Niedziela, 7 października 2012
Kategoria do czytania, zaliczając gminy, > 200 km, ze zdjęciem
Odrobinę za Garwolin
Wstaliśmy o dziesiątej. Późno. Zgodnie jednak z umową, mieliśmy się Gdzieś wybrać PKP, potem wrócić do Warszawy. Spakowaliśmy wszystko, po czym usiedliśmy i stwierdziliśmy, że trochę dupa, bo jak pojedziemy koleją, to będziemy wracać po północy do domu, straciwszy ze dwie godziny na podróż. Na szczęście była opcja awaryjna, którą mieliśmy wprowadzić w życie w sobotę... Chwila posiadówki nad mapą, wszystko spakowane i mniej więcej w południe wyskakujemy z domu.
Na początek mamy okazję przywitać się z niedzielną Warszawą, cóż, że nie ma słońca, rowerów trochę jeździ, do tego przy Moczydle ktoś sobie wymyślił piknik rodzinny, czy inne coś - ludzi kupa, trzeba jechać chodnikiem (!) bo po DDRze nie ma szans. Minęliśmy to, przelecieliśmy w kierunku Wilanowskiej i zaraz już lecieliśmy boczną dróżką wzdłuż Przyczółkowej. W końcu jednak radość się kończy, asfalt znika, a my wyskakujemy za jezdnię, na wysokości panów, którzy pilnowali, czy aby komu nie za bardzo się spieszy w stronę Warszawy. Akurat, gdy czekaliśmy na wolne pole na jezdni, panowie zatrzymali nowiutkiego, błyszczącego kabrioleta, którym powoził wyżelowany paniczyk w okularach na pół twarzy. Czasami może być i żal zatrzymanego kierowcy, a tu, nie wiem, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się, jakoś nam szkoda nie było... ;)
Wjazd do Konstancina przywitał nas dróżką rowerową, na szczęście chwilę później ambicja eko-rowero-wandali się skończyła i mogliśmy w spokoju wjechać na jezdnię. Od tego miejsca było już lepiej - równa, wygodna szosa prowadziła nas na Górę Kalwarię. Stamtąd, po chwili posiadowki nad mapą, ruszamy w kierunku ronda, przez kawałek na naszym kole wiezie się, jeśli dobrze zauważyłem, Wilk. Po skręcie zafundowaliśmy sobie zjazd w stronę Wisły, wąską drogą pełną TIRów, które uparcie chciały nas z tej górki wyprzedzać. Za moment jednak minęliśy most i odbiliśmy w prawo. Spokój.
Z tego miejsca zaczęła się w końcu przyjemna jazda. Klimat co prawda był wybitnie jesienny, nad głową wisiały ciężkie chmury, trochę wiało, ale droga była pusta, asfalt dobry, ciemna nitka ciągnęła się między niekończącymi się polami. Naprawdę, naprawdę przyjemnie.
W Osiecku szukamy drogi prowadzącej na Garwolin, zatrzymujemy chłopaka na rowerze, który akurat ma mapę okolic i zachęca nas do innej opcji dojazdu, tak, żeby do Garwolina zajechać asfaltem, a nie klucząc po leśnych szutrach. Polecona opcja okazuje się dobra: jeszcze bardziej pusta droga, prowadząca przez lasy zdaje się do nas uśmiechać. Na początku jednak robimy przerwę i pod hasłem "cieplej nie będzie", zakładamy podkoszulki, ja dodatkowo, mając cieńsze skarpetki, zakładam ochraniacze na buty.
Poprzez jesienne lasy zajeżdżamy do Garwolina, przelatujemy nad ekspresówką i postanawiamy zrobić postój na pierwszej napotkanej stacji: na kawę i na uzupełnienie bidonów. Siedemdziesiątka szóstka prowadząca na Łuków nie ma jednak żadnych stacji, skręt w Wilchcie rzuca nas na mniejsze drogi i niweczy tym samym szansę na spotkanie stacji. Ustalamy więc, że stajemy przy pierwszym otwartym sklepie. Sklep znajduje się w jednej z wiosek, trochę fartem, bo właścicielka chyba wpadła na chwilę, prosto z kościoła. Z pięciu dych nie ma jak wydać, dobrze, że ma z dziesięciu, wzbogacamy się o dwa Powerade'y.
Powoli zapada zmrok, ale jeszcze przed ciemnością udaje nam się przekroczyć sto kilometrów. A chwilę później wkracamy do Pilawy, która lepiej, żeby była gminą (wybraliśmy tę opcję tylko dlatego, że Hipcia z mapy uznała, że nabrzmiała czcionka musi znaczyć, że to większa miejscowość i jednocześnie siedziba gminy). Pilawa gminą była, za nią powitaliśmy ponownie Osieck, tym razem znikając prosto na północ, w kierunku Taboru. Znowu trafiliśmy na cichą drogę. Ciemno, dookoła lasy, a samochodów jak na lekarstwo.
Co dobre szybko się kończy, wyjeżdżamy prosto na drogę 50. Tu stajemy na stacji LPG i analizujemy sprawę: fajnie by było ustrzelić dwie stówy, bo dobrze się jedzie, jak zjedziemy już do domu, to braknie. Niezawodna Hipcia wyczaiła, że gdzieś po prawej majaczy miejscowość Kołbiel, szybkie sprawdzenie na zaliczgmine.pl i już wiemy, że jest to gmina - ruszamy więc jeszcze na wschód, nie musimy jednak jechać do samej miejscowości, za wiaduktem pojawia się tabliczka z gminą, więc spokojnie możemy odbić na Celestynów. Trochę szkoda, bo droga była ładna, z szerokim poboczem, myśleliśmy przez chwilę nad jazdą przez Mińsk Mazowiecki, ale raz, że na mapie gmin zostałyby dziury, a dwa, że nie wiedzieliśmy, jak wygląda droga z Mińska do Warszawy.
Celestynów zatem. Bocznymi drogami przekradamy się do Otwocka, gdzie robimy kolejny postój. Hipcia szpera po mapie, Glinianka co prawda nie jest gminą, ale znajdujemy Wiązowną, która gminą na pewno jest. Odbijamy zatem cichą drogą w stronę raczej głośnej siedemnastki, by zaraz potem odbić na Józefów.
Końcówka to dojechanie Wałem Miedzeszyńskim i przez Most Siekierkowski do domu. Dwie stówki przekroczone na styk, nawet nie trzeba było dokręcać...
Otwieramy nową kategorię pośrodku: "> 200 km".
Zaliczonych gmin: 12.
Jedną wycieczką zaliczony ("niechcący") cały powiat otwocki.
Przekroczyliśmy 5% zebranych gmin.









Na początek mamy okazję przywitać się z niedzielną Warszawą, cóż, że nie ma słońca, rowerów trochę jeździ, do tego przy Moczydle ktoś sobie wymyślił piknik rodzinny, czy inne coś - ludzi kupa, trzeba jechać chodnikiem (!) bo po DDRze nie ma szans. Minęliśmy to, przelecieliśmy w kierunku Wilanowskiej i zaraz już lecieliśmy boczną dróżką wzdłuż Przyczółkowej. W końcu jednak radość się kończy, asfalt znika, a my wyskakujemy za jezdnię, na wysokości panów, którzy pilnowali, czy aby komu nie za bardzo się spieszy w stronę Warszawy. Akurat, gdy czekaliśmy na wolne pole na jezdni, panowie zatrzymali nowiutkiego, błyszczącego kabrioleta, którym powoził wyżelowany paniczyk w okularach na pół twarzy. Czasami może być i żal zatrzymanego kierowcy, a tu, nie wiem, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się, jakoś nam szkoda nie było... ;)
Wjazd do Konstancina przywitał nas dróżką rowerową, na szczęście chwilę później ambicja eko-rowero-wandali się skończyła i mogliśmy w spokoju wjechać na jezdnię. Od tego miejsca było już lepiej - równa, wygodna szosa prowadziła nas na Górę Kalwarię. Stamtąd, po chwili posiadowki nad mapą, ruszamy w kierunku ronda, przez kawałek na naszym kole wiezie się, jeśli dobrze zauważyłem, Wilk. Po skręcie zafundowaliśmy sobie zjazd w stronę Wisły, wąską drogą pełną TIRów, które uparcie chciały nas z tej górki wyprzedzać. Za moment jednak minęliśy most i odbiliśmy w prawo. Spokój.
Z tego miejsca zaczęła się w końcu przyjemna jazda. Klimat co prawda był wybitnie jesienny, nad głową wisiały ciężkie chmury, trochę wiało, ale droga była pusta, asfalt dobry, ciemna nitka ciągnęła się między niekończącymi się polami. Naprawdę, naprawdę przyjemnie.
W Osiecku szukamy drogi prowadzącej na Garwolin, zatrzymujemy chłopaka na rowerze, który akurat ma mapę okolic i zachęca nas do innej opcji dojazdu, tak, żeby do Garwolina zajechać asfaltem, a nie klucząc po leśnych szutrach. Polecona opcja okazuje się dobra: jeszcze bardziej pusta droga, prowadząca przez lasy zdaje się do nas uśmiechać. Na początku jednak robimy przerwę i pod hasłem "cieplej nie będzie", zakładamy podkoszulki, ja dodatkowo, mając cieńsze skarpetki, zakładam ochraniacze na buty.
Poprzez jesienne lasy zajeżdżamy do Garwolina, przelatujemy nad ekspresówką i postanawiamy zrobić postój na pierwszej napotkanej stacji: na kawę i na uzupełnienie bidonów. Siedemdziesiątka szóstka prowadząca na Łuków nie ma jednak żadnych stacji, skręt w Wilchcie rzuca nas na mniejsze drogi i niweczy tym samym szansę na spotkanie stacji. Ustalamy więc, że stajemy przy pierwszym otwartym sklepie. Sklep znajduje się w jednej z wiosek, trochę fartem, bo właścicielka chyba wpadła na chwilę, prosto z kościoła. Z pięciu dych nie ma jak wydać, dobrze, że ma z dziesięciu, wzbogacamy się o dwa Powerade'y.
Powoli zapada zmrok, ale jeszcze przed ciemnością udaje nam się przekroczyć sto kilometrów. A chwilę później wkracamy do Pilawy, która lepiej, żeby była gminą (wybraliśmy tę opcję tylko dlatego, że Hipcia z mapy uznała, że nabrzmiała czcionka musi znaczyć, że to większa miejscowość i jednocześnie siedziba gminy). Pilawa gminą była, za nią powitaliśmy ponownie Osieck, tym razem znikając prosto na północ, w kierunku Taboru. Znowu trafiliśmy na cichą drogę. Ciemno, dookoła lasy, a samochodów jak na lekarstwo.
Co dobre szybko się kończy, wyjeżdżamy prosto na drogę 50. Tu stajemy na stacji LPG i analizujemy sprawę: fajnie by było ustrzelić dwie stówy, bo dobrze się jedzie, jak zjedziemy już do domu, to braknie. Niezawodna Hipcia wyczaiła, że gdzieś po prawej majaczy miejscowość Kołbiel, szybkie sprawdzenie na zaliczgmine.pl i już wiemy, że jest to gmina - ruszamy więc jeszcze na wschód, nie musimy jednak jechać do samej miejscowości, za wiaduktem pojawia się tabliczka z gminą, więc spokojnie możemy odbić na Celestynów. Trochę szkoda, bo droga była ładna, z szerokim poboczem, myśleliśmy przez chwilę nad jazdą przez Mińsk Mazowiecki, ale raz, że na mapie gmin zostałyby dziury, a dwa, że nie wiedzieliśmy, jak wygląda droga z Mińska do Warszawy.
Celestynów zatem. Bocznymi drogami przekradamy się do Otwocka, gdzie robimy kolejny postój. Hipcia szpera po mapie, Glinianka co prawda nie jest gminą, ale znajdujemy Wiązowną, która gminą na pewno jest. Odbijamy zatem cichą drogą w stronę raczej głośnej siedemnastki, by zaraz potem odbić na Józefów.
Końcówka to dojechanie Wałem Miedzeszyńskim i przez Most Siekierkowski do domu. Dwie stówki przekroczone na styk, nawet nie trzeba było dokręcać...
Otwieramy nową kategorię pośrodku: "> 200 km".
Zaliczonych gmin: 12.
Jedną wycieczką zaliczony ("niechcący") cały powiat otwocki.
Przekroczyliśmy 5% zebranych gmin.

Pusta ścieżka przy Wilanowskiej© Hipek99

Kapitalna droga rowerowa w kierunku Konstancina-Jeziornej© Hipek99

Gdzieś w drodze© Hipek99

Strzał z siodła. Niby, że artystycznie.© Hipek99

Jakaś łąka. Chmury cały czas wisiały i straszyły.© Hipek99

Znak w tle pojawił się zupełnie przypadkiem!© Hipek99

Droga przez las. Jak widać.© Hipek99

Już prawie Garwolin© Hipek99

Zasuwamy tak, że nawet zdjęcia wychodzą niewyraźne.© Hipek99

No i już prawie koniec. Widok znajomy ten.© Hipek99
- DST 202.13km
- Czas 08:53
- VAVG 22.75km/h
- VMAX 44.48km/h
- K: 9.0
- Sprzęt Unibike Viper
Sobota, 6 października 2012
Kategoria < 50km, do czytania
My tylko na chwileczkę...
Wybraliśmy się na kilka godzin na ściankę. Pogodynka dodatkowo zapowiadała deszcz. Cały dzień świeciło piękne słońce. Wieczorem Hipci zachciało się jeszcze na rower, wyszliśmy z planem na niewielkie kółko przez Leszno. Przywitał nas deszcz. Ruszyliśmy, po drodze zmieniając plan na "Jedźmy przez Umiastów do Leszna, potem się zobaczy". W Babicach gdy lunęło, zmieniliśmy plan na "może kółko przez Wiktorów-Zaborów-Umiastów". Przestało padać. Po raz kolejny strzeliło w Lipkowie, gdy ustalaliśmy dalszą trasę. Hipcia mruknęła coś niecenzuralnego o Hornówku i pojechaliśmy tamtędy.
Przestało padać, oczywiście, w Warszawie, więc zjadłszy lody w McD, ruszyliśmy trochę naokoło w kierunku Bemowa przez Marymont.
Przestało padać, oczywiście, w Warszawie, więc zjadłszy lody w McD, ruszyliśmy trochę naokoło w kierunku Bemowa przez Marymont.
- DST 34.43km
- Czas 01:50
- VAVG 18.78km/h
- VMAX 27.14km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 5 października 2012
Kategoria transport
Dziewiaty tysiac.
- DST 12.59km
- Czas 00:33
- VAVG 22.89km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 5 października 2012
Kategoria < 25km, do czytania, transport
Przez Nadarzyn autem do domu. I do pracy.
Po pracy zawinąłem do Nadarzyna, przez moje ulubione Aleje. O ile, oczywiście, poza terenem zabudowanym ludzie jeżdżą pięknie, przepisowo, potrafią zwolnić i poczekać na wyprzedzenie, o tyle w miastach, mimo że cała kolumna jedzie z prędkością ok. 30-35km/h, dostają jak zawsze głupawki. Od wyjazdu z Pruszkowa spokój, gdy stałem czekając na lewoskręt na głownej, mając po obu stronach jadące samochody, pojawiło mi się w głowie dziwne uczucie: czy moja tylna lampka nie przestała czasem świecić i czy stojąc sobie na tym środku drogi poza terenem zabudowanym jestem aby widoczny?
Światełko świeciło, lewoskręt się zrobił. Na ciemnych wioskach nawet ruch zmalał, oczywiście nie zmalała liczba wioskowych batmanów. Jakim cudem oni ciągle żyją i się pojawiają?!
Odebrałem auto, pozbywszy się najpierw kilku obrazków z Królami Polski. Nie wziąłem kluczy do bagażnika dachowego, więc pakowałem rower do tyłu. Z kołami kiedyś wlazł... dziś się nie da. Bez przedniego - wlazł, ale nie podniosę przedniego siedzenia. W końcu wlazł bez obu kół. Co ważne, całą tą kilku(nasto?)minutową przeprawę z pakowaniem roweru, udało mi się przejść bez wypowiadania ani jednego słowa powszechnie uznawanego za nieprzyzwoite. Taki tam mały sukces.
Rano podróż do pracy z Hipcią. O ile na Górczewskiej był spokój, o tyle na Kasprzaka... Zaczęło się od Zenka, który stanął równolegle do nas na światłach. Ruszamy: my prawą stroną DDR, Zenek lewą. Jedzie równolegle do Hipci - ona zwalnia, on zwalnia, ona przyspiesza, on nie zdąża przyspieszyć. Robię mu miejsce, żeby wlazł na prawą stronę - gdzie tam, dalej szoruje lewą. W końcu Hipcia poddała się, przyspieszyła, ja też przyspieszyłem. Wyprzedziłem ją, mrucząc, żeby przyspieszyć, bo bałem się, że ta łajza może nam usiąść na kole. Przyspieszyłem, by zaraz hamować, bo kolejna łajza wybierała się swoją puszką przez przejazd rowerowy. Zwykle śmigają przed nosem, ten akurat musiał zwolnić do zera i poczekać na wszystkich. Gdy już się pożegnaliśmy - jadąc w swoją stronę spotkałem babcię, która też postanowiła przytulić się do swojej lewej. Zostawiła odrobinę miejsca, postanowiłem więc zaryzykować, w końcu to nie ja sobie dupę obiję, jak się stukniemy. Zmieściliśmy się. W świeżo rozkopanym tunelu przy Zachodnim - wolna amerykanka. Jedni prawą, inni lewą, inni środkiem...
Cieszę się, że już jestem bezpieczny w pracy... uff...
Światełko świeciło, lewoskręt się zrobił. Na ciemnych wioskach nawet ruch zmalał, oczywiście nie zmalała liczba wioskowych batmanów. Jakim cudem oni ciągle żyją i się pojawiają?!
Odebrałem auto, pozbywszy się najpierw kilku obrazków z Królami Polski. Nie wziąłem kluczy do bagażnika dachowego, więc pakowałem rower do tyłu. Z kołami kiedyś wlazł... dziś się nie da. Bez przedniego - wlazł, ale nie podniosę przedniego siedzenia. W końcu wlazł bez obu kół. Co ważne, całą tą kilku(nasto?)minutową przeprawę z pakowaniem roweru, udało mi się przejść bez wypowiadania ani jednego słowa powszechnie uznawanego za nieprzyzwoite. Taki tam mały sukces.
Rano podróż do pracy z Hipcią. O ile na Górczewskiej był spokój, o tyle na Kasprzaka... Zaczęło się od Zenka, który stanął równolegle do nas na światłach. Ruszamy: my prawą stroną DDR, Zenek lewą. Jedzie równolegle do Hipci - ona zwalnia, on zwalnia, ona przyspiesza, on nie zdąża przyspieszyć. Robię mu miejsce, żeby wlazł na prawą stronę - gdzie tam, dalej szoruje lewą. W końcu Hipcia poddała się, przyspieszyła, ja też przyspieszyłem. Wyprzedziłem ją, mrucząc, żeby przyspieszyć, bo bałem się, że ta łajza może nam usiąść na kole. Przyspieszyłem, by zaraz hamować, bo kolejna łajza wybierała się swoją puszką przez przejazd rowerowy. Zwykle śmigają przed nosem, ten akurat musiał zwolnić do zera i poczekać na wszystkich. Gdy już się pożegnaliśmy - jadąc w swoją stronę spotkałem babcię, która też postanowiła przytulić się do swojej lewej. Zostawiła odrobinę miejsca, postanowiłem więc zaryzykować, w końcu to nie ja sobie dupę obiję, jak się stukniemy. Zmieściliśmy się. W świeżo rozkopanym tunelu przy Zachodnim - wolna amerykanka. Jedni prawą, inni lewą, inni środkiem...
Cieszę się, że już jestem bezpieczny w pracy... uff...
- DST 35.82km
- Czas 01:31
- VAVG 23.62km/h
- VMAX 41.41km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 4 października 2012
Kategoria transport, do czytania
Czterdzieści kilometrów samotnej jazdy
Praca - kurs - praca, wszystko samemu. Na pocieszenie w domu, gdy wróciłem z kursu, czekało na mnie pyszne żarcie. :)
Rano, gdy wlokłem się Połczyńską, któremuś autobusiarzowi włączył się edukator i postanowił (machając ręką) przypomnieć mi, że komuś tam maźnęło się farbą i wysmarował całe trzysta? czterysta? metrów DDRu. No... tak. Właśnie zamierzałem zjechać na kostki chodnikowe i nierówne asfalty, by na trzysta metrów zrezygnować z równiutkiego asfaltu na trzypasmowej Połczyńskiej.
Tak czy inaczej, jestem przekonany, że prędzej czy później jacyś zieloni eko-rowero-wandale wpadną na to, żeby przy tej "niebezpiecznej" drodze wymalować "bezpieczną" dróżkę rowerową na całej długości.
A w tunelu przy Zachodnim minąłem Chrabu. Goro coś się dzisiaj obijał.
Rano, gdy wlokłem się Połczyńską, któremuś autobusiarzowi włączył się edukator i postanowił (machając ręką) przypomnieć mi, że komuś tam maźnęło się farbą i wysmarował całe trzysta? czterysta? metrów DDRu. No... tak. Właśnie zamierzałem zjechać na kostki chodnikowe i nierówne asfalty, by na trzysta metrów zrezygnować z równiutkiego asfaltu na trzypasmowej Połczyńskiej.
Tak czy inaczej, jestem przekonany, że prędzej czy później jacyś zieloni eko-rowero-wandale wpadną na to, żeby przy tej "niebezpiecznej" drodze wymalować "bezpieczną" dróżkę rowerową na całej długości.
A w tunelu przy Zachodnim minąłem Chrabu. Goro coś się dzisiaj obijał.
- DST 43.48km
- Czas 01:53
- VAVG 23.09km/h
- VMAX 41.05km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 3 października 2012
Kategoria < 25km, do czytania, transport
Praca > mechanik > UFO
Wróciłem z pracy przez Pocztę. Nawet sprawnie, byłem tylko trzynasty w kolejce. Potem auto i wio do Nadarzyna, auto zostawione u mechanika. Powrót standardowo, bardzo prWróciłem z pracy przez Pocztę. Nawet sprawnie, byłem tylko trzynasty w kolejce. Potem auto i wio do Nadarzyna, auto zostawione u mechanika. Powrót standardowo, bardzo przyjemnym asfaltem w stronę Pruszkowa. Rano - znowu jak UFO - my jedziemy w krótkich spodniach, reszta w kurtkach i na długo.
Rower zaparkowałem w "zakazanym" parkingu podziemnym. Ciekawe, czy pozwolą znowu parkować tam rowery, gdy zacznie się mróz? Na razie dziś go zostawiłem, bo pada, co będzie biedak się męczył na deszczu.
Rower zaparkowałem w "zakazanym" parkingu podziemnym. Ciekawe, czy pozwolą znowu parkować tam rowery, gdy zacznie się mróz? Na razie dziś go zostawiłem, bo pada, co będzie biedak się męczył na deszczu.
- DST 48.15km
- Czas 02:09
- VAVG 22.40km/h
- VMAX 38.86km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 2 października 2012
Kategoria do czytania, transport
Trochę deszczyście, trochę mgłowo
Z pracy powrót trochę w deszczu. Jak to zawsze bywa, jak mamy deszcz, korki ciągną się kilometrami. Nie wiem, dlaczego.
Na kurs i z kursu jazda na sucho. Przy Broniewskiego na DDR wystawiana jest nowa kostka, przypominająca stare, dobre płyty chodnikowe. Ciekawe, jak długo będzie można korzystać, zanim zaczną się pierwsze nierówności.
Rano przed pracą szybkie smarowanie łańuchów i wreszcie lokalizuję cuś, co mi trzeszczało na wertepach: poluzowana jedna ze śrubek od bagażnika. Ruszamy do pracy. Fajnie jest, bo przyjemnie chłodno i mgła. Hipcia jedzie do siebie, ja do siebie. Po drodze mijam Goro, starając się, by tym razem nie wpaść na pomysł przybijania sobie piątki. Za Gorem leci, wpatrzony w jego... koło. Tak, na pewno koło, bo wzrok miał taki trochę ku dołu... Nieważne: leci za nim koleżka w trykocie timobajla. Też kolega z BSa?
[edit]
Takie spostrzeżenie: zaczął się rok szkolny, zaczął rok akademicki, liczba wycieczek dziennych na BS spadła. Nareszcie będą się obiboki uczyć, zamiast jeździć, gdy inny człowiek gnije w robocie. :)
Na kurs i z kursu jazda na sucho. Przy Broniewskiego na DDR wystawiana jest nowa kostka, przypominająca stare, dobre płyty chodnikowe. Ciekawe, jak długo będzie można korzystać, zanim zaczną się pierwsze nierówności.
Rano przed pracą szybkie smarowanie łańuchów i wreszcie lokalizuję cuś, co mi trzeszczało na wertepach: poluzowana jedna ze śrubek od bagażnika. Ruszamy do pracy. Fajnie jest, bo przyjemnie chłodno i mgła. Hipcia jedzie do siebie, ja do siebie. Po drodze mijam Goro, starając się, by tym razem nie wpaść na pomysł przybijania sobie piątki. Za Gorem leci, wpatrzony w jego... koło. Tak, na pewno koło, bo wzrok miał taki trochę ku dołu... Nieważne: leci za nim koleżka w trykocie timobajla. Też kolega z BSa?
[edit]
Takie spostrzeżenie: zaczął się rok szkolny, zaczął rok akademicki, liczba wycieczek dziennych na BS spadła. Nareszcie będą się obiboki uczyć, zamiast jeździć, gdy inny człowiek gnije w robocie. :)
- DST 40.21km
- Czas 01:59
- VAVG 20.27km/h
- VMAX 39.24km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 1 października 2012
Kategoria do czytania, transport
Mam nową zabawkę!
Zabawka nazywa się "nowy licznik". Ma sto czterdzieści tysięcy funkcji i wogle jest super. Ma stopery i odliczanie dystansu, i liczy kadencję (jak się kupi czujnik kadencji), i jeszcze tam jakieś dziwne cusie ma, co jeszcze nie wiem, do czego mi, ale na pewno jest potrzebne. I jest jeszcze ładny i nieporysowany.
Tak naprawdę, to wziąłem go tylko dlatego, że był niewiele droższy od modelu, którego używałem dotychczas (Sigma BC 1009 -> 1609), a ma podświetlany wyświetlacz. Co przydało się w ostatni weekend.
Ale najlepszy z tego i tak jest termometr. Na przykład wiem, że dziś gdy jechałem do pracy, było 11 stopni. A wczoraj na bieżąco mogłem sobie śledzić, jak tam temperatura ma się do lasu i do miasta. Nie wiem, co mi z tego, ale teraz przynajmniej wiem, kiedy powinno mi być zimno.
A propos "zimno": ludzie coś wzięli się i dziwnie wyubierali. Pozakładali kurtki, czapki i tak dalej. Dziwnie cokolwiek czułem się, gdy jechałem przez miasto w krótkich spodniach...
Tak naprawdę, to wziąłem go tylko dlatego, że był niewiele droższy od modelu, którego używałem dotychczas (Sigma BC 1009 -> 1609), a ma podświetlany wyświetlacz. Co przydało się w ostatni weekend.
Ale najlepszy z tego i tak jest termometr. Na przykład wiem, że dziś gdy jechałem do pracy, było 11 stopni. A wczoraj na bieżąco mogłem sobie śledzić, jak tam temperatura ma się do lasu i do miasta. Nie wiem, co mi z tego, ale teraz przynajmniej wiem, kiedy powinno mi być zimno.
A propos "zimno": ludzie coś wzięli się i dziwnie wyubierali. Pozakładali kurtki, czapki i tak dalej. Dziwnie cokolwiek czułem się, gdy jechałem przez miasto w krótkich spodniach...
- DST 11.30km
- Czas 00:31
- VAVG 21.87km/h
- VMAX 48.03km/h
- K: 11.0
- Sprzęt Unibike Viper
Niedziela, 30 września 2012
Kategoria > 100km, do czytania, zaliczając gminy
Łatamy dziury przy dźwiękach kapiącej wody
Na naszej mapie zdobytych gmin ziała i straszyła dziura o nazwie "Wołomin". Trzeba było ją załatać.
Start - z zachodu na wschód Warszawy. Nadal dziwię się ludziom, gdy mnie pytają, czy nie boję się jeździć jezdnią. Ja się boję jeździć DDRami. Przeżyliśmy na szczęście, przeżyliśmy też nawigację po praskiej stronie i wypadliśmy na wylotówkę (634) w stronę Wołomina. Wąsko, ciasno, ruchliwie, nieprzyjemnie. Za Wołominem też nie lepiej, uciekamy zatem na wioski, próbując się przebić przez las w kierunku DK8 odbijamy się od ogrodzenia jakiejś stadniny i musimy ją objeżdżać. Dalej już aż do Jachranki spokój.
W Jachrance postój - zgodnie z planem (a chciałem już od chyba pół roku) idziemy pomoczyć tyłki w aquaparku. Wymoczeni, ubieramy się cieplo i lecimy na Legionowo, dalej drogami 633 i 632 na Warszawę. Najniższa temperatura, jaką zarejestrowałem, to nieco powyżej 6 stopni. Widać, że idzie jexsień. Przydały się i ciepłe rękawiczki, i coś na głowę.
W Warszawie po raz pierwszy jedziemy na stronę zachodnią mostem Marykury, fajne tam ścieżki porobili, szkoda, że taki samochód to zawsze wie, jak gdzieś wyjechać, a taki rower musi kluczyć. Dlaczego? Bo samochody mają drogowskazy, a rowery... rowery najwyraźniej mają i czas, i moc na takie błądzenie. Nam na szczęście udaje się nawet sprawnie dostać tam, gdzie chcieliśmy. Pozostaje tylko dojechać do domu.
Zaliczone gminy: 2.
Start - z zachodu na wschód Warszawy. Nadal dziwię się ludziom, gdy mnie pytają, czy nie boję się jeździć jezdnią. Ja się boję jeździć DDRami. Przeżyliśmy na szczęście, przeżyliśmy też nawigację po praskiej stronie i wypadliśmy na wylotówkę (634) w stronę Wołomina. Wąsko, ciasno, ruchliwie, nieprzyjemnie. Za Wołominem też nie lepiej, uciekamy zatem na wioski, próbując się przebić przez las w kierunku DK8 odbijamy się od ogrodzenia jakiejś stadniny i musimy ją objeżdżać. Dalej już aż do Jachranki spokój.
W Jachrance postój - zgodnie z planem (a chciałem już od chyba pół roku) idziemy pomoczyć tyłki w aquaparku. Wymoczeni, ubieramy się cieplo i lecimy na Legionowo, dalej drogami 633 i 632 na Warszawę. Najniższa temperatura, jaką zarejestrowałem, to nieco powyżej 6 stopni. Widać, że idzie jexsień. Przydały się i ciepłe rękawiczki, i coś na głowę.
W Warszawie po raz pierwszy jedziemy na stronę zachodnią mostem Marykury, fajne tam ścieżki porobili, szkoda, że taki samochód to zawsze wie, jak gdzieś wyjechać, a taki rower musi kluczyć. Dlaczego? Bo samochody mają drogowskazy, a rowery... rowery najwyraźniej mają i czas, i moc na takie błądzenie. Nam na szczęście udaje się nawet sprawnie dostać tam, gdzie chcieliśmy. Pozostaje tylko dojechać do domu.
Zaliczone gminy: 2.
- DST 113.00km
- Czas 05:15
- VAVG 21.52km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Sobota, 29 września 2012
Kategoria > 100km, do czytania, zaliczając gminy
Z Mazowieckiego w Łódzkie
Trasę wymyśliła sobie Hipcia, swoją, jedyną i najlepszą metodą. Mazia sobie palcem po mapie i stwierdza "o tu, tu, tu, potem tędy i tędy". I zwykle jeszcze mogliśmy skonfrontować jej pomysły z rzeczywistością za pomocą mapy google'a, teraz, niestety, nie mamy komputera w domu. Z drugiej strony metoda Hipci była bolesna jeszcze rok temu, kiedy to chcieliśmy jechać z pięćdziesiąt kilometrów, a ona planowała sto pięćdziesiąt; teraz powoli idziemy w stronę "No to najwyżej pojedziemy gdzieś dalej".
Spakowaliśmy się nieco, bo pogodynka mówiła, że deszcz będzie tylko około północy, zatem zabraliśmy jedynie kurtkę przeciwdeszczową (jako wiatrówkę) i drugą wiatrówkę.
Na starcie pojechaliśmy przez Umiastów i Kaputy, w tą stronę nigdy nie jechaliśmy, również za dnia. Jak w stronę Warszawy asfalt jest niezły, tak na zachód jest paskudnie i nierówno. Do tego wiatr: cały czas w twarz. W Podkampinosie odbiliśmy w bok i zrobiło się już przyjemniej, wiatr zniknął, kilometry same umykały. Powoli zaczął zapadać zmrok i gdzieś tam w międzyczasie przekroczyliśmy granicę województw. A gdzieś w bardziejszym międzyczasie udało mi się przekroczyć 20 tysięcy kilometrów przejechanych na BS.
Zrobiło się ciemno i coś zaczęło delikatnie padać z nieba. My zdążyliśmy wyskoczyć już na DK70 i pojechać w stronę Łowicza - Hipcia bowiem bardzo chciała zahaczyć to miasto i zdobyć tamtą gminę. Chwila przystanku na stacji benzynowej już w granicach Łowicza (nie mieli parówek na Orlenie! Skandal!), wymiana baterii w lampce i powrót w stronę Skierniewic. Gdzieś po drodze zaczęło padać odważniej. I jeszcze odważniej. Schowaliśmy się na moment, by sprawdzić, czy są jakieś skróty, ale wyszło nam, że najlepiej wyjdziemy, jeśli będziemy po prostu jechać głownymi - to, co nadłożymy drogi, zyskamy brakiem przerw.
Przed Skierniewicami zakaz dla rowerów spycha nas na drogę techniczną, która jakimś cudem nie przechodzi nad A2 tak, jak główna, musimy zatem z rowerem na plecach skakać przez rów. Przez Skierniewice jedziemy wynalazkami Polskiej Myśli Technicznej (czyli DDRami), dalsza droga, aż do Żyrardowa, to chlapanie się po mokrym asfalcie i walka ze snem. W Żyrardowie robimy postój na parówkę i kawę, coś ciepłego i odrobina kofeiny rozbudza nas, moc wraca. Mieliśmy wracać wioskami, ale uznaliśmy, że nam się nie chce, do domu jedziemy główną przez Grodziski Mazowieckie i Pruszkowy.
Padać przestało dopiero w Warszawie, mieliśmy zatem około osiemdziesięciu kilometrów w deszczu. Podziękowania dla pogodynki :) Dotarliśmy chyba o wpół do drugiej w nocy.
Muszę z tego miejsca, przyznać rację Niewu: lepiej się jeździ za dnia :) Krótkie trasy to i można robić nocą, ale jak przychodzi do pięciu godzin nocnej jazdy...
Nowych gmin: sześć.
Spakowaliśmy się nieco, bo pogodynka mówiła, że deszcz będzie tylko około północy, zatem zabraliśmy jedynie kurtkę przeciwdeszczową (jako wiatrówkę) i drugą wiatrówkę.
Na starcie pojechaliśmy przez Umiastów i Kaputy, w tą stronę nigdy nie jechaliśmy, również za dnia. Jak w stronę Warszawy asfalt jest niezły, tak na zachód jest paskudnie i nierówno. Do tego wiatr: cały czas w twarz. W Podkampinosie odbiliśmy w bok i zrobiło się już przyjemniej, wiatr zniknął, kilometry same umykały. Powoli zaczął zapadać zmrok i gdzieś tam w międzyczasie przekroczyliśmy granicę województw. A gdzieś w bardziejszym międzyczasie udało mi się przekroczyć 20 tysięcy kilometrów przejechanych na BS.
Zrobiło się ciemno i coś zaczęło delikatnie padać z nieba. My zdążyliśmy wyskoczyć już na DK70 i pojechać w stronę Łowicza - Hipcia bowiem bardzo chciała zahaczyć to miasto i zdobyć tamtą gminę. Chwila przystanku na stacji benzynowej już w granicach Łowicza (nie mieli parówek na Orlenie! Skandal!), wymiana baterii w lampce i powrót w stronę Skierniewic. Gdzieś po drodze zaczęło padać odważniej. I jeszcze odważniej. Schowaliśmy się na moment, by sprawdzić, czy są jakieś skróty, ale wyszło nam, że najlepiej wyjdziemy, jeśli będziemy po prostu jechać głownymi - to, co nadłożymy drogi, zyskamy brakiem przerw.
Przed Skierniewicami zakaz dla rowerów spycha nas na drogę techniczną, która jakimś cudem nie przechodzi nad A2 tak, jak główna, musimy zatem z rowerem na plecach skakać przez rów. Przez Skierniewice jedziemy wynalazkami Polskiej Myśli Technicznej (czyli DDRami), dalsza droga, aż do Żyrardowa, to chlapanie się po mokrym asfalcie i walka ze snem. W Żyrardowie robimy postój na parówkę i kawę, coś ciepłego i odrobina kofeiny rozbudza nas, moc wraca. Mieliśmy wracać wioskami, ale uznaliśmy, że nam się nie chce, do domu jedziemy główną przez Grodziski Mazowieckie i Pruszkowy.
Padać przestało dopiero w Warszawie, mieliśmy zatem około osiemdziesięciu kilometrów w deszczu. Podziękowania dla pogodynki :) Dotarliśmy chyba o wpół do drugiej w nocy.
Muszę z tego miejsca, przyznać rację Niewu: lepiej się jeździ za dnia :) Krótkie trasy to i można robić nocą, ale jak przychodzi do pięciu godzin nocnej jazdy...
Nowych gmin: sześć.
- DST 175.23km
- Czas 07:54
- VAVG 22.18km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















