Informacje

  • Łącznie przejechałem: 136325.94 km
  • Zajęło to: 259d 00h 15m
  • Średnia: 21.89 km/h

Warto zerknąć

Aktualnie

button stats bikestats.pl

Historycznie

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaliczając gminy

Moje rowery


Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Hipek.bikestats.pl

Archiwum

Kategorie

Piątek, 19 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Spokojny powrót do domu... prawie

Po powrocie znad morza, średnio spokojnych środzie i czwartku, zaplanowałem sobie, żę piątkowy powrót do domu będzie spokojny. Bardzo spokojny. Prędkość przelotowa przez miasto 24-25km/h, żadnego wyprzedzania hipstersów, żadnego rozpędzania się z górki - relaks. Zwłaszcza, że już weekend, jak nie odpocznę dziś, to odpocznę najwcześniej we wtorek.

Plan był tak prosty, że, jak pisze Niewe, musiał się zesrać.

Pierwsze uderzenie nastąpiło tuż po 19:00, kiedy to siedziałem w pracy i właśnie zamierzałem dokończyć fragment roboty, żeby stan na poniedziałek rano był "Średnio radosny" a nie "Zakopany po uszy". O 19:08 przypomniałem sobie, że mam do odebrania samochód. Od mechanika. Czynnego do 20:00.

Dogrzebuję się do wyraźnego punktu, przerywam nadgodziny w połowie i wsiadam na rower. 19:15. Spokojnie zdążę, nie trzeba się spieszyć. Ruszam z prędkością zgodną z planem. Gdzieś w okolicy 1/3 trasy patrzę na zegarek i poprzez szybkie odejmowanie od sześćdziesięciu uświadamiam sobie, że mam jeszcze dwadzieścia minut i coś pod 10km do pokonania.

No i tu Plan Spokojny zesrał się prosto pod koła. Prędkość przelotowa zyskała trójkę, momentami czwórkę z przodu... Zdążyłem na styk... tylko po to, żeby ustalić z facetem, że auto odbiorę na spokojnie jutro. Do domu miałem coś ponad kilometr, więc wróciłem do odpoczynku i przejechałem go aż za wolno. Mięśnie domagały się powrotu do poprzedniego tempa jazdy, aż irytowało, że tak się wlokę. Nie ścigam się na zawodach, ale lubię to uczucie. :)
Piątek, 19 sierpnia 2011 Kategoria transport

Z pracy i do pracy

Czwartek, 18 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, transport, waypointgame

Co to za smar kupiłem?

Wróciłem skrzypiąc i piszcząc do domu. Nasmarowałem i na kurs pojechało cicho. Dziś jadę do pracy... i nadal - piszczy, mniej trochę, ale słychać mnie z daleka i tracę element zaskoczenia. Dziwny jakiś smar, cholernie ciekły, wcześniej miałem jakiś inny, taki bardziej gęsty, ten to się trzymał nawet przez kilka deszczy...

Po kursie wybyliśmy ustrzelić punkcik.

Na weekend... na weekend jest Plan. Związany z waypointami. I bezpośrednio powiązany z tym, czy auto, dziś odstawione do serwisu, jutro wróci do mnie. Naprawione.

Po tym ostatnim jeżdżeniu po zmianie miejsca pracy mogę wreszcie napisać, że czuję się ujeżdżony. Jeżdżę tyle, ile bym chciał, czuję, że jeździłem i trwa to odpowiednio długo.
Środa, 17 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Skrzypiąco dopracowo

Wieczorem przyjechałem po trasie i padłem. Rano też siły nie miałem ogarniać roweru. Skutkiem tego łańcuch piszczy mi jak zarzynany. Aż wstyd.

Taka zabawa z sakwami niby spokojna, niby nic, niby nic nie ujechałem, a w nogach jednak czuję ciągnięcie bagażu po piasku. I pchanie roweru po tymże.
Wtorek, 16 sierpnia 2011 Kategoria do czytania

Minisakwiarstwo transportowe - wtorek

We wtorek rano musiałem ogarnąć to, co pozostawiła wycieczka z dnia poprzedniego. Kupa piachu, soli, a cały napęd pokryty dziwnym, marchewkowym nalotem. Ogarnęliśmy - i wio, na plażę.

Na plaży - słońce wystawiło pysk. Hipcia wystawiła się do słońca, ja - starałem się przed nim schować. Gdy słonce wychodzi, na plażę wychodzą ludzie, gdy wychodzą ludzie, być może ktoś z nich siedzi na golasa za parawanem. A to z kolei wyciąga do pracy plażowych zboczków.

Nie wiem, naprawdę, dlaczego wszyscy ci ludzie starają się wyglądać tak, jakby przyszli tylko w jednym celu, skoro przychodzą zaglądać ludziom za parawany, powinni wyglądać nie jakby przyszli zaglądać ludziom za parawany. I nie poruszać się tak, jakby szukali okazji do zaglądnięcia ludziom za parawan.

My często się spotykamy z takimi ciekawskimi, bo staramy się rozbijać tak, by nie mieć w zasięgu słuchu innych ludzi, żadnych rodzin, psów, piłek - tylko plaża i szum morza. A skoro jest rozbity parawan tak daleko, to - trzeba zerknąć. I łażą, mendy.

Ten, którego widzieliśmy, ubrał się dla niepoznaki, jak stereotyp zboczka. Co chwila wchodził na wydmy (było sporo kotlinek, może ktoś gdzieś się rozbił), obowiązkowo miał ciemne okulary, obowiązkowo kąpielówki i ręcznik w ręce ("ja tylko przechodzę, przyszedłem poplażować") i obowiązkowy t-shirt - chyba po to, żeby ukryć fakt, że nie tylko plażowanie go kręci. Siedzieliśmy sobie pod wydmą z piwem i obserwowaliśmy, jak patroluje teren, zaglądając za nasz parawan (musiał być zawiedziony, zamiast gołego tyłka, na kocu zobaczył moje rowerowe gacie). Gdy wracał i znowu zerknął, miałem ochotę podejść i zagadnąć, jak tam mu idzie robota, jak tam statystyki (gołe tyłki na minutę, czy co?) i w przypadku czynnego oporu strzelić w pysk, ale Hipcia jednak przytrzymała mnie. Bo i faktycznie - oglądanie starych, spoconych spodenek rowerowych nie jest przestępstwem.

Któryś się jednak doczeka rozmowy.
Poniedziałek, 15 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, < 25km

Minisakwiarstwo transportowe - poniedziałek

Okazała się to najdłuższa trasa i zarazem najbardziej wymagająca. Wymyśliliśmy sobie jazdę na zachód w poszukiwaniu fajnej miejscówki. Pojechaliśmy. Wybrzeżem. Pod wiatr. Hipcia jechała sobie na swoich szerokich oponach, mając w zapasie jeszcze trzy-cztery przełożenia, ja radośnie sobie wiatrakowałem na najlżejszym przełożeniu z prędkością 9-10km/h, zapychając bieżnik piaskiem z nadmiarem. Po drodze ładnie na tym piasku jeszcze raz się wyłożyłem.

Tu dygresja - podobno rower crossowy ma być uniwersalny - taka krzyżówka szosy z MTB. Nie wiem, gdzie ta uniwersalność: po mieście to każdy pojedzie, MTBowi można założyć cieńsze opony i różnicy wielkiej nie będzie. W warunkach terenowych brakuje przełożeń (szczególnie, gdy jedzie się z obciążeniem), za to przełożeń jest nadmiar w drugą stronę - najcięższe spokojnie, bez wiatraka nogami, pozwoliłoby na osiągnięcie prędkości rzędu 70km/h. A to akurat mi po co? Gdzie ja tyle pojadę?

Pogoda była średnia, trochę pokropiło, słońce na szczęście trzymało pysk za chmurami, posiedzieliśmy i nocą wróciliśmy sobie również wybrzeżem. Tym razem wiatr ucichł, więc jechało się lepiej, co nie powstrzymało mnie przed kolejną przewrotką, tym razem w stronę nadchodzących fal. Zdążyłem wstać jeszcze na sucho. Zrobiło się za to gorąco, więc kilkaset metrów przed cywilizacją urządziliśmy sobie nocną kąpiel w morzu.

Dojechaliśmy do jakiegoś plażowego pubu, gdzie zostaliśmy skomplementowani przez tamtejszych gości, nie wierzyli bowiem, ze "tak szybko" jechaliśmy rowerami bez silnika.
Niedziela, 14 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, < 25km

Minisakwiarstwo transportowe - niedziela

W niedzielę odbył się już poprawny kurs nad morze - wyjazd rano, powrót... skłamię, jeśli spodziewałem się, że zejdziemy wcześniej i przejedziemy się po okolicy. Powrót, jak zwykle - głęboką nocą.

Tym razem już pojechałem w pełni osakwiony - dwie sakwy, torba na górze i wciśnięte pomiędzy odciągi - dzidy parawanu. Trasa krótka, ale dużo ucząca, szczególnie, jeśli chodzi o jazdę z nietypowym dla mnie obciążeniem. W tym - jazda po piachu. Obyło się szczęśliwie bez gleby.
Sobota, 13 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, nie do końca rowerowo, waypointgame, < 25km

Minisakwiarstwo transportowe - sobota

W sobotę nad ranem wyruszyliśmy - kierunek Bałtyk. Pierwszą rzeczą związaną z rowerami było... zabicie wróbla. Rowerem. Wiezionym na samochodzie. Na stacji tuż przed autostradą Hipcia zauważyła, że w jednym miejscu moje szprychy zrobiły się bardziej pierzaste. Wróbel został pochowany w zaciszu śmietnika na tejże stacji.

Nad morze dojechaliśmy spokojnie, jedynie w Gdyni przytrzymała nas kolumna setek Warszawiaków jadących na długi weekend do Władysławowa. Szczęśliwie, dzięki pilotowaniu Hipci, umnknęliśmy w bok i dotarliśmy na miejsce. Jedno z wielu miejsc, bo nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Białogóra okazała się tłoczna. Lubiatowo - rozsądne, pojechaliśmy jeszcze zobaczyć Stilo, tam z kolei było tylko pole namiotowe, pełne młodzieży, ale za to w pobliżu stała sobie latarnia, z której upolowaliśmy waypointa.

Stanęło na Lubiatowie, żadnych pokojów wolnych (albo takie, że psa bym nie wpuścił), więc znaleźliśmy pole namiotowe. (Jesteśmy nad morzem. Pole namiotowe mamy nad jeziorem. Właścicielem jest Koreańczyk albo inny Wietnamczyk. :) )

Popołudniem dopiero wybyliśmy nad morze, spakowawszy co potrzebne w sakwy, a z racji tego, że trasa wypadała po drogach niepublicznych, do bidonu poszedł napój izobroniczny.

Na plaży bardzo szybko dowiedziałem się, co znaczy Bardzo Obciążona Tylna Oś Jadąca Po Piasku. Stąd też niesamowita średnia - trochę było jechania, a trochę pchania.

Wracając, już po zmroku(Damian, uwaga), zaliczyłem pierwszą glebę spowodowaną SPD. A zaraz po niej drugą. Nic to, że na piasku, nic to, że nieco byłem spojony winem, gleba to gleba.

Po drodze jeszcze poszwędaliśmy się przy "Dostrzegalni pożarów" i przyległej do niej budzie (parking? hangar?) na terenie byłej jednostki rakietowej WP. Było mieć vlepki, byłby waypoint. A tak - było psińco.
Piątek, 12 sierpnia 2011 Kategoria transport

Z pracy - przed weekendem

Szybki powrót z pracy tuż przed wyjazdem.
Piątek, 12 sierpnia 2011 Kategoria do czytania, transport

Uważać na zakrętach!

Podjechałem metrem na stację Natolin, przyszedłem do sklepu, zobaczyłem, co zrobili mi z rowerem, chwilę pogadałem i wyszedłem. Nowy napęd, wymienione wszystkie linki, nawet mili panowie prysknęli mi w amortyzator oraz poprawili tylny błotnik. Wsiadłem - i pojechałem. Wszystko się toczy, wszystko się turla tak, jak powinno... Minusem było to, że musiałem jechać w dżinsach, ale taka droga pod 30km była cennym przypomnieniem przewagi obcisłego nad tkaniną.

Naprawdę, porządny serwis. Mieli rower trzymać dzień, zrobili w cztery godziny. Spodziewałem się, ze przyjadę do pracy autem, a tu - proszę, jednak się udało. Jedzie aż za dobrze, tak lekko, ze na zakrętach momentami się czułem niepewnie.

[edit]
Tak sobie zerknąłem i okazuje się, że połowy miesiąca jeszcze nie było, a ja już pół tysiąca nakręciłem. Zanosi się na rekord przebiegu miesięcznego.

stat4u Blogi rowerowe na www.bikestats.pl