Informacje

  • Łącznie przejechałem: 136325.94 km
  • Zajęło to: 259d 00h 15m
  • Średnia: 21.89 km/h

Warto zerknąć

Aktualnie

button stats bikestats.pl

Historycznie

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaliczając gminy

Moje rowery


Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Hipek.bikestats.pl

Archiwum

Kategorie

Sobota, 3 grudnia 2011 Kategoria do czytania, > 50 km, alleypiast

Alleycat 7 panien (czyli: Hipki jednak jeżdżą na orientację)

To, co nie udało się w zeszłym tygodniu, mamy nadzieję naprawić w obecnym. Na szczęście tydzień temu Alleypiast nawiedziła mizerna frekwencja i został przesunięty na dziś.

Zbieramy się spokojnie, z wyprzedzeniem, zgodnie z planem: czyli - niewiele wcześniej niż ostatnia chwila pakujemy wszystko, co potrzebne, rezygnujemy (słusznie) z sakwy, poprzestajemy na torbie na bagażnik. Pierwsza część - dojazd. Trasę wytyczałem za pomocą Google'a, więc nie byłem specjalnie zdziwiony, że wylądowaliśmy na betonowej dróżce, a później na szutrówce prowadzącej wzdłuż torów. Po drodze mała korekta planów, bieg z rowerem w łapie po kładce nad torami, skracamy drogę, lądujemy już na terenach, które swego czasu odwiedziliśmy. Niemniej jednak - udaje się dotrzeć (chociaż dwukrotnie kręcimy się pod tym samym mostem (wspominałem, że nie znoszę elektroniki w nawigacji? Mapa trzymana w łapie to jest to. Wystarczy.). Punkt zbiórki: skwerek przy ul. Wojciechowskiego (Ursus).

Jesteśmy dziesięć przed czasem, prócz nas jest tylko jedna para, zasiadamy na ławeczce i czekamy. Ponieważ strasznie towarzyskie z nas stworzenia (czyt: nie zobaczysz nas wpadających w tłum nieznajomych ludzi z okrzykiem: "Hej, jestem Stefan, co u Was? Dawno jeździcie? ...), z naszej strategicznej pozycji milcząco oczekując podziwiamy kolejnych pojawiających się przeciwników dzisiejszych zmagań. Nasze nieznane lokalnie pyski przyciągają uwagę, bo kilka osób się nam przedstawia i tak poznajemy sprawcę całego zamieszania - Grześka, na hasło "WaypointGame" pojawiają się jeszcze "ten, który już nie gra, ale stawiał dużo WP w Otwocku" - Zajączek, oraz Kemot. Na razie siedzimy; oczekiwanie na maruderów przeciąga się. Na tyle się przeciąga, że nawet ja zaczynam marznąć. W końcu - czas: start. Wpisowe wpłacone, pamiątkowe szprychówki (trzeba przyznać: fajnie zrobione) rozdane, manifesty wręczone. Krótkie jeszcze omówienie trasy i w drogę. Od razu widać to, o czym pisze każdy relacjonujący tego typu zabawy: miejscowi wykorzystują bezczelnie swoją przewagę, na starcie tracimy dwie minuty. :-)

Alleypiast 7 panien - szprychówka © Hipek99


PK "G" (Sad).
Startujemy ku wschodowi. Pierwszy cel, dojechać do nowego cmentarza na Włochach, okazuje się już na początku wrednym: ulica Zapustna jest rozkopana, musimy objeżdżać naokoło. Pierwsza strata. Na cmentarzu - nikogo, nie licząc tych, którzy tam na stałe. Znajdujemy właściwy krzyż, przy nim strzałka w prawo. Wyprowadza nas ona na betonowe ogroczenie, po chwili znajdujemy w nim dziurę i już z daleka widzimy znicz. Bo - tu dygresja - większość punktów w zawodach oznaczona jest płonącymi zniczami. Dodatkowy klimat gry, szczególnie gdy... a nie, będzie dalej. Przy zniczu - zadania ciąg dalszy: wrócić do krzyża, szukać innego wyjścia przez mur. Znajdujemy właściwe wyjście, ale jakoś nam nie pasuje (myli nas podpowiedź na zadaniu); wchodzimy nie w tę dziurę, trochę błądzimy, w końcu naprawiamy błąd, zawracamy, wskakujemy i biegniemy do właściwego domu. Tam na miejscu już pali się znicz, spotykamy Lewana, z którym przez cały wyścig będziemy się mijać.

PK "F" (Park Cietrzewia)
Już wiemy, że nie będzie łatwo, trafić na właściwy park (właściwie: gliniankę), nie będzie łatwo. Już wiemy, że nieznajomość terenu musimy nadrabiać nogami, akurat to nam w miarę wychodzi. Ryżowa -> Kleszczowa. Park znajdujemy bez problemu, właściwy mostek jeszcze łatwiej. Na mostku sznurek, na sznurku, zatopiony w wodzie słoik: zadanie - szukać w zaroślach przy południowym stawie. Biorę kompas i chyba dostaję zaćmy, bo wskazuję jako południe - północ, wskutek czego szukamy nie przy tym stawie, co trzeba. W końcu jednak trafiamy na właściwe miejsce. W międzyczasie zaczyna delikatnie padać deszcz ze śniegiem.

PK "B" (Fort Szczęśliwice)
W końcu sprawnie zdobyty punkt. Wylatujemy na Jerozolimskie, nowiutkim asfaltem lecimy na wschód, w plecy jeszcze dodatkowo zawiewa wiatr, ze zdziwieniem spostrzegam na liczniku 36km/h, właściwy skręt, właściwa bramka, ktoś za nią szpera, ale chyba nie w tym miejscu, mijamy go, znajdujemy właściwą ścieżkę, dalej: rzucić rower, sprint przez górkę, zejście z górki, z daleka widoczny znicz, wejście do starego baraczku (?) działkowego, zabranie karteczki, wynocha. To był zdecydowanie najbardziej klimatyczny waypoint: już z górki widać czerwony, stojący na parapecie znicz, nieco przysłonięty bluszczem. Żeby nie było za dobrze - gubię tam okulary, następnego dnia podjeżdżamy, okulary są, trochę w dwóch kawałkach. Przy okazji - ustawiam Waypointa (mam nadzieję, że nikt mnie nie pogoni za to wypożyczenie) :)

PK "A" (Parking Wielopoziomowy)
Tu czujemy się jak "lokalni", w końcu pracuję tuż tuż obok: parking przy Blue City, który znam bardzo dobrze. Żadnego wysiłku.

PK "D" (Ruina)
Miejscówka między torami, gdzieś przy Odolanach, czy innch Przycach. Zapewne można przeskoczyć na drugą stronę i przegnać przez tory na przełaj, ale wolimy wybrać pewną trasę. Prymasa - kładką na drugą stronę, wsiadamy na Gniewkowską i przemykamy. Przemykamy już w ulewnym deszczu, który w międzyczasie się był pojawił. Sto metrów przed skrzyżowaniem stoi dom, ale na ruinę nie wygląda. Za skrzyżowaniem - już jest właściwy dom. Zapalony znicz, sprawia wrażenie, jakby był zapalony na piętrze, więc znosimy rowery na nasyp. Niepotrzebnie, bo nazwa mówi sama za siebie: ruina to ruina.

PK "C" (Wieża).
Nie znamy okolic, więc nie odważamy się przelecieć na przełaj przez tory. Jedziemy zatem na zachód, by przez Przyce przemknąć na drugą stronę, do ul. Grodziskiej i wrócić na wschód. Z niej schodzimy na ścieżkę przy torach, jedziemy tak z kilometr, właściwa wieża jest widoczna już z daleka. Sprawdzamy - znicz płonie, karteczka zabrana. W międzyczasie w czołówce pada mi świeża bateria - trzeba kupić mocniejszą i lepszą czołówkę, ta kiepsko świeci i żre baterie jak smok. Oprócz zdobycia wieży jest jeszcze bonus - na szczycie. No to szast-prast, nie ma że się nie chce, piorunów nie ma, więc włażę na górę. Dobrze, że zabrałem grube rękawiczki, bo nie przemakają tak, jak zwykłe - wspinanie się po cieknących wodą szczeblach moczy je z zewnątrz dokumentnie. Lewan, który przyjechał za nami, podszedł kawałek, ale nie odważył się wejść na szczyt. Jego strata, było warto. :)

PK "E" (Z kominem)
Powrót przez Przyce, do pętli Odolany, i znowu na zachód wzdłuż torów. Szukać domu z kominem, nie skręcać wcześniej, bo gdzieś tam jest agresywny (?) bezdomny. Dom znaleziony, punkt zaliczony, chociaż nie obyło się bez zabawy: spodziewaliśmy się, że skoro jest ostrzeżenie, to znaczy, że łatwo te domy pomylić. Zatem przekradam się spodziewając się, że jednak bedziemy nieproszonymi gośćmi. Gdy pojawia się znicz - wszystko jasne. Próbuję jeszcze nie wpaść do wykopu w podłodze (ciekawe, jakie przeznaczenie miał ten budynek) i zdobywamy karteczki: obecność i mapkę z trzema dodatkowymi waypointami.

PK "H" (Staw Koziorożca)
Na pętlę, ul. Potrzebną pod sam staw. Trochę za daleko jedziemy, trzeba wracać ok 100m. Pod stawem przeliczenie czasu i decydujemy się na jazdę po pierwszy z dodatkowych punktów.

PK "Zakopane" (bonus)
Trochę błądzimy szukajac wylotu z poprzedniego punktu na ul. Świerszcza, pierwszy raz przeklinam się serdecznie za brak mapnika. Gdy w końcu znajdujemy Świerszcza, trafiamy na właściwą łąkę. Lewan już na niej mieszka, łazimy chwilę w trójkę, ale niestety - bezskutecznie. Potem okazuje się, że znicz zgasł, minimalizując nasze szanse na odnalezienie punktu.

PK "Hala" (bonus)
Przemykamy na drugą stronę torów, skręcamy w Posag Siedmiu Panien, stamtąd pierwsza próba odbicia w lewo - nieudana, teren zamknięty. Niby otwarta brama, ale wewnątrz jakieś latarnie... dajemy sobie spokój. Atakujemy punkt od zachodu, udaje się: znicz płonie tuż przy wejściu do hali fabrycznej. Mapka odrobinę nieprezycyjna, dobrze, że Hipcia mapki w ręce nie miała, więc po prostu patrzyła po okolicy. "O, tam się coś świeci".

PK "Winda" (bonus)
Tu już jesteśmy pod czasem, a pozostaje do zdobycia ostatni "główny" punkt: "I" (Posesja). Odpuszczamy go. Jadąc na styk lecimy jeszcze ul. Wiosny Ludów w poszukiwaniu windy prowadzącej na kładkę nad torami. Oczywiście - to co jest widoczne, nie bywa znalezione, więc spędzamy dobre pięć minut szukając koszulki z karteczkami, która jest na samym wierzchu, wciśnięta przy szybie. Wyglądała jak smieć.

Stamtąd już lecimy bezpośrednio do mety. Spóźnienie - kwadrans. Meta jest w pobliskiej pizzerii, czynnej do północy (jest 23:45), więc nie zasiadujemy się tam zbytnio, chociaż udaje się uszczknąć odrobinę integracji z ekipą z Piastowa: tu przez tę chwilę udaje się połączyć twarze z nickami znanymi z WPG. Na koniec - miła niespodzianka: zajmujemy trzecie miejsce. Jak na debiut - całkiem nieźle. W nagrodę dostajemy rękawiczki rowerowe :)

W domu jesteśmy punkt pierwsza w nocy, wychodzi, że w ciągu ostatniej doby (nocne szukanie waypointów + alleypiast) przejechaliśmy sobie ponad 100km. Ładnie.

Dwa słowa podsumowania: fajnie było! Niczego się nie spodziewaliśmy, ale zaskoczenie było przyjemne. Bardzo fajnie przygotowana trasa, żadnych problemów, dobra zabawa (mimo deszczu i temperatury). Zdecydowanie piszemy się na kolejny alleypiast. :)
Sobota, 3 grudnia 2011 Kategoria do czytania, waypointgame, < 50km

W nocy można spać...

... i pewnie większość z Was, ciapciaki, smacznie sobie spała. My zaś ruszyliśmy kupry tuż przed drugą w nocy, by do piątej sobie krążyć. Ot, przewaga gier terenowych nad zwykłą jazdą: jak jest powód, to jest mobilizacja większa. Bo przejechać się zawsze można, a punkty uciekną.

Surf wymyślił koncepcję kładek warszawskich, więc wyjechaliśmy z domu mając odpisane trzy. Po drodze publikowały się kolejne i tak sobie jechaliśmy... aż do tej, która się opublikowała ostatnia (kładki nad S8), której kod znaleźliśmy (no dobra, nie ja znalazłem), jakieś pół godziny przed publikacją. Wiedzieliśmy, że tej kładki nie odpuści ;-)

Dzięki Rooterowi poznałem SportyPal i przetestowałęm sobie na dzisiejszej trasie. O tak sobie jechaliśmy, o tutaj.

A teraz szybciutko spać, bo o siódmej meczyk, a wieczorem Alleypiast.
Piątek, 2 grudnia 2011 Kategoria transport

Z pracy

Piątek, 2 grudnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Roczny cel wypełniony!

Dawno temu, bo jeszcze w styczniu postanowiłem sobie cel (mocne słowo, "cel"; lepiej: zagadkę): czy uda mi się przejechać 2011 tak, żeby na wykresie rocznym przebieg tegoroczny przykrył daszkiem zeszłoroczny. Czyli: czy w każdym miesiącu z tego roku uda mi się pobić dystans miesięczny z zeszłego. Dzisiaj właśnie pobiłem moje zeszłoroczne grudniowe 12km i tym samym skompletowałem całość. Teraz trzeba sprawdzić, czy w przyszłym roku też się uda. Będzie trudniej i w końcu będzie to jakieś wyzwanie :)

Rano podejrzanie ciepło i podejrzanie ładnie. Aż nie chciało się człowiekowi jechać do pracy. Dróżka przy Szczęśliwickiej bardzo mi się podoba, przynajmniej rano. Nikogo tam jeszcze nie spotkałem, jest poprowadzona ciekawie, bo zawijasami, dzięki temu człowiek nie zasypia jadąc bez przerwy przed siebie. Trochę wmordewind, ale przy takiej temperaturze to sobie może wiać.
Czwartek, 1 grudnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Rozwiązania na temat pedałowania

Tak od razu po zwolnieniu bach! do pracy. To nieludzkie! Dobrze, że już za dwa dni weekend, co prawda nie wypocznę za bardzo, bo będą mi już od jutra nocami hałasowali siatkarze nad głową (w tym chyba z soboty na niedzielę o trzeciej nad ranem), ale zawsze to jakiś dzień wolny.

W porannej mżawce ruszyliśmy przed siebie, jakoś tak spokojnie, ale jakoś tak fajnie. Mimo że jestem zmęczony i chce mi się spać, to przyjemnie sobie przypomnieć, jak taka wspólna poranna przejażdżka pompuje w człowieka nowy dzień.

Przed zwolnieniem zostawiłem otwarty temat pedałowania i mojej lewej stopy. Wypoczywając w domu miałem niewiele czasu na czytanie, ale jeden fragment książki przeczytałem: ten o pedałowaniu właśnie. Wczoraj wieczorem bowiem uświadomiłem sobie finalnie, skąd wziął się mój stary pomysł na pedałowanie w SPD. Zakupiwszy je, szukałem na forach rowerowych informacji o tym, jak efektywnie pedałować. I gdzieś trafiłem, na jakimś forum szosowym, na polecaną metodę "kręć tak, jakbyś miał za małą korbę i chciał kręcić po większym kole". No to kręciłem. Całe szczęście, że Hipcia tę "dobrą radę" ode mnie zupełnie zlała, bo teraz mamy jednego tylko człowieka do naprawy.

A w czym tkwił zapewne problem? Kręcenie "na za małą korbę" w części ciągnącej ruchu wspomagałem łydką. W książce ładnie rozrysowano, które mięśnie pracują w której fazie ruchu. Do góry ciągnie dwugłowy uda, a pod koniec wspomaga go biodrowy. Tyle. Żadnej łydki. Oczywiście wczoraj, jak szybko bym nie jechał, nogi nie cierpły, dziwne, prawda? Poza tym jest jeszcze ta różnica: robić coś większym mięśniem; teraz faktycznie czuję, że prędkość wzrasta, że jazda mniej męczy, że przyspieszenie jest mocniejsze. I nic, kurna, nie cierpnie. Przynajmniej, jeśli chodzi o stopy. ;-)
Środa, 30 listopada 2011 Kategoria do czytania, transport

Ożyj i zwyciężaj

Na sam koniec ostatniego dnia zwolnienia (czyli już legalnie, po godzinach pracy), pojechaliśmy na kurs. Po sześciu dniach bez roweru czułem się jak dziecko, któremu dano zabawkę. Wszystko nowe: rower nowy, świat nowy... tylko Hipcia ciągle stara i dobra ;)

Mogę sobie tylko wyobrażać, jak czują się ludzie, którzy wsiadają na rower po miesiącu/dwóch. I wolę tego nie sprawdzać.
Wtorek, 29 listopada 2011 Kategoria do czytania

Zwolnienia dzień drugi

Akcja czyszczenia trwa. W zasadzie powinienem zrobić rubrykę "odeszli od nas", ale nie ma co się chwalić graciarnią, jaką miałem w domu ;) Z ważniejszych rzeczy: udało się w końcu pozbyć starego komputera i monitora, które stały, zajmowały miejsce i nic nie robiły poza tym. Jak człowiek ma dużo czasu, to i głupie pomysły mu przychodzą do głowy: przesortowałem również lekarstwa. Tych po terminie było dużo. Z kilogram. Pani w aptece zlitowała się i nie kazała mi tego pojedynczo wrzucać do skrzyneczki na leki do utylizacji. :-)

Wniosek jest jeden: nie kupiłem MTBka, a już trzeba rozglądać się za szosówką. Za dużo tu miejsca. :-)

Samopoczucie już lepsze. Wszystko wygląda na to, że jutro wieczorem, już na legalu, tyłek wraca na siodło.

Wieczorem jeszcze znajdujemy dwie kolejne świeżynki. Jeśli ktoś chce na jakąś przezentację, czy do badań mieć przykład debila, to mam dwójkę na oku. O 1:30 w nocy pojechaliśmy na Filtry zdobywać waypointy. Samochodem, bo na rower jeszcze... nie szalejmy. Szczególnie, że jutro Hipcia do pracy idzie, ja sobie mogę robić wakacje :)

A tak o sobie nocowaliśmy jeszcze nieco ponad miesiąc temu... Tuż za namiotem było urwisko - kończył się klif. A trzydzieści metrów niżej - morze.

A tak sobie nocowaliśmy jeszcze nieco ponad miesiąc temu... © Hipek99


Trzeba to powtórzyć.
Poniedziałek, 28 listopada 2011 Kategoria do czytania

Zwolnienia dzień pierwszy

Z rana podróż do lekarza. O ile zwykle człowiek musi się starać, by być przekonywujacy i by lekarz dał to zwolnienie i uwierzył, że się źle czujesz, o tyle ja zastanawiam się, czy mówić wszystko. Tylu objawów, to jeszcze w życiu nie miałem i mam wrażenie, że średnio to zabrzmi. Ale pani doktor jakoś wierzy w moją wersję, ogólnie przyjmuje człowieka spokojnie i na luzie, bez tego nastroju Śmierci i Prosektorium, właściwego części lekarzy. Ot, przykład: "Tu ma pan tabletki, grzybka, wprowadzimy go do przewodu pokarmowego, żeby zrobić konkurencję obcym. Bo ma pan obcych w przewodzie pokarmowym.". Mniej więcej tak wyglądała cała wizyta. Dostałem przerwę do środy.

Już pod domem, wracając z apteki, zastanowiłem się, czy może warto wykiwać ZUS i wyskoczyć sobie na rowerek na chwilę. Ale miałem nieodparte wrażenie, że zanim ZUS się połapie, za moja zuchwałość skaże mnie natychmiast starożytny bóg DIARRHEVS, którego bronią brązowa błyskawica. Zatem wróciłem do domu. "Chory może chodzić", a skoro tak, to spokojnie zabrałem się za realizację akcji "Tu jest więcej miejsca, niż na to wygląda", z tytułem funkcjonalnym "Tu ZMIESZCZĄ się jeszcze dwa rowery". Na pierwszy ogień poszła selekcja wszystkich rzeczy, które miały się "jeszcze kiedyś przydać", a wszystko wskazuje na to, że nigdy to nie nastąpi.

W międzyczasie dotarł do mnie kurier, ze stosem niespodzianek: zimowe ochraniacze na buty, ulocki (wreszcie zostawię go sobie w pracy, nie bedę woził żelastwa do domu) i kask dla Hipci. Zatem teraz mamy już oboje i możemy oboje być PROŁ. Bo wcześniej był jeden, to jakoś tak dupnie: jeśli jedziemy razem i mam go na sobie ja, wyglądam na ostatnią dupę; jeśli ma na sobie go Ona - wyglądamy jak tatuś z córeczką. A teraz oboje możemy założyć sztywne czapki i być PROŁ. I jechać sobie po płaskim i równym, szukając tych krawężników, w które natychmiast przyfasolimy głową. A po prawdzie: cholera, nie udało się nam udowodnić, że kask ratuje życie na mieście (łącznie mamy trzy zderzenia z autami, jedną ostrą glebę na asfalcie po najechaniu na kundla i trochę pomniejszych gleb i nic - głowa nie draśnięta.), to może jak sobie je kupimy, to się w końcu zaczniemy przewracać i ratować sobie to życie?

Jako dowód - zdjęcie.

Hipek w kasku i kask Hipci © Hipek99


Drugi kurier zostawił w prezencie żelowe ogrzewacze. Patent super, szczególnie, że proces jest odwracalny. Szybko się rozgrzewa i grzeje z pół godziny. W góry, na rower... super.

Wieczorem bunia publikuje dwa nowe waypointy. Postanowienie o odpoczynku w serii postanowieniem, ale zdobywanie świeżynek to osobna konkurencja. Taki mały test w sprawdzeniu szybkości reakcji. Oboje zawsze patrzymy, kto był pierwszy w danym miejscu i sami lubimy być tymi, którzy nowe miejsca zdobywają. Zatem: stan: +2 świeżynki.
Niedziela, 27 listopada 2011 Kategoria do czytania

Zwolnienia dzień zerowy.

Niedziela, jak niedziela. Trochę leżę, trochę siedzę, w przerwie między jednym a drugim trochę biegam, więc prowadzę generalnie zdrowy tryb życia.

W tę niedzielę również prezentuję Hipci (kupioną oczywiście wcześniej) książkę Briana Lopesa "Jazda rowerem górskim". Prezent w zasadzie dla nas obojga.

Opinie są różne: jedni piszą, że dobra, inni piszą, że kupa nieprzydatnego bełkotu i same oczywistości. Od siebie napiszę tyle: na rowerze jeździć nauczyć się nie sztuka. Ale miedzy "jeździć" a "Jeździć" jest różnica. W tej książce są opisane dokładnie wszystkie podstawy. Rzeczy, których nie wiedziałem, do tego napisane w jedynej słusznej formie, którą mój analityczny łeb akceptuje: nie piszą, że coś trzeba robić; piszą jeszcze, dlaczego trzeba tak robić. Co daje człowiekowi możliwość samodzielnej analizy i samodzielnej pracy.

Zakup zatem dobry. Gdzie jest rower dla mnie? Muszę to wszystko przećwiczyć!
Sobota, 26 listopada 2011 Kategoria do czytania, < 25km

Jak Alleypiast wziął i się...

Od dawien dawna wiadomo, że trzeba uważać na to, co sobie człowiek życzy, szczególnie głośno. Tak, jak przy złotej rybce, kiedy mówiąc, że chce się mieć fujarę do samej ziemi, powinno się przewidzieć, że leniwa rybka zamiast przedłużyć to, co powinna, pozbawi nas obu nóg (chociaż to działa w obie strony: przy "chciałbym mieć fujarę jak niemowlę", można się spodziewać kilkudziesięciu centymetrów i trzech kilo wagi). Tak i ja, wczoraj, napisałem, że walka o pierwsze miejsce jest bez sensu. Zatem, żebym czasami nie zmienił zdania, w nocy z piątku na sobotę poczułem gorączkę. Potem doszło cuś w układzie pokarmowym... i tak sobota zaczęła się od leżenia. I trochę siedzenia.

W międzyczasie nieopatrznie pokazałem Hipci filmową zajawkęAlleypiasta, więc wyboru już nie było. O właściwej godzinie spróbowaliśmy. Zlazłem z łóżka, ubrałem się, nawet ruszając się i pobudzając krążenie, poczułem się lepiej. Wsiadłem na rower... i tu już poczułem, że jest inaczej, niż zwykle. Gdy wyszliśmy na prostą przy Górczewskiej, Hipcia zluzowałą pedały, poczekała na mnie i zapytała:
- My się chyba śpieszymy? Będziesz się tak wlókł?
- Nie, kochanie, mylisz się. - odrzekłem - Ja się nie wlokę. Ja
obecnie nakurwiam.

I to była prawda. Uda pracowały tak, że bolały tym głuchym bólem, który pozostaje w ztrętwiałych mięśniach po zastrzyku, płuca pracowały jak miechy, wzrok skupiony tylko na wąskim pasie dróżki przed sobą... a licznik nieubłaganie wskazuje 16km/h. Tu już wiedziałem, że złym pomysłem jest jechanie nawet 10km na miejsce zbiórki, powiedzenie "Heja!" i wracanie do domu. Na wszelki wypadek (dzięki, zasmarkana złota rybko) organizm stwierdził, że przypilnuje, żebym głupot nie robił. Na wysokości skrzyżowania z Lazurową poczułem, ze plan przejażdżki planuje się zesrać. Tyle, że dosłownie.

Wróciliśmy trochę naokoło, żeby nie było, że wracamy tą samą drogą: Lazurowa -> Dywizjonu. Tam na szczęście powiało w plecy.

stat4u Blogi rowerowe na www.bikestats.pl