem naszym nowym rekordem wysokości zostaje 1516 m n.p.m.
Zjeżdżamy do samego Cetinje, gdzie pytamy o drogę (GPS GPS-em, ufaj, ufaj i jeszcze raz kontroluj), po czym fundujemy sobie kolejny długachny zjazd do doliny rzeki Crnojevića. Rijeka Crnojevića okazuje się być maleńką wioseczką, w której większość domów wygląda na opuszczone i zaniedbane, ale nad rzeką miała piękny bulwar i kilka restauracyjek. Właścicielka sklepu otwiera go specjalnie dla kilku osób, korzystamy z okazji, sklepik jest maleńki (ale raczej nie ma szans na zakupy), kupujemy to, co najpotrzebniejsze: coś słodkiego i wodę (przy przelewaniu okazało się, że w sakwie wieziemy jeszcze jej zapas z Kotoru). A w zasadzie kupiliśy to, co było.
Nocować chcieliśmy nad Jeziorem Szkoderskim, licząc na to, że droga prowadziła będzie tuż przy nim. Tymczasem wśród zapadającego powoli zmroku asfalt prowadzi nas objeżdżając coraz to inne szczyty i zbocza - raz po stronie jeziora, raz po drugiej stronie. Jest już zupełnie ciemno. Na drodze nie ma żadnego ruchu, więc nie marnujemy czasu na niepotrzebne włączanie świateł: suniemy na batmana, światła włączając tylko gdy gdzieś daleko widać samochód. Niepokoją nas zbliżające się grzmoty, sugerujące, że któraś z burz, które zasuwają nocami, w końcu się po nas przejedzie. Miejscówek nie ma za bardzo: coś się znajduje, ale zaraz pod metalowym słupem wysokiego napięcia... kiepski pomysł. W końcu, długi kawałek później, znajdujemy skręt z ciekawą panoramą na Virpazar. Szybki rekonesans wskazuje łączkę, na której udaje się nam rozbić namiot.
Idziemy jeszcze wypić piwo z widokiem na Virpazar i kończymy je idealnie: pierwsze krople deszczu padają chwilę po opróżnieniu puszki. Szybciutko idziemy do namiotu, bo deszcz najwyraźniej się rozpędzał. I wtedy lunęło. Schowani w namiocie słyszeliśmy tylko kolejne kurtyny wody uderzające w tropik. Po zjedzeniu kolacji Hipcia uparła się, że w tym deszczu wyskoczy do rowerów po liczniki. Nadgorliwość została ukarana - wdepnęła w kałużę, która zrobiła się pod rowerami. Pod rowerami, czyli dokładnie w miejscu, gdzie pierwotnie chciałem ustawić namiot, ale zmieniłem zdanie.
Kałuża mnie zmartwiła, bo deszcz nie przestawał lać, a rozbiliśmy się w niewielkiej kotlince, co mogło sprzyjać odwiedzinom nas przez wodę. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło: lało nadal, ale my już spaliśmy.
- DST 148.36km
- Czas 09:49
- VAVG 15.11km/h
- Podjazdy 2192m
- Sprzęt Zenon
Niedziela, 21 września 2014
Kategoria > 100km, sakwy, do czytania
Rozdział 2: Z powrotem do Unii
Noc nie należała do przyjemnych, głównie za sprawą tego, że na parking kilka razy jeszcze ktoś zajeżdżał na wieczorne piwo, a gdzieś nad ranem jakiś samochód zajechał na nocleg. Budziłem się więc kilka razy, wyglądając na zewnątrz, do tego zawiązałem sobie zbyt szczelnie sznurek na nadgarstku, co praktycznie uniemożliwiło mi spanie na lewym boku (dopiero gdzieś nad ranem wziąłem się za siebie i przewiązałem).
Pobudka nastąpiła zgodnie z planem - pierwszy budzik o piątej rano, drugi o szóstej. Postanowiliśmy bowiem jeszcze w Warszawie dopasować rytm życia do słońca: to nie jest Norwegia, gdzie można się rozbijać w pełnym słońcu o trzeciej w nocy, tu zmrok następuje około 19:00. Pobudki więc miały być około 6:00, starty około 7:00, jazda do późnego wieczora i stosunkowo szybki (22-24) nocleg.
Na dzień dobry postanowiliśmy przejść się po terenie (odprowadzani wzrokiem pracownika pobliskiej restauracji). Zabraliśmy na śniadanie piwo Karlovačko i zeszliśmy trochę niżej. Okazało się, że same wodospady faktycznie są sporo niżej, ale do całkiem niezłej miejscówki mieliśmy dość blisko. Problem w tym, że tam prawdopodobnie był już ktoś samochodem (tak wskazała mi wczorajsza nocna obserwacja). Posiedzieliśmy trochę, zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy z powrotem. W końcu zanim zaczniemy wyrabiać dzisiejszą dniówkę musimy najpierw dokręcić 5 km do śladu.
Przy rowerach okazało się, że nikt nas nie okradł (a ponoć to normalka w takich dzikich krajach), wytoczyliśmy je na asfalt, spróbowaliśmy jeszcze poszukać drogi alternatywnej, przez okolice Medjugorie, ale okazało się, że alternatyw nie ma. Wracamy więc do Ljubušek i kierujemy się na Mostar. W nocy padało, więc asfalt jest mokry, do tego jedziemy w coraz większej mgle. Bośnia i Hercegowina jest taka... rozgrzebana. Dużo rzeczy się buduje, remontuje, szykuje, do tego od samego początku jadą z nami plakaty wyborcze.
Powoli zaczynają się pagórki, pojawia się odrobina wspinaczki, coś tam zaczyna kropić, a im wyżej jesteśmy, tym bardziej wychodzi młga. Gdzieś w okolicy dużego, szerokiego zakrętu siadamy na kamieniach i jemy śniadanie z widokiem na dolinę. Pardon: z widokiem na mgłę. Jeszcze kilka zakrętów i pojawiają się serpentyny, mgła zaczyna znikać (bo pojawiliśmy się po drugiej stronie góry), a przed nami pojawia się piękna panorama Mostaru. Do samego centrum zjeżdżamy bocznymi uliczkami (tak się nam ślad puścił, ale jakoś nie żałuję), bardzo fajnie, bo uliczki są strome (miejscami 11%), kręte i ciasne. Ładnie. Przy jednym z większych skrzyżowań widzimy pierwszy budynek noszący ślady ostrzału. Wpadamy do centrum, rezygnujemy z poświęcenia czasu na wizytę na Starym Moście, w zupełności wystarczy nam jego widok z daleka; widzimy zresztą jednego z tamtejszych skoczków, który jednak nie zebrał wystarczającej kasy i chwilę połaził po moście, po czym zrezygnował.
Droga wyprowadza nas na główną w kierunku Chorwacji. Robi się zupełnie płasko, a wiatr (odmiana) mamy w plecy. Do tego wychodzi słońce, więc jedzie się naprawdę przyjemnie. Mijamy sady cytrynowe (a przynajmniej tak to wyglądało), pojawia się powoli nazwa "Dubrovnik". A na znakach napisy cyrylicą są wielokrotnie zamazane sprejem. Czyżby jacyś lokalni buntownicy?
Jedziemy wzdłuż rzeki, mając po obu stronach góry. Temperatura powoli się podnosi. Mijamy też umieszczony na jakiejś górze stary zameczek (spory obszar objęty murami obronnymi, zamek kapitalnie wpasowany był w zbocze). Ciągle płasko... płasko... aż pojawia się napis informujący nas o przejściu granicznym. Dowiaduję się też, że przejście, do którego chcieliśmy dojechać by przekroczyć ponownie granicę, jest tylko dla ruchu lokalnego. Czeka nas więc przeprawa na wybrzeże. Najpierw jednak wita nas Metković, do którego wjeżdżamy wzdłuż nadbrzeżnej promenady. Świecące słońce i palmy sprawiają, że zaczyna to wszystko wyglądać bardziej... bardziej jak ciepłe kraje. Robimy przystanek w cieniu i kupujemy kilka jabłek i Colę - tradycyjną podstawę naszego jadłospisu. Cola jest zimna, woda, którą kupiłem, również. Bidony uzupełnione.
Droga na wybrzeże prowadzi przez góry, więc cierpliwie zaczynamy się wspinać. Na jednym z płaskich fragmentów wyprzedza nas dwóch szosowców. Standardowo: wyprzedzili i wiszą, tak jak my, 21 km/h, aż człowieka kusi by pogonić i wsiąść na koło (albo i przegonić, bo na szosie z taką prędkością to wstyd. Wstyd podwójny bo obaj mieli ogolone nogi). Na podjeździe (6%) jednak odjechali nam i po chwili byli kropką hen na granicy widoczności. Cierpliwie wdrapaliśmy się na górę (a chłodniej wcale się nie robiło), by potem cieszyć się zasłużonym, chłodnym zjazdem. Gdy obieramy już kierunek wzdłuż wybrzeża wraca nasz znany kolega - wiatr. I znowu w twarz.
Przelatujemy szybko przez przyklejony do morza fragment Bośni i cierpliwie pedałujemy w kierunku Dubrovnika, po drodze mijając się kilka razy z dwójką sakwiarzy. W jednym miejscu robimy dłuższą przerwę na jedzenie, by nas minęli i pojechali sobie w diabły, czego jak czego, ale towarzystwa nie potrzebujemy.
Nagle ruch zaczyna się wzmagać, co sugeruje, że zbliżamy się do większego miasta. Panoramę Dubrovnika widzimy już po ciemku, nie chce nam się marnować czasu na zjeżdżanie i zwiedzanie, bo to wymusiłoby na nas nocleg w samym mieście. Robimy kilka nocnych fotek, przy okazji biegając dwa razy po nowe baterie do aparatu. Ruszamy i prawie od razu robimy mały korek: za nami kupa ludzi wracających z miasta po pracy, z naprzeciwka za to jechało wesele. I też wolno. Jedziemy cierpliwie, licząc na to, że ruch w końcu się uspokoi, bo samochodów dużo, większość jadących z naprzeciwka nieprzyjemnie nas oślepiała.
W jednej z większych miejscowości pytam ludzi o sklepy, mówią, że dalej już nie będzie otwartych, robimy zakupy więc na pierwszym CPN-ie i ruszamy dalej. Sklepy, oczywiście, były. I to otwarte. Myślimy powoli o jakimś kempingu, bo przy tych szczelnie zabudowanych brzegach morza raczej będzie ciężko znaleźć coś wygodnego do spania. Mijamy jednak trzy kempingi, nawet nie myśląc o skręcie i prujemy dalej. Nasza cierpliwość zostaje wynagrodzona, znajdujemy miejscówkę za tunelem, w pobliżu miejsca wypoczynkowego. Rozbijamy się gdzieś na skraju. Korzystając z tego, że jest bardzo ciepło pijemy jeszcze piwo z widokiem na morze i chodzące hen daleko burze. Gdy weszliśmy do namiotu, po chwili (jako że nadal trwa weekend) nadjechał samochód z kilkoma Chorwatami chętnymi na wieczorne piwo. Albo nas nie widzieli, albo postanowili nie przeszkadzać. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że nasi siatkarze przekopali Brazylijczyków w finale MŚ i pozytywnie nastawieni zasypiamy.
Pobudka nastąpiła zgodnie z planem - pierwszy budzik o piątej rano, drugi o szóstej. Postanowiliśmy bowiem jeszcze w Warszawie dopasować rytm życia do słońca: to nie jest Norwegia, gdzie można się rozbijać w pełnym słońcu o trzeciej w nocy, tu zmrok następuje około 19:00. Pobudki więc miały być około 6:00, starty około 7:00, jazda do późnego wieczora i stosunkowo szybki (22-24) nocleg.
Na dzień dobry postanowiliśmy przejść się po terenie (odprowadzani wzrokiem pracownika pobliskiej restauracji). Zabraliśmy na śniadanie piwo Karlovačko i zeszliśmy trochę niżej. Okazało się, że same wodospady faktycznie są sporo niżej, ale do całkiem niezłej miejscówki mieliśmy dość blisko. Problem w tym, że tam prawdopodobnie był już ktoś samochodem (tak wskazała mi wczorajsza nocna obserwacja). Posiedzieliśmy trochę, zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy z powrotem. W końcu zanim zaczniemy wyrabiać dzisiejszą dniówkę musimy najpierw dokręcić 5 km do śladu.
Przy rowerach okazało się, że nikt nas nie okradł (a ponoć to normalka w takich dzikich krajach), wytoczyliśmy je na asfalt, spróbowaliśmy jeszcze poszukać drogi alternatywnej, przez okolice Medjugorie, ale okazało się, że alternatyw nie ma. Wracamy więc do Ljubušek i kierujemy się na Mostar. W nocy padało, więc asfalt jest mokry, do tego jedziemy w coraz większej mgle. Bośnia i Hercegowina jest taka... rozgrzebana. Dużo rzeczy się buduje, remontuje, szykuje, do tego od samego początku jadą z nami plakaty wyborcze.
Powoli zaczynają się pagórki, pojawia się odrobina wspinaczki, coś tam zaczyna kropić, a im wyżej jesteśmy, tym bardziej wychodzi młga. Gdzieś w okolicy dużego, szerokiego zakrętu siadamy na kamieniach i jemy śniadanie z widokiem na dolinę. Pardon: z widokiem na mgłę. Jeszcze kilka zakrętów i pojawiają się serpentyny, mgła zaczyna znikać (bo pojawiliśmy się po drugiej stronie góry), a przed nami pojawia się piękna panorama Mostaru. Do samego centrum zjeżdżamy bocznymi uliczkami (tak się nam ślad puścił, ale jakoś nie żałuję), bardzo fajnie, bo uliczki są strome (miejscami 11%), kręte i ciasne. Ładnie. Przy jednym z większych skrzyżowań widzimy pierwszy budynek noszący ślady ostrzału. Wpadamy do centrum, rezygnujemy z poświęcenia czasu na wizytę na Starym Moście, w zupełności wystarczy nam jego widok z daleka; widzimy zresztą jednego z tamtejszych skoczków, który jednak nie zebrał wystarczającej kasy i chwilę połaził po moście, po czym zrezygnował.
Droga wyprowadza nas na główną w kierunku Chorwacji. Robi się zupełnie płasko, a wiatr (odmiana) mamy w plecy. Do tego wychodzi słońce, więc jedzie się naprawdę przyjemnie. Mijamy sady cytrynowe (a przynajmniej tak to wyglądało), pojawia się powoli nazwa "Dubrovnik". A na znakach napisy cyrylicą są wielokrotnie zamazane sprejem. Czyżby jacyś lokalni buntownicy?
Jedziemy wzdłuż rzeki, mając po obu stronach góry. Temperatura powoli się podnosi. Mijamy też umieszczony na jakiejś górze stary zameczek (spory obszar objęty murami obronnymi, zamek kapitalnie wpasowany był w zbocze). Ciągle płasko... płasko... aż pojawia się napis informujący nas o przejściu granicznym. Dowiaduję się też, że przejście, do którego chcieliśmy dojechać by przekroczyć ponownie granicę, jest tylko dla ruchu lokalnego. Czeka nas więc przeprawa na wybrzeże. Najpierw jednak wita nas Metković, do którego wjeżdżamy wzdłuż nadbrzeżnej promenady. Świecące słońce i palmy sprawiają, że zaczyna to wszystko wyglądać bardziej... bardziej jak ciepłe kraje. Robimy przystanek w cieniu i kupujemy kilka jabłek i Colę - tradycyjną podstawę naszego jadłospisu. Cola jest zimna, woda, którą kupiłem, również. Bidony uzupełnione.
Droga na wybrzeże prowadzi przez góry, więc cierpliwie zaczynamy się wspinać. Na jednym z płaskich fragmentów wyprzedza nas dwóch szosowców. Standardowo: wyprzedzili i wiszą, tak jak my, 21 km/h, aż człowieka kusi by pogonić i wsiąść na koło (albo i przegonić, bo na szosie z taką prędkością to wstyd. Wstyd podwójny bo obaj mieli ogolone nogi). Na podjeździe (6%) jednak odjechali nam i po chwili byli kropką hen na granicy widoczności. Cierpliwie wdrapaliśmy się na górę (a chłodniej wcale się nie robiło), by potem cieszyć się zasłużonym, chłodnym zjazdem. Gdy obieramy już kierunek wzdłuż wybrzeża wraca nasz znany kolega - wiatr. I znowu w twarz.
Przelatujemy szybko przez przyklejony do morza fragment Bośni i cierpliwie pedałujemy w kierunku Dubrovnika, po drodze mijając się kilka razy z dwójką sakwiarzy. W jednym miejscu robimy dłuższą przerwę na jedzenie, by nas minęli i pojechali sobie w diabły, czego jak czego, ale towarzystwa nie potrzebujemy.
Nagle ruch zaczyna się wzmagać, co sugeruje, że zbliżamy się do większego miasta. Panoramę Dubrovnika widzimy już po ciemku, nie chce nam się marnować czasu na zjeżdżanie i zwiedzanie, bo to wymusiłoby na nas nocleg w samym mieście. Robimy kilka nocnych fotek, przy okazji biegając dwa razy po nowe baterie do aparatu. Ruszamy i prawie od razu robimy mały korek: za nami kupa ludzi wracających z miasta po pracy, z naprzeciwka za to jechało wesele. I też wolno. Jedziemy cierpliwie, licząc na to, że ruch w końcu się uspokoi, bo samochodów dużo, większość jadących z naprzeciwka nieprzyjemnie nas oślepiała.
W jednej z większych miejscowości pytam ludzi o sklepy, mówią, że dalej już nie będzie otwartych, robimy zakupy więc na pierwszym CPN-ie i ruszamy dalej. Sklepy, oczywiście, były. I to otwarte. Myślimy powoli o jakimś kempingu, bo przy tych szczelnie zabudowanych brzegach morza raczej będzie ciężko znaleźć coś wygodnego do spania. Mijamy jednak trzy kempingi, nawet nie myśląc o skręcie i prujemy dalej. Nasza cierpliwość zostaje wynagrodzona, znajdujemy miejscówkę za tunelem, w pobliżu miejsca wypoczynkowego. Rozbijamy się gdzieś na skraju. Korzystając z tego, że jest bardzo ciepło pijemy jeszcze piwo z widokiem na morze i chodzące hen daleko burze. Gdy weszliśmy do namiotu, po chwili (jako że nadal trwa weekend) nadjechał samochód z kilkoma Chorwatami chętnymi na wieczorne piwo. Albo nas nie widzieli, albo postanowili nie przeszkadzać. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że nasi siatkarze przekopali Brazylijczyków w finale MŚ i pozytywnie nastawieni zasypiamy.
- DST 193.94km
- Czas 10:06
- VAVG 19.20km/h
- Podjazdy 1607m
- Sprzęt Zenon
Sobota, 20 września 2014
Kategoria > 100km, sakwy, do czytania
Rozdział 1: Najtrudniejszy pierwszy krok
W nocy było gorąco, inaczej niż rok temu, gdy było nam sporo chłodniej. Zapewne zasługa to naszych nowych śpiworów. Szybko zebraliśmy wszystko i pomknęliśmy w stronę bramek. Przebicie się na drugą stronę, trochę oczekiwania na to, aż otworzą nam tę naszą bramkę (była w zamkniętej strefie, którą otworzono dopiero przed odlotem). Razem z nami startowało strasznie dużo ludzi, myśleliśmy, że o tej porze roku połączenie Oslo-Split będzie świeciło pustkami, a tu niespodzianka, samolot był prawie pełen.
Z lotu do Splitu pamiętam niewiele, zapewne dlatego, że starałem się maksymalnie dospać zarwaną noc. Pamiętam rozchmurzone niebo i ładne widoki na ziemię hen na dole. A potem za oknem zrobiło się ciemno. A na oknie pojawiły się takie dziwne, malutkie kropelki. Malutkie kropelki stawały się coraz większe, a gdy już dotknęliśmy kołami lotniska zobaczyliśmy, że za oknem trwa właśnie regularna ulewa. W Chorwacji. Ulewa. A miało tu przecież nie padać.
Jeszcze wsiadając do busa lotniskowego zobaczyliśmy, że dotarły oba rowery i dwie nasze torby z bagażem. Rowery pojawiły się postawione luzem gdzieś na lotnisku. Ruszyłem polując na bagaże i po chwili już staliśmy doprowadzając rowery do stanu umożliwiającego jazdę. Większych strat tym razem nie było - wykrzywiony i pęknięty koszyk na bidon naprawiliśmy za pomocą trytytki. Próbowałem się jeszcze dowiedzieć, jak z godzinami otwarcia przejść granicznych (informacje, które mieliśmy, były sprzed kilku lat), bezskutecznie, odesłano mnie do informacji. Pompowanie roweru (najgorsza część całej zabawy), osakwienie, przeciągnięcie się do informacji (gdzie przemyślnie zastawiłem drzwi wyjściowe z budki, żeby rozmówca mi nie uciekł). Sukces: wszystkie przejścia graniczne w Chorwacji czynne są całą dobę.
W samo południe wytaczamy się przed lotnisko odprowadzani ciekawymi spojrzeniami innych podróżnych, namierzamy naszą pozycję na GPS-ie i ruszamy za żółtą kreską, która ma nas za jakieś trzy tysiące kilometrów i trzy tygodnie doprowadzić z powrotem do Polski. Deszcz jeszcze pada, ale po chwili już przestaje. Wykorzystując (nieudaną) próbę zjechania w jakieś miejsce gdzie mogą mieć kompresor (nieczynny) chowamy przeciwdeszczowe barachło i turlamy się przed siebie. Powoli pojawiają się na horyzoncie pierwsze górki, droga idzie wzdłuż morza, więc prowadzi niewielkimi pagórkami, po których gnalibyśmy przed siebie bez opamiętania gdyby nie nasz nowy przyjaciel: mocny wiatr w twarz.
Split widać już z daleka: jest duży, na pewno ruchliwy, a przez to brzydki, zatem mijamy go tak szybko jak to możliwe, na ostatnie kilkaset metrów "obwodnicy" lądując na... ekspresówce. O tym dowiadujemy się dopiero po znaku jej końca.
Chorwacja nie robi na nas wrażenia, a jeśli już to raczej negatywne: widoki nie oszałamiają, a turystyczność wylega z każdego kąta. "Zimmer/Rooms/Sobe" przy każdym większym domu nad morzem, żadnych niezabudowanych terenów, czy dzikich plaż, wszystkie "kurorty" wyglądają tak samo...
Wkrótce dojeżdżamy do miejscowości Makarska, gdzie robimy pierwsze chorwackie zakupy (Cola i dwa jabłka). Mamy tu odbić w głąb lądu i poturlać się trochę pod górę. Względny brak spokoju na Jordańskiej Magistrali zostaje zrekompensowany: droga 512 jest pusta, prawie nikt tam nie jeździ, możemy w spokoju robić swoje. Podjazd jest łagodny, głównie 3%, z miejscami 6%, jedziemy więc sprawnie podziwiając widoki, które z tej wysokości zrobiły się w końcu interesujące. Co jakiś czas trzeba też przystanąć na łyk czegoś (wody, wody albo coli, bez skojarzeń!), bo temperatura - mimo popołudnia - jest nadal wysoka. Na przełęcz na wysokości ok 600 m docieramy, gdy słońce niemalże zaczyna się chować za horyzontem. Zjazdy następują już przy włączonych światłach, w gęstniejącej powoli mgle. Nawierzchnia jest jednak dobra, a ruch znikomy, więc można spokojnie zasuwać przed siebie.
We Vrgoracu robimy jeszcze szybkie przedwieczorne zakupy i ruszamy dalej w mrok. Za miastem asfalt robi się naprawdę ładny, tymczasem nasz ślad upiera się sprowadzić nas z drogi głównej na jakąś boczną dróżkę prowadzącą ostro w dół. Ponieważ nie widać nigdzie granicy pytamy policjantów, którzy stoją w pobliżu i przetrzepują kolejne samochody. Nie, to nie tędy, musimy jechać dalej do Prologa. Niech będzie.
Granica jest umiejscowiona pośrodku solidnego zjazdu. Pierwsza granica poza Schengen którą przekraczałem w życiu; spodziewałem się czegoś więcej niż przeskanowania paszportów i życzenia miłego wieczoru. A tu proszę - hyc, hyc i już jesteśmy w Bośni i Hercegowinie.
Asfalt troszeczkę się zepsuł. Ale tylko troszeczkę. Poza tym Bośnia różniła się wyraźnie od Chorwacji i to nie tylko za sprawą olbrzymiej ropuchy, którą minęliśmy na jezdni (serio, była wielka jak szczur): w miastach tętni życie. Ludzie chodzą, sklepy otwarte (mimo raczej późnej godziny otwarty był nawet szmateks), zupełnie inaczej niż w śpiącej o tej porze Chorwacji.
Droga prowadziła nas do miejscowości Ljubuški, w której okolicach miał się znajdować wodospad Kravica. Takie sobie miejsce, gdzie podobno biwakują i miejscowi, więc powinno być gdzie się rozbić. A poza tym - ładne widoki. Po drodze kilkukrotnie pytaliśmy o drogę; koniec końców okazało się, że dotarcie nad sam wodospad wymagało dołożenia dodatkowych 5 km. Na miejscu przywitała nas spora restauracja, duży parking i schody gdzieś na dół. Pokręciliśmy się po terenie, uznaliśmy, że wodospady są pewnie dość nisko i pewnie kolejnego ranka trzeba by pałować cały podjazd już na starcie (a czort wie, jak nisko będzie się zjeżdżało), poza tym na dole kręciły się jakieś samochody...
Znaleźliśmy kawałek równego przy postoju i ukryci za domkami rozłożyliśmy nasz namiot. Po chwili na postój zjechało się kilka samochodów, zapewnie miejscowi wyskoczyli sobie na nocnego browara. Prawdopodobnie nikt nas nie zauważył, byliśmy całkiem nieźle schowani, ale i tak rowery miałem na wszelki wypadek przywiązane do ręki.
Na dobranoc trochę polskiego jedzenia... i tak skonczył się pierwszy dzień naszej wyprawy.
Z lotu do Splitu pamiętam niewiele, zapewne dlatego, że starałem się maksymalnie dospać zarwaną noc. Pamiętam rozchmurzone niebo i ładne widoki na ziemię hen na dole. A potem za oknem zrobiło się ciemno. A na oknie pojawiły się takie dziwne, malutkie kropelki. Malutkie kropelki stawały się coraz większe, a gdy już dotknęliśmy kołami lotniska zobaczyliśmy, że za oknem trwa właśnie regularna ulewa. W Chorwacji. Ulewa. A miało tu przecież nie padać.
Jeszcze wsiadając do busa lotniskowego zobaczyliśmy, że dotarły oba rowery i dwie nasze torby z bagażem. Rowery pojawiły się postawione luzem gdzieś na lotnisku. Ruszyłem polując na bagaże i po chwili już staliśmy doprowadzając rowery do stanu umożliwiającego jazdę. Większych strat tym razem nie było - wykrzywiony i pęknięty koszyk na bidon naprawiliśmy za pomocą trytytki. Próbowałem się jeszcze dowiedzieć, jak z godzinami otwarcia przejść granicznych (informacje, które mieliśmy, były sprzed kilku lat), bezskutecznie, odesłano mnie do informacji. Pompowanie roweru (najgorsza część całej zabawy), osakwienie, przeciągnięcie się do informacji (gdzie przemyślnie zastawiłem drzwi wyjściowe z budki, żeby rozmówca mi nie uciekł). Sukces: wszystkie przejścia graniczne w Chorwacji czynne są całą dobę.
W samo południe wytaczamy się przed lotnisko odprowadzani ciekawymi spojrzeniami innych podróżnych, namierzamy naszą pozycję na GPS-ie i ruszamy za żółtą kreską, która ma nas za jakieś trzy tysiące kilometrów i trzy tygodnie doprowadzić z powrotem do Polski. Deszcz jeszcze pada, ale po chwili już przestaje. Wykorzystując (nieudaną) próbę zjechania w jakieś miejsce gdzie mogą mieć kompresor (nieczynny) chowamy przeciwdeszczowe barachło i turlamy się przed siebie. Powoli pojawiają się na horyzoncie pierwsze górki, droga idzie wzdłuż morza, więc prowadzi niewielkimi pagórkami, po których gnalibyśmy przed siebie bez opamiętania gdyby nie nasz nowy przyjaciel: mocny wiatr w twarz.
Split widać już z daleka: jest duży, na pewno ruchliwy, a przez to brzydki, zatem mijamy go tak szybko jak to możliwe, na ostatnie kilkaset metrów "obwodnicy" lądując na... ekspresówce. O tym dowiadujemy się dopiero po znaku jej końca.
Chorwacja nie robi na nas wrażenia, a jeśli już to raczej negatywne: widoki nie oszałamiają, a turystyczność wylega z każdego kąta. "Zimmer/Rooms/Sobe" przy każdym większym domu nad morzem, żadnych niezabudowanych terenów, czy dzikich plaż, wszystkie "kurorty" wyglądają tak samo...
Wkrótce dojeżdżamy do miejscowości Makarska, gdzie robimy pierwsze chorwackie zakupy (Cola i dwa jabłka). Mamy tu odbić w głąb lądu i poturlać się trochę pod górę. Względny brak spokoju na Jordańskiej Magistrali zostaje zrekompensowany: droga 512 jest pusta, prawie nikt tam nie jeździ, możemy w spokoju robić swoje. Podjazd jest łagodny, głównie 3%, z miejscami 6%, jedziemy więc sprawnie podziwiając widoki, które z tej wysokości zrobiły się w końcu interesujące. Co jakiś czas trzeba też przystanąć na łyk czegoś (wody, wody albo coli, bez skojarzeń!), bo temperatura - mimo popołudnia - jest nadal wysoka. Na przełęcz na wysokości ok 600 m docieramy, gdy słońce niemalże zaczyna się chować za horyzontem. Zjazdy następują już przy włączonych światłach, w gęstniejącej powoli mgle. Nawierzchnia jest jednak dobra, a ruch znikomy, więc można spokojnie zasuwać przed siebie.
We Vrgoracu robimy jeszcze szybkie przedwieczorne zakupy i ruszamy dalej w mrok. Za miastem asfalt robi się naprawdę ładny, tymczasem nasz ślad upiera się sprowadzić nas z drogi głównej na jakąś boczną dróżkę prowadzącą ostro w dół. Ponieważ nie widać nigdzie granicy pytamy policjantów, którzy stoją w pobliżu i przetrzepują kolejne samochody. Nie, to nie tędy, musimy jechać dalej do Prologa. Niech będzie.
Granica jest umiejscowiona pośrodku solidnego zjazdu. Pierwsza granica poza Schengen którą przekraczałem w życiu; spodziewałem się czegoś więcej niż przeskanowania paszportów i życzenia miłego wieczoru. A tu proszę - hyc, hyc i już jesteśmy w Bośni i Hercegowinie.
Asfalt troszeczkę się zepsuł. Ale tylko troszeczkę. Poza tym Bośnia różniła się wyraźnie od Chorwacji i to nie tylko za sprawą olbrzymiej ropuchy, którą minęliśmy na jezdni (serio, była wielka jak szczur): w miastach tętni życie. Ludzie chodzą, sklepy otwarte (mimo raczej późnej godziny otwarty był nawet szmateks), zupełnie inaczej niż w śpiącej o tej porze Chorwacji.
Droga prowadziła nas do miejscowości Ljubuški, w której okolicach miał się znajdować wodospad Kravica. Takie sobie miejsce, gdzie podobno biwakują i miejscowi, więc powinno być gdzie się rozbić. A poza tym - ładne widoki. Po drodze kilkukrotnie pytaliśmy o drogę; koniec końców okazało się, że dotarcie nad sam wodospad wymagało dołożenia dodatkowych 5 km. Na miejscu przywitała nas spora restauracja, duży parking i schody gdzieś na dół. Pokręciliśmy się po terenie, uznaliśmy, że wodospady są pewnie dość nisko i pewnie kolejnego ranka trzeba by pałować cały podjazd już na starcie (a czort wie, jak nisko będzie się zjeżdżało), poza tym na dole kręciły się jakieś samochody...
Znaleźliśmy kawałek równego przy postoju i ukryci za domkami rozłożyliśmy nasz namiot. Po chwili na postój zjechało się kilka samochodów, zapewnie miejscowi wyskoczyli sobie na nocnego browara. Prawdopodobnie nikt nas nie zauważył, byliśmy całkiem nieźle schowani, ale i tak rowery miałem na wszelki wypadek przywiązane do ręki.
Na dobranoc trochę polskiego jedzenia... i tak skonczył się pierwszy dzień naszej wyprawy.
- DST 145.81km
- Czas 07:38
- VAVG 19.10km/h
- Podjazdy 1496m
Przedmowa, czyli pogawędka w czasie drogi na lotnisko
Bałkany wykopała (jak zawsze zresztą) Hipcia. Stwierdziła już rok temu, że po prostu pojedziemy i już. Rodzinnie próbowano nas do tego zniechęcić na wszystkie sposoby (również te niedorzeczne - zdziwilibyście się, jak bardzo niedorzeczne), ale jakoś nie przejmujemy się tym co do powiedzenia ma ktoś, dla kogo Bałkany są niebezpieczne ale tylko dlatego że to daleko i mówili o tym w telewizji. Bardziej wiarygodni są dla nas podróżnicy, którzy całkiem niedawno byli na Bałkanach (wielkie dzięki m.in. dla Worka Foliowego i Roberta!).
Przygotowania z roku na rok są coraz łatwiejsze. Wiemy czego będziemy potrzebować, wiemy co trzeba zrobić przed wyjazdem, pozostał tylko wybór trasy (tu znów niezastąpiona Hipcia; ja dopiero później dowiedziałem się, którędy pojedziemy). W tym roku postanowiliśmy bardziej odchudzić nasz bagaż; rok temu miałem jeszcze przednie sakwy, ale jechały raczej pustawe. W tym roku kupiliśmy sobie maty samopompujące, puchowe śpiwory i dużo mniejszy (po spakowaniu) i lżejszy namiot. Do tego postanowiliśmy nie brać ze sobą rzeczy, które nam się zupełnie nie przydają. I tak, z wyprawą pożegnały się m.in. palnik i menażka, bo mimo najszczerszych chęci nie potrafimy zrozumieć Magii Ciepłego Posiłku w warunkach letnio-jesiennych. Po prostu - nie gotujemy. Przed wyjazdem spędziliśmy trochę czasu na ważeniu różnych rzeczy i zostawianiu tych, które na pewno nie będą potrzebne (zyskując na tym 0,5 kg). Na sam koniec postanowiliśmy jednak wziąć spodnie przeciwdeszczowe i puchową kamizelkę dla Hipci, które były przedmiotem zażartej dyskusji. Jedno, i drugie raczej nie powinno się przydać, ale lepiej to mieć na wszelki wypadek. Spędziliśmy też trochę czasu na wybieraniu wora transportowego - w końcu padło na mocniejszy worek Crosso.
Łącznie bagaż wyszedł nam tak: po dwie sakwy na głowę (Crosso Dry BIG) + jeden (pustawy) wór transportowy. Całość bagażu na głowę bujała się w okolicach 8-10 kg (w tym już zapas żarcia na pierwsze półtora dnia).
Tydzień przed samym startem zachorowałem. Pierwotnie myślałem, że to po prostu jakieś pokłosie BBT, organizm zaczyna się dopominać o swoje i wystarczy więcej i jeszcze zdrowiej jeść, a przy tym odpoczywać. Dopiero gdy ktoś w pracy wziął zwolnienie i zorientowałem się, że kilka innych osób kicha i smarka, zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś jakieś dziadostwo po prostu przyniósł do roboty. Z wielkim bólem (szczególnie Szefa) wziąłem zwolnienie na ostatnie trzy dni. W międzyczasie zaraziłem też Hipcię, więc ostatnie dwa dni spędziliśmy sobie siedząc razem w domu.
Sam start był zatem stresujący: z antybiotykiem w bagażu (na wszelki wypadek, jakby się rozkręciło) i odrobiną innych lekarstw mieliśmy wybrać się zatem na sporą, trzytygodniową przejażdżkę rowerową.
W końcu nadszedł właściwy dzień, właściwa godzina, zamknęliśmy drzwi na trzy spusty i potoczyliśmy się w kierunku Okęcia. Samopoczucie ciulowe, wzrok rozbiegany bez możliwości skupienia go, brak motywacji i kupa stresu. No to ognia!
Inaczej niż poprzednio pojechaliśmy przez Marynarską (jeździmy nią od kiedy Hipcia zaczęła niedaleko pracować, wcześniej jakoś ją omijaliśmy) i chwilę później wyładowywaliśmy bagaż na lotnisku (nie obyło się bez minięcia właściwego wejścia na terminal i wracania się pod prąd). Zapakowanie sakw w wory z Ikei, odkręcenie pedałów i cała abrakadabra, którą trzeba zrobić przed startem (tym razem byliśmy mądrzejsi i odkręciliśmy tylne światła, a kluczowe miejsca w rowerze zabezpieczyliśmy gąbkami). Bagaż pojechał sobie w siną dal, a my poturlaliśmy rowery by nadać je jako bagaż ponadwymiarowy. Daleko nie dojechaliśmy...
Dogonił nas chłopak z odprawy (jakiś kierownik czy inny nadzorca) i stwierdził, że tak rowerów puścić nie może, bo mają wystające części (informacyjnie: to już któryś raz lecimy Norwegianem, decydujemy się na te linie, bo umożliwiają przewóz roweru w całości, bez pakowania, więc wiemy co i jak z nim zrobić). "Wystające części" to m.in. siodełko (ok, można obniżyć) i... kierownica. Kierownica razem z mostkiem. Uświadomiłem mu, że jak odkręcę mostek, to widelec trochę wypadnie z ramy, powiedziałem, że nie po raz pierwszy lecimy tymi liniami... ale jeśli zmieniły się przepisy, to niech nam przyniesie. Poleciał. Po chwili wrócił i przeprosił, bo ograniczenia dotyczące wystających części dotyczą bagazu ponadwymiarowego, który nie jest jednak rowerem. I po co ludzi stresować?
Teraz już łatwo: nadanie roweru, bramki i poszukiwanie baru, gdzie można napić się piwa. Tak, wiem: niby jestem chory, ale antybiotyku nie biorę (był na wszelki wypadek); jedno piwo mnie nie zabije - gorzej i tak nie będzie. Wypiliśmy więc jedno, oddaliliśmy się w poszukiwaniu innego miejsca. Zrobiliśmy jakieś zakupy i poszliśmy tam, gdzie ostatnio - do Business Shark. Zamówiliśmy piwo... i nagle okazało się, że do odlotu mamy coś około 40 minut i od chwili już można się ładować w kiedunku wyjścia. Piwo dokończyliśmy w tempie ekspresowym i pognaliśmy do wejścia. Do samolotu, zająć miejsca... start.
W Oslo mieliśmy nadzieję na pozostanie w tej zamkniętej strefie lotniska (czort wie jak się to nazywa), by tam się przespać do rana i być od razu pod bramkami. Niestety, kazano nam wyjść na zewnątrz, do hali odlotów. Bagaże (jako że był to transfer międzynarodowy) jechały już od razu na miejsce. Pozostało nam więc położyć się tam gdzie rok temu, za rzeźbą żubra (czy innego stwora), rozłożyć maty i zawinąć się w śpiwory.
Łyk czegoś na rozgrzanie (zakupionego na bezcłowej w Polsce), kolacja w postaci (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy) kultowych 7-daysów i dobranoc.
Przygotowania z roku na rok są coraz łatwiejsze. Wiemy czego będziemy potrzebować, wiemy co trzeba zrobić przed wyjazdem, pozostał tylko wybór trasy (tu znów niezastąpiona Hipcia; ja dopiero później dowiedziałem się, którędy pojedziemy). W tym roku postanowiliśmy bardziej odchudzić nasz bagaż; rok temu miałem jeszcze przednie sakwy, ale jechały raczej pustawe. W tym roku kupiliśmy sobie maty samopompujące, puchowe śpiwory i dużo mniejszy (po spakowaniu) i lżejszy namiot. Do tego postanowiliśmy nie brać ze sobą rzeczy, które nam się zupełnie nie przydają. I tak, z wyprawą pożegnały się m.in. palnik i menażka, bo mimo najszczerszych chęci nie potrafimy zrozumieć Magii Ciepłego Posiłku w warunkach letnio-jesiennych. Po prostu - nie gotujemy. Przed wyjazdem spędziliśmy trochę czasu na ważeniu różnych rzeczy i zostawianiu tych, które na pewno nie będą potrzebne (zyskując na tym 0,5 kg). Na sam koniec postanowiliśmy jednak wziąć spodnie przeciwdeszczowe i puchową kamizelkę dla Hipci, które były przedmiotem zażartej dyskusji. Jedno, i drugie raczej nie powinno się przydać, ale lepiej to mieć na wszelki wypadek. Spędziliśmy też trochę czasu na wybieraniu wora transportowego - w końcu padło na mocniejszy worek Crosso.
Łącznie bagaż wyszedł nam tak: po dwie sakwy na głowę (Crosso Dry BIG) + jeden (pustawy) wór transportowy. Całość bagażu na głowę bujała się w okolicach 8-10 kg (w tym już zapas żarcia na pierwsze półtora dnia).
Tydzień przed samym startem zachorowałem. Pierwotnie myślałem, że to po prostu jakieś pokłosie BBT, organizm zaczyna się dopominać o swoje i wystarczy więcej i jeszcze zdrowiej jeść, a przy tym odpoczywać. Dopiero gdy ktoś w pracy wziął zwolnienie i zorientowałem się, że kilka innych osób kicha i smarka, zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś jakieś dziadostwo po prostu przyniósł do roboty. Z wielkim bólem (szczególnie Szefa) wziąłem zwolnienie na ostatnie trzy dni. W międzyczasie zaraziłem też Hipcię, więc ostatnie dwa dni spędziliśmy sobie siedząc razem w domu.
Sam start był zatem stresujący: z antybiotykiem w bagażu (na wszelki wypadek, jakby się rozkręciło) i odrobiną innych lekarstw mieliśmy wybrać się zatem na sporą, trzytygodniową przejażdżkę rowerową.
W końcu nadszedł właściwy dzień, właściwa godzina, zamknęliśmy drzwi na trzy spusty i potoczyliśmy się w kierunku Okęcia. Samopoczucie ciulowe, wzrok rozbiegany bez możliwości skupienia go, brak motywacji i kupa stresu. No to ognia!
Inaczej niż poprzednio pojechaliśmy przez Marynarską (jeździmy nią od kiedy Hipcia zaczęła niedaleko pracować, wcześniej jakoś ją omijaliśmy) i chwilę później wyładowywaliśmy bagaż na lotnisku (nie obyło się bez minięcia właściwego wejścia na terminal i wracania się pod prąd). Zapakowanie sakw w wory z Ikei, odkręcenie pedałów i cała abrakadabra, którą trzeba zrobić przed startem (tym razem byliśmy mądrzejsi i odkręciliśmy tylne światła, a kluczowe miejsca w rowerze zabezpieczyliśmy gąbkami). Bagaż pojechał sobie w siną dal, a my poturlaliśmy rowery by nadać je jako bagaż ponadwymiarowy. Daleko nie dojechaliśmy...
Dogonił nas chłopak z odprawy (jakiś kierownik czy inny nadzorca) i stwierdził, że tak rowerów puścić nie może, bo mają wystające części (informacyjnie: to już któryś raz lecimy Norwegianem, decydujemy się na te linie, bo umożliwiają przewóz roweru w całości, bez pakowania, więc wiemy co i jak z nim zrobić). "Wystające części" to m.in. siodełko (ok, można obniżyć) i... kierownica. Kierownica razem z mostkiem. Uświadomiłem mu, że jak odkręcę mostek, to widelec trochę wypadnie z ramy, powiedziałem, że nie po raz pierwszy lecimy tymi liniami... ale jeśli zmieniły się przepisy, to niech nam przyniesie. Poleciał. Po chwili wrócił i przeprosił, bo ograniczenia dotyczące wystających części dotyczą bagazu ponadwymiarowego, który nie jest jednak rowerem. I po co ludzi stresować?
Teraz już łatwo: nadanie roweru, bramki i poszukiwanie baru, gdzie można napić się piwa. Tak, wiem: niby jestem chory, ale antybiotyku nie biorę (był na wszelki wypadek); jedno piwo mnie nie zabije - gorzej i tak nie będzie. Wypiliśmy więc jedno, oddaliliśmy się w poszukiwaniu innego miejsca. Zrobiliśmy jakieś zakupy i poszliśmy tam, gdzie ostatnio - do Business Shark. Zamówiliśmy piwo... i nagle okazało się, że do odlotu mamy coś około 40 minut i od chwili już można się ładować w kiedunku wyjścia. Piwo dokończyliśmy w tempie ekspresowym i pognaliśmy do wejścia. Do samolotu, zająć miejsca... start.
W Oslo mieliśmy nadzieję na pozostanie w tej zamkniętej strefie lotniska (czort wie jak się to nazywa), by tam się przespać do rana i być od razu pod bramkami. Niestety, kazano nam wyjść na zewnątrz, do hali odlotów. Bagaże (jako że był to transfer międzynarodowy) jechały już od razu na miejsce. Pozostało nam więc położyć się tam gdzie rok temu, za rzeźbą żubra (czy innego stwora), rozłożyć maty i zawinąć się w śpiwory.
Łyk czegoś na rozgrzanie (zakupionego na bezcłowej w Polsce), kolacja w postaci (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy) kultowych 7-daysów i dobranoc.
- DST 8.00km
- Czas 00:20
- VAVG 24.00km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 19 września 2014
No to ruszamy
No to jedziemy. Wszystko spakowane, wszystko przygotowane, dziś lot (z przesiadką), jutro o 10:00 jesteśmy w Splicie i ruszamy.
Podobnie jak w zeszłym roku postanowiliśmy przygotować dla rodziców osobne konto na twitterze, gdzie będziemy publikowali info o wyprawie SMS-em. Skoro już jest to przygotowane, to możemy to udostępnić i tutaj, co nam szkodzi.
Poniżej powinna znajdować się wrzutka z Twittera, jeśli nie działa (u mnie, oczywiście, działa), to tutaj jest bezpośredni link.
Trzymać kciuki za zdrowie, z resztą sobie poradzimy.
Tweety na temat @aiwnaszlaku
Podobnie jak w zeszłym roku postanowiliśmy przygotować dla rodziców osobne konto na twitterze, gdzie będziemy publikowali info o wyprawie SMS-em. Skoro już jest to przygotowane, to możemy to udostępnić i tutaj, co nam szkodzi.
Poniżej powinna znajdować się wrzutka z Twittera, jeśli nie działa (u mnie, oczywiście, działa), to tutaj jest bezpośredni link.
Trzymać kciuki za zdrowie, z resztą sobie poradzimy.
Tweety na temat @aiwnaszlaku
- Sprzęt Zenon
Wtorek, 16 września 2014
Koniec tygodnia
Pozostałe dni tygodnia sponsorują literka "L" i cyferka "4".
Głupim pomysłem było niewzięcie zwolnienia od początku tygodnia. Równie głupim - przyjeżdżanie do pracy rowerem. Jakoś miałem wrażenie, że latające w powietrzu zarazki zwiększają moje złe samopoczucie. No i teraz czekamy - przejdzie to licho czy nie przejdzie?
Głupim pomysłem było niewzięcie zwolnienia od początku tygodnia. Równie głupim - przyjeżdżanie do pracy rowerem. Jakoś miałem wrażenie, że latające w powietrzu zarazki zwiększają moje złe samopoczucie. No i teraz czekamy - przejdzie to licho czy nie przejdzie?
- DST 8.46km
- Czas 00:25
- VAVG 20.30km/h
- Sprzęt Zenon
Wtorek, 16 września 2014
Kategoria do czytania, transport
Znowu ustawka
Po pracy znowu ustawka z Hipcią.
Zdumiewa ilość batmanów, samobójców i kretynów na DDR. Jednego spotykam już trzeci raz i trzeci raz jedzie tak jak mu się podoba. Głównie jedzie środkiem (zastawiając wszystko) albo lewą. Następnym razem coś mu powiem, bo już mnie szlag trafia.
Zdumiewa ilość batmanów, samobójców i kretynów na DDR. Jednego spotykam już trzeci raz i trzeci raz jedzie tak jak mu się podoba. Głównie jedzie środkiem (zastawiając wszystko) albo lewą. Następnym razem coś mu powiem, bo już mnie szlag trafia.
- DST 26.16km
- Czas 01:11
- VAVG 22.11km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 15 września 2014
Kategoria do czytania, transport
Powoli, spokojnie
Prędkość przelotowa w okolicach 25/26 km/h. Zmęczenie nie jest dziś wskazane.
- DST 8.36km
- Czas 00:20
- VAVG 25.08km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 12 września 2014
Kategoria do czytania, transport
Hippoustawki, Hippodebil, Hippozdrowienie i Hippopakowanie
Dwie ustawki na mieście po pracy. Raz była to jaszczuroustawka, a raz - jaszczuro-ekspertoustawka. Przy czym raz wyraźnie zaznaczyłem, że czekamy na siebie w miejscu, gdzie się umówiliśmy. A nie wyjeżdżamy mi naprzeciw. Lud wyjechał naprzeciw - pech chciał, że jechałem drugą stroną Jerozolimskich... no i potem musiałem gnać od Kleszczowej do Popularnej.
Od kilku dni czułem się kiepsko. Zamglony wzrok, zmęczenie, potężna senność... nie mogłem się skupić na robocie, w domu spać szedłem o 22:30... Masakra jakaś. Przeanalizowałem wszystkie możliwości - w końcu dopiero co miałem BBT, niewiele po nim odpoczywałem, czyżby jakieś przemęczenie? Braki mikroelementów? Witamin? Poważnie rozważałem opcję udania się na badanie krwi, by ustalić czego mi brakuje (w końcu za tydzień wyjazd!). Nie wziąłem jednego pod uwagę; uświadomił mi to dopiero kolega, który w piątek poszedł na L4. Po prostu byłem przeziębiony... Debil.
Sobota była bardzo, bardzo kiepska. Pamiętam ją w sumie średniołamaneprzezwcale. Trochę pakowania, trochę snucia się jak ząbi (uwielbiam spolszczoną wersję tego słowa)... Już jest lepiej. Wracamy do gry.
Pakowanie już zakończone. Pozostały pojedyncze pierdoły. Teraz można się relaksować. Sakwy wyposażone w nalepki z polską flagą (nie chcieliśmy brać flagi na drążku - ani to poręczne, ani lekki); rower mój oznaczony nalepką forumową...
Od kilku dni czułem się kiepsko. Zamglony wzrok, zmęczenie, potężna senność... nie mogłem się skupić na robocie, w domu spać szedłem o 22:30... Masakra jakaś. Przeanalizowałem wszystkie możliwości - w końcu dopiero co miałem BBT, niewiele po nim odpoczywałem, czyżby jakieś przemęczenie? Braki mikroelementów? Witamin? Poważnie rozważałem opcję udania się na badanie krwi, by ustalić czego mi brakuje (w końcu za tydzień wyjazd!). Nie wziąłem jednego pod uwagę; uświadomił mi to dopiero kolega, który w piątek poszedł na L4. Po prostu byłem przeziębiony... Debil.
Sobota była bardzo, bardzo kiepska. Pamiętam ją w sumie średniołamaneprzezwcale. Trochę pakowania, trochę snucia się jak ząbi (uwielbiam spolszczoną wersję tego słowa)... Już jest lepiej. Wracamy do gry.
Pakowanie już zakończone. Pozostały pojedyncze pierdoły. Teraz można się relaksować. Sakwy wyposażone w nalepki z polską flagą (nie chcieliśmy brać flagi na drążku - ani to poręczne, ani lekki); rower mój oznaczony nalepką forumową...
- DST 28.96km
- Czas 01:15
- VAVG 23.17km/h
- Sprzęt Zenon


















