Poniedziałek, 31 marca 2014
Kategoria transport, do czytania
Do pracy
Przekroczone 36 tysięcy od początku BS.
- DST 9.94km
- Czas 00:22
- VAVG 27.11km/h
- Sprzęt Zenon
Niedziela, 30 marca 2014
Kategoria < 25km
To je krawądka, z tego nie zadasz
Ja mam zakaz zadawania z krawąd, Hipcia - może, bo jej się na krawądach trzyma i zgina. I się okazało, że jak się przytulę do ściany i będę się wysoko wstawiał, to całkiem trudne drogi można załoić.
- DST 7.95km
- Czas 00:20
- VAVG 23.85km/h
- Sprzęt Zenon
Sobota, 29 marca 2014
Kategoria > 100km, zaliczając gminy, szypko
Definicja słowa "lekko".
Tydzień temu mieliśmy trochę dłuższy wyjazd, dlatego też w tym tygodniu nie chciałem niczego dłuższego. Po prostu, dla odmiany, chciałem trochę posiedzieć w domu a nie na siodełku. Kiedyś, gdy na takie dni planowaliśmy "lekką" trasę, to kończyła się ona po dziesięciu, no, dwudziestu kilometrach. Teraz - "lekka" trasa według Hipci to nie wiecej niż dwieście z groszami. Znak czasów...
Pierwszą trasą był Białystok, nie chciało nam (mi) się jednak zrywać o szóstej rano by zdążyć na Warszawę Gdańską na pociąg. Postanowiliśmy uderzyć w inne miejsce. Gdzieś około południa wytoczyliśmy szosy na asfalt i ruszyliśmy przed siebie. Czekały na nas dwa pociągi powrotne z Kutna.
Aż do Sochaczewa jedzie się świetnie: wiatr nie przeszkadza (czasem pomaga), średnia powyżej 30 km/h, słońce świeci... nie ma co narzekać. Narzekać można było w mieście, bo przez ruch uliczny musieliśmy sporo pozwalniać. Na szczęście wypadliśmy na "pięćdziesiątkę" (zupełnie niechcący) i (tradycyjnie na tej drodze ignorując zakaz dla rowerów) dojechaliśmy do "92", tam skręciliśmy na Poznań. Zakaz dla rowerów wyparował, za to pojawiło się piękne, szerokie pobocze.
Pierwszy postój w Łowiczu, na jakiejś stacji, uwinęliśmy się szybko i zaraz byliśmy z powrotem w trasie. Przed Kutnem dwukrotnie zbijaliśmy w boczne drogi, żeby zaliczyć dwie gminy, nie wpłynęło to znacząco na średnią. Nie rwaliśmy jakoś szaleńczo, ale też nie obijaliśmy się, a średnia wisiała wysoko - nadal powyżej 30 km/h.
Przed Kutnem postanowiliśmy ruszyć w górę, na północ, zaliczyć jeszcze jedną gminę - Strzelce. Tam stanęliśmy i zaczęliśmy analizować: na pierwszy pociąg mogliśmy jeszcze spokojnie zdążyć, przed drugim mogliśmy jeszcze zaliczyć jedną gminę. Po chwili już jechaliśmy na północ, w kierunku Gostynina. Szybkie zaliczenie (Gostynin ma też gminę miejską, nie ma tak łatwo) i powrót do Kutna. W Gostyninie założylimy bluzy, w Kutnie, na stacji - całą resztę. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, jakiego mieliśmy farta nie decydując się na powrót do Warszawy przez Płock - mielibyśmy do zrobienia około 130 km późnym wieczorem, wieczorem chłodniejszym niż tydzień temu. A ubrania mieliśmy zdecydowanie cieńsze niż podczas tamtego wyjazdu...
Do samego dworcaudało się średnia się utrzymywała bez zmian. Nie "udało się", bo byliśmy spokojnie i daleko od granicy. Rekord ustanowiony: 175 km ze średnią większą od 30 km/h.
Na stacji przekiblowaliśmy pół godziny i wróciliśmy do domu pociągiem Przewozów Regionalnych. Takim jeszcze nie jechaliśmy: wagon bez przedziałów, pamiętający bardzo stare czasy, wieszaków na rowery było sześć, ale większość z powyginanymi hakami... Ja tam na takie bzdury nie narzekam, ale ktoś ze współpasażerów całkiem głośno to komentował.
W Warszawie dla świętego spokoju docisnęliśmy ostatnie kilometry, żeby czasem się nam cyfry nie zepsuły przez ślamazarną jazdę.
Zaliczonych gmin: 8 (Łódzkie +6, Mazowieckie +2).
Pierwszą trasą był Białystok, nie chciało nam (mi) się jednak zrywać o szóstej rano by zdążyć na Warszawę Gdańską na pociąg. Postanowiliśmy uderzyć w inne miejsce. Gdzieś około południa wytoczyliśmy szosy na asfalt i ruszyliśmy przed siebie. Czekały na nas dwa pociągi powrotne z Kutna.
Aż do Sochaczewa jedzie się świetnie: wiatr nie przeszkadza (czasem pomaga), średnia powyżej 30 km/h, słońce świeci... nie ma co narzekać. Narzekać można było w mieście, bo przez ruch uliczny musieliśmy sporo pozwalniać. Na szczęście wypadliśmy na "pięćdziesiątkę" (zupełnie niechcący) i (tradycyjnie na tej drodze ignorując zakaz dla rowerów) dojechaliśmy do "92", tam skręciliśmy na Poznań. Zakaz dla rowerów wyparował, za to pojawiło się piękne, szerokie pobocze.
Pierwszy postój w Łowiczu, na jakiejś stacji, uwinęliśmy się szybko i zaraz byliśmy z powrotem w trasie. Przed Kutnem dwukrotnie zbijaliśmy w boczne drogi, żeby zaliczyć dwie gminy, nie wpłynęło to znacząco na średnią. Nie rwaliśmy jakoś szaleńczo, ale też nie obijaliśmy się, a średnia wisiała wysoko - nadal powyżej 30 km/h.
Przed Kutnem postanowiliśmy ruszyć w górę, na północ, zaliczyć jeszcze jedną gminę - Strzelce. Tam stanęliśmy i zaczęliśmy analizować: na pierwszy pociąg mogliśmy jeszcze spokojnie zdążyć, przed drugim mogliśmy jeszcze zaliczyć jedną gminę. Po chwili już jechaliśmy na północ, w kierunku Gostynina. Szybkie zaliczenie (Gostynin ma też gminę miejską, nie ma tak łatwo) i powrót do Kutna. W Gostyninie założylimy bluzy, w Kutnie, na stacji - całą resztę. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, jakiego mieliśmy farta nie decydując się na powrót do Warszawy przez Płock - mielibyśmy do zrobienia około 130 km późnym wieczorem, wieczorem chłodniejszym niż tydzień temu. A ubrania mieliśmy zdecydowanie cieńsze niż podczas tamtego wyjazdu...
Do samego dworca
Na stacji przekiblowaliśmy pół godziny i wróciliśmy do domu pociągiem Przewozów Regionalnych. Takim jeszcze nie jechaliśmy: wagon bez przedziałów, pamiętający bardzo stare czasy, wieszaków na rowery było sześć, ale większość z powyginanymi hakami... Ja tam na takie bzdury nie narzekam, ale ktoś ze współpasażerów całkiem głośno to komentował.
W Warszawie dla świętego spokoju docisnęliśmy ostatnie kilometry, żeby czasem się nam cyfry nie zepsuły przez ślamazarną jazdę.
Zaliczonych gmin: 8 (Łódzkie +6, Mazowieckie +2).
- DST 182.82km
- Czas 06:02
- VAVG 30.30km/h
- VMAX 44.74km/h
- Sprzęt Stefan
Piątek, 28 marca 2014
Kategoria transport
Z pracy
- DST 13.27km
- Czas 00:31
- VAVG 25.68km/h
- Sprzęt Zenon
Piątek, 28 marca 2014
Kategoria transport
Praca
- DST 23.42km
- Czas 00:58
- VAVG 24.23km/h
- Sprzęt Zenon
Czwartek, 27 marca 2014
Kategoria do czytania, transport
Na wyjazd sakwiarski bez namiotu, śpiwora, karimaty...
Swego czasu przechodziliśmy przez ważenie wszystkiego, co się tylko rusza, dzięki czemu dowiedziałem się, że mój stary namiot waży coś około 3,2 kg, śpiwór gdzieś pod 1,6 kg, a karimata - 400 g. Razem wychodzi pięć kilo z ogonkiem. Pięć kilo, które trzeba ciągnąć na rowerze... a gdyby się tak tego pozbyć? Bez żadnych zobowiązań i skutków negatywnych, po prostu zawinąć na wyjazd bez tego? Każdy, kto jeździł z sakwami, wie, jak lekko chodzi rower, gdy się go znacznie odciąży...
Ponieważ wyjazd bez tych trzech rzeczy na wyjazd (a zwykle jeżdżę jednak gdy jest chłodniej i bardziej mokro) uznałem za kiepski pomysł, postanowiłem tego nadmiaru pozbyć się inaczej. Od chwili już podśmiechiwała się ze mnie Hipcia, a instruktorka na treningach wymownie dziobała mnie w brzuch. I w końcu, gdzieś pod koniec stycznia, zdałem sobie sprawę z teorii, którą wyłuszczyłem w pierwszym akapicie. A jako że 2014 jest rokiem większych sportowych wyznań i sporych oczekiwań, zarówno rowerowych, jak i wspinaczkowych, postanowiłem pozbyć się nadmiaru bagażu noszonego ze sobą wszędzie i tym samym zwiększyć możliwości zmniejszając jednocześnie obciążenie.
W niecałe dwa miesiące, używając tylko metody "żryj mniej" (batonów i bananów) i nie ograniczając sobie niczego, nie zmieniając też szczególnie trybu życia, pozbyłem się ponad sześciu kilo (co ciekawe, przed całym procesem, mimo że zaliczyłbym się do ludzi szczupłych, BMI wskazywało, że mam nadwagę - dowiedziałem się tego dopiero wtedy, gdy kupiłem sobie wagę). Docelowo chcę zniknąć jeszcze z cztery, żeby było dokładnie dziesięć mniej. Nie, nie czuję się lepiej, nie oddycha mi się lepiej, nie śpi mi się lepiej, bo nie startowałem z miejsca, gdzie było "gorzej". Rowerowo nie jestem w stanie ocenić zysków, ale wspinaczkowo widać, że zgina się dużo lepiej.
Ponieważ wyjazd bez tych trzech rzeczy na wyjazd (a zwykle jeżdżę jednak gdy jest chłodniej i bardziej mokro) uznałem za kiepski pomysł, postanowiłem tego nadmiaru pozbyć się inaczej. Od chwili już podśmiechiwała się ze mnie Hipcia, a instruktorka na treningach wymownie dziobała mnie w brzuch. I w końcu, gdzieś pod koniec stycznia, zdałem sobie sprawę z teorii, którą wyłuszczyłem w pierwszym akapicie. A jako że 2014 jest rokiem większych sportowych wyznań i sporych oczekiwań, zarówno rowerowych, jak i wspinaczkowych, postanowiłem pozbyć się nadmiaru bagażu noszonego ze sobą wszędzie i tym samym zwiększyć możliwości zmniejszając jednocześnie obciążenie.
W niecałe dwa miesiące, używając tylko metody "żryj mniej" (batonów i bananów) i nie ograniczając sobie niczego, nie zmieniając też szczególnie trybu życia, pozbyłem się ponad sześciu kilo (co ciekawe, przed całym procesem, mimo że zaliczyłbym się do ludzi szczupłych, BMI wskazywało, że mam nadwagę - dowiedziałem się tego dopiero wtedy, gdy kupiłem sobie wagę). Docelowo chcę zniknąć jeszcze z cztery, żeby było dokładnie dziesięć mniej. Nie, nie czuję się lepiej, nie oddycha mi się lepiej, nie śpi mi się lepiej, bo nie startowałem z miejsca, gdzie było "gorzej". Rowerowo nie jestem w stanie ocenić zysków, ale wspinaczkowo widać, że zgina się dużo lepiej.
- DST 19.89km
- Czas 00:48
- VAVG 24.86km/h
- Sprzęt Zenon
Środa, 26 marca 2014
Kategoria transport
Praca
- DST 23.11km
- Czas 00:54
- VAVG 25.68km/h
- Sprzęt Zenon
Wtorek, 25 marca 2014
Kategoria do czytania, transport
Praca
Do pracy dojechałem.
A w międzyczasie zmieniłem sobie menu po lewej stronie. Teraz jest takie inne, klikalne.
A w międzyczasie zmieniłem sobie menu po lewej stronie. Teraz jest takie inne, klikalne.
- DST 19.46km
- Czas 00:49
- VAVG 23.83km/h
- Sprzęt Zenon
Poniedziałek, 24 marca 2014
Kategoria do czytania, transport
Statyczycznie-gminożernie
Zaktualizowałem statystyki. Mazowieckie prowadzi - 52%, tuż za nim jest Warmińsko-Mazurskie; jedyne dwa województwa które zaliczyliśmy więcej niż w połowie.
- DST 7.86km
- Czas 00:17
- VAVG 27.74km/h
- Sprzęt Zenon
Sobota, 22 marca 2014
Kategoria > 300km, do czytania, zaliczając gminy
Przez Wielkopolskę na Mazowsze
Zaczęło
się od planu. Plan był dobry. Potem plan został zmieniony i stał się
bardzo dobry. A potem sprawdziliśmy pogodę. Konkretnie wiatr. Wiatr miał
wiać tak, że (biorąc pod uwagę to, że trasa planu była pętelką) mógł
trochę dokuczyć. Wyciągnęliśmy zatem plan awaryjny i jazdę z wiatrem - z
Lublina. Okazało się, że PKP już nie puszcza do Lublina pociągów z
przewozem rowerów, więc wróciliśmy do korzeni i planu A.
Nadszedł dzień poprzedzający wyjazd. Tradycyjnie (jak to w piątek) mieliśmy jeszcze trening na ścianie. Mocny trening. Jak zawsze zresztą. Poszliśmy spać o północy - nawet Hipcia (co samo w sobie jest ewenementem). Pojawił się i ranek. Przebudziłem się gdzieś około piątej i zorientowałem się, że mam jeszcze pół godziny zanim te sukinsyny zaczną się odzywać, jeden po drugim. I zaczęły, taka ich mać. Pierwszy łobuz zadzwonił o 5:30. Drugi - dziesięć minut później. Trzeci - ostateczny - za dziesięć szósta. Wstałem i stwierdziłem, że zacznę dzień od żalu. I tak sobie żałowałem. Żałowałem głupiego pomysłu, żałowałem, że łóżko jest tak ciepłe, żałowałem, że nie wyłączyłem tych budzików w cholerę, żałowałem, że trzeba się ubrać, żałowałem, że trzeba jeść to cholerne śniadanie tak wcześnie rano w sobotę (zamiast cztery godziny później). O Bogowie, jakże ja nienawidzę wstawania rano!
Wsiedliśmy w końcu na rowery (Hipcia zdążyła jakieś tysiąć czterysta razy powtórzyć "Szybko! Bo się spóźnimy!") i zajechaliśmy na Zachodni. Do odjazdu mamy jakieś dwadzieścia minut, a kolejka taka jak nigdy. Gdzieś z boku Mroczne Dzieci Szatana rozsiewają czerń swoich ubrań jedząc... pączki, a przed nami jakaś nerdownia ze smyczami Microsoftu jadąca na jakis zlot czy coś tam. Wszyscy, dziesięć osób, kupowali pojedynczo bilety. Bilety na... 8:20! Na szczęście udało mi się grzecznie wprosić w kolejkę i dzięki temu byliśmy na peronie trzy minuty przed przyjazdem pociągu. Pociąg nadjechał, poszliśmy do naszego wagonu... a gdzie przedział na rowery?! Halo! Przedziału nie było. Zaparkowaliśmy rowery na samym końcu i usiedliśmy przy nich na glebie (nasze miejscówki były przy drugich drzwiach wagonu). Gdy przyszedł konduktor zbudził dwóch chłopaków, którzy zajęli sobie cały przedział i spali (nie chcieliśmy ich budzić - na podłodze było wygodnie), po czym zaprosił nas do środka. I tak posiedzieliśmy sobie jeszcze pół godziny zanim wyskoczyliśmy na peron w Kutnie.
I start! Początek, czyli wydostanie się z Kutna, na szczęście był prosty i oczywisty jak budowa cepa, można go było spokojnie spamiętać. Po chwili skręciliśmy już w DK 92 i ruszyliśmy na Konin. Jechało się elegancko! Szerokie, równe pobocze, ruch maleńki (w końcu była sobota rano), słońce co prawda nie chciało wyjść zza chmur, ale niech mu tam będzie, przeżyjemy. Powoli zbliżały się dwa ważne skrzyżowania. Ważne dlatego, że trasę ułożyłem tak, że decyzja związana z tym czy jedziemy dłuższym czy krótszym wariantem, musiała być podjęta na samym końcu. Po pierwszych sześćdziesięciu kilometrach mieliśmy zadecydować, czy jedziemy wariantem na 260, 300 czy dłuższym. W zasadzie decyzja była podjęta w pociągu, ale w razie czego opcje też mieliśmy - padło na wariant najdłuższy.
Gdzieś po drodze nastąpił dość ważny moment - pierwszy raz dotknęliśmy kołami województwa Wielkopolskiego.
Wiatr albo pomagał, albo nie przeszkadzał, nie wiem. Dojeżdżając do Konina mieliśmy średnią powyżej 28 km/h i jakieś 85 km przejechanych od Kutna. Przy skręcie na Łódź, w DK 72, mieliśmy do prawda Orlen, ale trzeba by było zejść na chodnik, przejechać pięćdziesiąt metrów (!) zdala od szosy. Więc Hipcia kategorycznie stwierdziła, że nie chce się jej, gdzieś dalej też będą stacje. Na dzień dobry przywitała nas tablica wskazujaca "Łódź 100" poza tym na siedemdziesiątce dwójce zepsuł się asfalt, zepsuło się też pobocze, zrobiło się ciaśniej, a przy okazji wiatr przypomniał sobie że żyje i dmuchnął prosto w twarz. No i już nie było tak kolorowo. W końcu napotkaliśmy jakąś stację, zrobiliśmy sobie tam dłuższą planową przerwę (zamiast na 75 kilometrze była w okolicach 90). Wsunęliśmy po parówce, zmarnowaliśmy trochę czasu (18 minut zamiast planowanego kwadransa) i ruszyliśmy dalej walczyć z wiatrem. Zrobiło się cieplej, słońce zaczęło nieśmiało wyłazić zza chmur, a Hipcia zaczęła w międzyczasie się boleć. Kolano bolało od początku (bo ono zawsze boli), ale odezwały się plecy. I, co gorsza, nie chciały przestać. Gdzieś po 35 kilometrach stanęliśmy na kilka minut by mogła się rozciągnąć, potem jechaliśmy dalej. Im bliżej Łodzi tym większy ruch się robił i zwiększał się poziom buraków na metr bieżący nawierzchni.
Ja sobie tymczasem wyłem. Bo wyję, taki mam zwyczaj. Jakies piosenki, które pamiętam w całości, we fragmentach, sklejane refreny kilku kawałków, im durniejsze tym lepsze, coś się mnie uczepi i jadę tak kwadrans, wyjąc na przemian dwa lub cztery wersy. Co ciekawe, tym razem nie uczepiła się mnie moja standardowa piosenka (może jest przeznaczona tylko na sakwy), za to dopadła mnie inna. A jako że dojeżdżaliśmy do Łodzi, zmieniłem refren na "Wal na Łódź" i tak jechałem mrucząc "Wal na Łódź, weź się zczilałtuj, wal na Łódź...".
Łódź w końcu przyszła. Poznaliśmy po wlotówce. Reguła, że wlotówki do dużych miast przypominają poligon wojskowy, zadziałała i tutaj. Potem zrobiło się przyjemniej, szerzej, pojawiły się trzy pasy i... światła. A skoro zaczęło się duże miasto, pojawił się i zakaz dla rowerów, na szczęście zaraz obok była stacja, gdzie zrobiliśmy kolejną planową przerwę (tym razem jakoś po stu kilometrach od ostatniej). Parówek nie było, wsunęliśmy batony, uzupełnili bidony, pozbyłem się długich nogawek (nie chciałem ich zmieniać na poprzedniej krótkiej przerwie, za mało czasu mieliśmy) i ruszyliśmy dalej. Poprowadziła nas ładna, asfaltowa dróżka rowerowa, naprawdę miodzio! Szeroka, asfaltowa, równa... wszystko co dobre szybko się kończy. Wypchnięto nas na jakis wyrób ścieżkopodobny zbudowany z kostki. Już nie chcieliśmy walić asfaltem, po (dłuższej) chwili się toto skończyło i (w końcu) znaleźliśmy się na wylotówce. Poziom kretynów na metr bieżący jeszcze się zwiększył. Idiotów wyprzedzających na trzeciego lub próbujących wepchnąć się między nas i wyprzedzany aktualnie samochód wzrósł zauważalnie, jakby wszyscy byli tego dnia na słońcu i przygrzało ich za mocno.
Na szczęście za chwilę, w Brzezinach, odbiliśmy w lewo, w drogę powiatową. Było to niezbędne by zaliczyć jedną gminę, schowaną gdzieś daleko w okolicach autostrady. Poczęło zmierzchać i robić się chłodno, wbiłem się z powrotem w nogawki i bluzę, zmieniliśmy też szkła w okularach i zaświeciliśmy światła. Asfalt był przyjemny i równy, wiatr w końcu przestał przeszkadzać (cały odcinek z Konina do Brzezin mocniej lub słabiej wiało w twarz), jechało się całkiem przyjemnie. W końcu nadeszły Łyszkowice, gdzie skręciliśmy w kierunku Skierniewic. Było już ciemno, zepsuł się asfalt, a Hipcia zaczęła boleć jeszcze bardziej. Wszystkie nierówności biły w plecy i przeszkadzały bardziej, więc musieliśmy jeszcze zatrzymać się po drodze, przed Skierniewicami. Na szczęście w Makowie poprawił się asfalt, w Skierniewicach zmyliłem skrzyżowanie i pojechaliśmy sobie jakieś dwa kilometry prosto na Łódź, trzeba było stawać (Hipcia nie narzekała tylko rozciągała plecy), sprawdzać drogę i zawracać. Czekała nas jeszcze jedna sprawa do załatwienia - wycieczka w kierunku Rawy by zaliczyć gminę Nowy Kawęczyn i tym samym wydłubać drugie oczko naszego gminnego pajączka. Gmina w końcu pojawiła się, zrobiliśmy kolejny planowy postój na stacji (Hipcia w końcu mogła się położyć na glebie i wyrozciągać niemalże jak piesek), zjedliśmy coś i zaczęliśmy przebijać się w kierunku Żyrardowa. Asfalt się poprawił, jechało się lepiej, po chwili już wyjechaliśmy na znane tereny, w okolice Puszczy Mariańskiej (w zeszłym roku jechaliśmy tamtędy w deszczu do Warszawy).
Gdzieś w Żyrardowie pękły trzy stówy. Skwitowaliśmy je wzruszeniem ramion - dziwne, ale tak było. Tak samo świętowaliśmy pobicie naszego dystansowego rekordu, jak coś, co trzeba było od dawna załatwić i coś, co ani trochę nie było wyzwaniem i samo w sobie nie jest wielkim sukcesem.
Do Grodziska mieliśmy czas na decyzje. Można było odbić przez Błonie i tym samym przedłużyć drogę do czterech stów, plecy Hipci dawały jednak znać o sobie coraz bardziej, pod koniec na każdych nierównościach musiała przestawać pedałować, więc by nie dodawać jej dwóch godzin skrajnie nieprzyjemnego doświadczenia zdecydowaliśmy się pojechać prosto do domu.
Pozostał jeszcze grodzisko-milanowski cykl zakazów rowerowych, które trzeba było zignorować. Tu zatrzymamy się na chwilę - nie był to pierwszy ciąg bezsensownie postawionych zakazów, dających alternatywę w postaci chodnika, nierównej kostki albo nie dający żadnej alternatywy. Nie wiem, po co to się robi, po co, bez zmiany nawierzchni, zwężenia asfaltu, czy jakichkolwiek innych przesłanek, nagle wstawia się znak zakazu i daje coś, czego nawet nie można nazwać alternatywą? Mam dwie teorie: pierwszą jest usunięcie z asfaltu wioskowych batmanów, którzy na pewno regularnie (i w różnym stanie świadomości) nawiedzają okolice, drugą - motto "Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć" - czyli miasteczkowe aspiracje miejscowości, które postanawiają się pozbyć rowerzystów z ulic, bo "to nie wieś". Trochę tych zakazów mamy na koncie. Jakoś nikt nie czuł się pokrzywdzony, nikt nie musiał przez nas też czekać dłużej niż pięć-dziesięć sekund (pojedyncze przypadki), ba, nikt nawet nie trąbił.
Wróćmy jednak do jazdy: w okolicach Bemowa okazało się, że kiepsko będzie z przekroczeniem 350, więc dla świętego spokoju, żeby dziewiątka nie kłuła w oczy, zakręciliśmy jeszcze pętlę po okolicy.
W domu byliśmy tuż po północy. W sumie niezmęczeni wypiliśmy sobie (tradycyjnego) wściekłego psa, napiliśmy się po piwie, zjedliśmy kolację i jakoś po drugiej położyliśmy się spać.
Na koniec dwa słowa podsumowania. Albo cztery słowa. Albo więcej.
Gminożerstwo: zjedliśmy dwadzieścia osiem sztuk i załataliśmy dziurę, która pojawiła się zupełnie niechcący i męczyła. Tym samym nasz pajączek zmienił się... właśnie, w co? Mi to przypomina Latającego Potwora Spaghetti.
Dystans: potwierdziło się to, co sobie sami powiedzieliśmy już chwilę temu - trzysta kilometrów nie jest wyzwaniem. Wyzwaniem nie byłyby też cztery stówy, dojeżdżając do domu mieliśmy jeszcze duży zapas, by jechać jeszcze dwie godziny i skończyć nadal z zapasem na jeszcze.
Co w takim razie byłoby wyzwaniem? Znaczące podniesienie średniej na takim dystansie, coś mierzące w 27 km/h - owszem. Innym wyzwaniem - i to takim, które nas czeka, do tego takim, którego się najbardziej boję, od kiedy tylko pojawił się temat BB Tourów i maratonów - będzie jazda przez noc. A w szczególności jazda przez noc po całym dniu jazdy (bo coś w wersji start o 20:00, meta o 9:00 nie brzmi strasznie).
Co do zmęczenia - w domu ze zdziwieniem zauważyłem, że po prawie czternastu godzinach jazdy na rowerze czuję się podobnie zmęczony jak po pięciogodzinnej jeździe samochodem (a nie, nie jeżdżę jak Polski Kierowca, trzymam się znaków). Daje do myślenia, co?
Pozostaje jeszcze misja zupełnego dopasowania roweru Hipci (według moich pierwszych ustaleń trzeba będzie skrócić jej mostek i jeszcze raz zastanowić się nad siodełkiem) i będziemy gotowi na kolejne wyjazdy.
Fotki jutro.

Przedział rowerowy © Hipek99
Podpisany bidon © Hipek99
Mój kokpit. Po prawej stronie - ściągawka (zdjęcie specjalnie dla Yurka) © Hipek99
I to jest pobocze! © Hipek99
Wielkopolska! © Hipek99
Pierwszy postój. Elegancki parking przy palecie węgla © Hipek99
Słońce wreszcie wylazło zza chmur © Hipek99
Jedziemy do Pragi czy na Pragie? © Hipek99
Droga w kierunku Łodzi © Hipek99
I to jest wyżerka! (Nie, nie skusiliśmy się.) © Hipek99
Mieli tylko niebieskie. Niebieskie są niedobre © Hipek99
Powiedziałem: masz aparat, zrób kilka fotek. To zrobiła © Hipek99
Droga rowerowa w Łodzi. Eleganckie pasy, w oddali widoczne strzałki © Hipek99
Skrzyżowanie przy Powstańców © Hipek99
Ostatnie skrzyżowanie. Plama pośrodku to Hipcia © Hipek99
Nadszedł dzień poprzedzający wyjazd. Tradycyjnie (jak to w piątek) mieliśmy jeszcze trening na ścianie. Mocny trening. Jak zawsze zresztą. Poszliśmy spać o północy - nawet Hipcia (co samo w sobie jest ewenementem). Pojawił się i ranek. Przebudziłem się gdzieś około piątej i zorientowałem się, że mam jeszcze pół godziny zanim te sukinsyny zaczną się odzywać, jeden po drugim. I zaczęły, taka ich mać. Pierwszy łobuz zadzwonił o 5:30. Drugi - dziesięć minut później. Trzeci - ostateczny - za dziesięć szósta. Wstałem i stwierdziłem, że zacznę dzień od żalu. I tak sobie żałowałem. Żałowałem głupiego pomysłu, żałowałem, że łóżko jest tak ciepłe, żałowałem, że nie wyłączyłem tych budzików w cholerę, żałowałem, że trzeba się ubrać, żałowałem, że trzeba jeść to cholerne śniadanie tak wcześnie rano w sobotę (zamiast cztery godziny później). O Bogowie, jakże ja nienawidzę wstawania rano!
Wsiedliśmy w końcu na rowery (Hipcia zdążyła jakieś tysiąć czterysta razy powtórzyć "Szybko! Bo się spóźnimy!") i zajechaliśmy na Zachodni. Do odjazdu mamy jakieś dwadzieścia minut, a kolejka taka jak nigdy. Gdzieś z boku Mroczne Dzieci Szatana rozsiewają czerń swoich ubrań jedząc... pączki, a przed nami jakaś nerdownia ze smyczami Microsoftu jadąca na jakis zlot czy coś tam. Wszyscy, dziesięć osób, kupowali pojedynczo bilety. Bilety na... 8:20! Na szczęście udało mi się grzecznie wprosić w kolejkę i dzięki temu byliśmy na peronie trzy minuty przed przyjazdem pociągu. Pociąg nadjechał, poszliśmy do naszego wagonu... a gdzie przedział na rowery?! Halo! Przedziału nie było. Zaparkowaliśmy rowery na samym końcu i usiedliśmy przy nich na glebie (nasze miejscówki były przy drugich drzwiach wagonu). Gdy przyszedł konduktor zbudził dwóch chłopaków, którzy zajęli sobie cały przedział i spali (nie chcieliśmy ich budzić - na podłodze było wygodnie), po czym zaprosił nas do środka. I tak posiedzieliśmy sobie jeszcze pół godziny zanim wyskoczyliśmy na peron w Kutnie.
I start! Początek, czyli wydostanie się z Kutna, na szczęście był prosty i oczywisty jak budowa cepa, można go było spokojnie spamiętać. Po chwili skręciliśmy już w DK 92 i ruszyliśmy na Konin. Jechało się elegancko! Szerokie, równe pobocze, ruch maleńki (w końcu była sobota rano), słońce co prawda nie chciało wyjść zza chmur, ale niech mu tam będzie, przeżyjemy. Powoli zbliżały się dwa ważne skrzyżowania. Ważne dlatego, że trasę ułożyłem tak, że decyzja związana z tym czy jedziemy dłuższym czy krótszym wariantem, musiała być podjęta na samym końcu. Po pierwszych sześćdziesięciu kilometrach mieliśmy zadecydować, czy jedziemy wariantem na 260, 300 czy dłuższym. W zasadzie decyzja była podjęta w pociągu, ale w razie czego opcje też mieliśmy - padło na wariant najdłuższy.
Gdzieś po drodze nastąpił dość ważny moment - pierwszy raz dotknęliśmy kołami województwa Wielkopolskiego.
Wiatr albo pomagał, albo nie przeszkadzał, nie wiem. Dojeżdżając do Konina mieliśmy średnią powyżej 28 km/h i jakieś 85 km przejechanych od Kutna. Przy skręcie na Łódź, w DK 72, mieliśmy do prawda Orlen, ale trzeba by było zejść na chodnik, przejechać pięćdziesiąt metrów (!) zdala od szosy. Więc Hipcia kategorycznie stwierdziła, że nie chce się jej, gdzieś dalej też będą stacje. Na dzień dobry przywitała nas tablica wskazujaca "Łódź 100" poza tym na siedemdziesiątce dwójce zepsuł się asfalt, zepsuło się też pobocze, zrobiło się ciaśniej, a przy okazji wiatr przypomniał sobie że żyje i dmuchnął prosto w twarz. No i już nie było tak kolorowo. W końcu napotkaliśmy jakąś stację, zrobiliśmy sobie tam dłuższą planową przerwę (zamiast na 75 kilometrze była w okolicach 90). Wsunęliśmy po parówce, zmarnowaliśmy trochę czasu (18 minut zamiast planowanego kwadransa) i ruszyliśmy dalej walczyć z wiatrem. Zrobiło się cieplej, słońce zaczęło nieśmiało wyłazić zza chmur, a Hipcia zaczęła w międzyczasie się boleć. Kolano bolało od początku (bo ono zawsze boli), ale odezwały się plecy. I, co gorsza, nie chciały przestać. Gdzieś po 35 kilometrach stanęliśmy na kilka minut by mogła się rozciągnąć, potem jechaliśmy dalej. Im bliżej Łodzi tym większy ruch się robił i zwiększał się poziom buraków na metr bieżący nawierzchni.
Ja sobie tymczasem wyłem. Bo wyję, taki mam zwyczaj. Jakies piosenki, które pamiętam w całości, we fragmentach, sklejane refreny kilku kawałków, im durniejsze tym lepsze, coś się mnie uczepi i jadę tak kwadrans, wyjąc na przemian dwa lub cztery wersy. Co ciekawe, tym razem nie uczepiła się mnie moja standardowa piosenka (może jest przeznaczona tylko na sakwy), za to dopadła mnie inna. A jako że dojeżdżaliśmy do Łodzi, zmieniłem refren na "Wal na Łódź" i tak jechałem mrucząc "Wal na Łódź, weź się zczilałtuj, wal na Łódź...".
Łódź w końcu przyszła. Poznaliśmy po wlotówce. Reguła, że wlotówki do dużych miast przypominają poligon wojskowy, zadziałała i tutaj. Potem zrobiło się przyjemniej, szerzej, pojawiły się trzy pasy i... światła. A skoro zaczęło się duże miasto, pojawił się i zakaz dla rowerów, na szczęście zaraz obok była stacja, gdzie zrobiliśmy kolejną planową przerwę (tym razem jakoś po stu kilometrach od ostatniej). Parówek nie było, wsunęliśmy batony, uzupełnili bidony, pozbyłem się długich nogawek (nie chciałem ich zmieniać na poprzedniej krótkiej przerwie, za mało czasu mieliśmy) i ruszyliśmy dalej. Poprowadziła nas ładna, asfaltowa dróżka rowerowa, naprawdę miodzio! Szeroka, asfaltowa, równa... wszystko co dobre szybko się kończy. Wypchnięto nas na jakis wyrób ścieżkopodobny zbudowany z kostki. Już nie chcieliśmy walić asfaltem, po (dłuższej) chwili się toto skończyło i (w końcu) znaleźliśmy się na wylotówce. Poziom kretynów na metr bieżący jeszcze się zwiększył. Idiotów wyprzedzających na trzeciego lub próbujących wepchnąć się między nas i wyprzedzany aktualnie samochód wzrósł zauważalnie, jakby wszyscy byli tego dnia na słońcu i przygrzało ich za mocno.
Na szczęście za chwilę, w Brzezinach, odbiliśmy w lewo, w drogę powiatową. Było to niezbędne by zaliczyć jedną gminę, schowaną gdzieś daleko w okolicach autostrady. Poczęło zmierzchać i robić się chłodno, wbiłem się z powrotem w nogawki i bluzę, zmieniliśmy też szkła w okularach i zaświeciliśmy światła. Asfalt był przyjemny i równy, wiatr w końcu przestał przeszkadzać (cały odcinek z Konina do Brzezin mocniej lub słabiej wiało w twarz), jechało się całkiem przyjemnie. W końcu nadeszły Łyszkowice, gdzie skręciliśmy w kierunku Skierniewic. Było już ciemno, zepsuł się asfalt, a Hipcia zaczęła boleć jeszcze bardziej. Wszystkie nierówności biły w plecy i przeszkadzały bardziej, więc musieliśmy jeszcze zatrzymać się po drodze, przed Skierniewicami. Na szczęście w Makowie poprawił się asfalt, w Skierniewicach zmyliłem skrzyżowanie i pojechaliśmy sobie jakieś dwa kilometry prosto na Łódź, trzeba było stawać (Hipcia nie narzekała tylko rozciągała plecy), sprawdzać drogę i zawracać. Czekała nas jeszcze jedna sprawa do załatwienia - wycieczka w kierunku Rawy by zaliczyć gminę Nowy Kawęczyn i tym samym wydłubać drugie oczko naszego gminnego pajączka. Gmina w końcu pojawiła się, zrobiliśmy kolejny planowy postój na stacji (Hipcia w końcu mogła się położyć na glebie i wyrozciągać niemalże jak piesek), zjedliśmy coś i zaczęliśmy przebijać się w kierunku Żyrardowa. Asfalt się poprawił, jechało się lepiej, po chwili już wyjechaliśmy na znane tereny, w okolice Puszczy Mariańskiej (w zeszłym roku jechaliśmy tamtędy w deszczu do Warszawy).
Gdzieś w Żyrardowie pękły trzy stówy. Skwitowaliśmy je wzruszeniem ramion - dziwne, ale tak było. Tak samo świętowaliśmy pobicie naszego dystansowego rekordu, jak coś, co trzeba było od dawna załatwić i coś, co ani trochę nie było wyzwaniem i samo w sobie nie jest wielkim sukcesem.
Do Grodziska mieliśmy czas na decyzje. Można było odbić przez Błonie i tym samym przedłużyć drogę do czterech stów, plecy Hipci dawały jednak znać o sobie coraz bardziej, pod koniec na każdych nierównościach musiała przestawać pedałować, więc by nie dodawać jej dwóch godzin skrajnie nieprzyjemnego doświadczenia zdecydowaliśmy się pojechać prosto do domu.
Pozostał jeszcze grodzisko-milanowski cykl zakazów rowerowych, które trzeba było zignorować. Tu zatrzymamy się na chwilę - nie był to pierwszy ciąg bezsensownie postawionych zakazów, dających alternatywę w postaci chodnika, nierównej kostki albo nie dający żadnej alternatywy. Nie wiem, po co to się robi, po co, bez zmiany nawierzchni, zwężenia asfaltu, czy jakichkolwiek innych przesłanek, nagle wstawia się znak zakazu i daje coś, czego nawet nie można nazwać alternatywą? Mam dwie teorie: pierwszą jest usunięcie z asfaltu wioskowych batmanów, którzy na pewno regularnie (i w różnym stanie świadomości) nawiedzają okolice, drugą - motto "Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć" - czyli miasteczkowe aspiracje miejscowości, które postanawiają się pozbyć rowerzystów z ulic, bo "to nie wieś". Trochę tych zakazów mamy na koncie. Jakoś nikt nie czuł się pokrzywdzony, nikt nie musiał przez nas też czekać dłużej niż pięć-dziesięć sekund (pojedyncze przypadki), ba, nikt nawet nie trąbił.
Wróćmy jednak do jazdy: w okolicach Bemowa okazało się, że kiepsko będzie z przekroczeniem 350, więc dla świętego spokoju, żeby dziewiątka nie kłuła w oczy, zakręciliśmy jeszcze pętlę po okolicy.
W domu byliśmy tuż po północy. W sumie niezmęczeni wypiliśmy sobie (tradycyjnego) wściekłego psa, napiliśmy się po piwie, zjedliśmy kolację i jakoś po drugiej położyliśmy się spać.
Na koniec dwa słowa podsumowania. Albo cztery słowa. Albo więcej.
Gminożerstwo: zjedliśmy dwadzieścia osiem sztuk i załataliśmy dziurę, która pojawiła się zupełnie niechcący i męczyła. Tym samym nasz pajączek zmienił się... właśnie, w co? Mi to przypomina Latającego Potwora Spaghetti.
Dystans: potwierdziło się to, co sobie sami powiedzieliśmy już chwilę temu - trzysta kilometrów nie jest wyzwaniem. Wyzwaniem nie byłyby też cztery stówy, dojeżdżając do domu mieliśmy jeszcze duży zapas, by jechać jeszcze dwie godziny i skończyć nadal z zapasem na jeszcze.
Co w takim razie byłoby wyzwaniem? Znaczące podniesienie średniej na takim dystansie, coś mierzące w 27 km/h - owszem. Innym wyzwaniem - i to takim, które nas czeka, do tego takim, którego się najbardziej boję, od kiedy tylko pojawił się temat BB Tourów i maratonów - będzie jazda przez noc. A w szczególności jazda przez noc po całym dniu jazdy (bo coś w wersji start o 20:00, meta o 9:00 nie brzmi strasznie).
Co do zmęczenia - w domu ze zdziwieniem zauważyłem, że po prawie czternastu godzinach jazdy na rowerze czuję się podobnie zmęczony jak po pięciogodzinnej jeździe samochodem (a nie, nie jeżdżę jak Polski Kierowca, trzymam się znaków). Daje do myślenia, co?
Pozostaje jeszcze misja zupełnego dopasowania roweru Hipci (według moich pierwszych ustaleń trzeba będzie skrócić jej mostek i jeszcze raz zastanowić się nad siodełkiem) i będziemy gotowi na kolejne wyjazdy.
Fotki jutro.

Przedział rowerowy © Hipek99

Podpisany bidon © Hipek99

Mój kokpit. Po prawej stronie - ściągawka (zdjęcie specjalnie dla Yurka) © Hipek99

I to jest pobocze! © Hipek99

Wielkopolska! © Hipek99

Pierwszy postój. Elegancki parking przy palecie węgla © Hipek99

Słońce wreszcie wylazło zza chmur © Hipek99

Jedziemy do Pragi czy na Pragie? © Hipek99

Droga w kierunku Łodzi © Hipek99

I to jest wyżerka! (Nie, nie skusiliśmy się.) © Hipek99

Mieli tylko niebieskie. Niebieskie są niedobre © Hipek99

Powiedziałem: masz aparat, zrób kilka fotek. To zrobiła © Hipek99

Droga rowerowa w Łodzi. Eleganckie pasy, w oddali widoczne strzałki © Hipek99

Skrzyżowanie przy Powstańców © Hipek99

Ostatnie skrzyżowanie. Plama pośrodku to Hipcia © Hipek99
- DST 351.31km
- Czas 13:56
- VAVG 25.21km/h
- Sprzęt Stefan


















