Wpisy archiwalne w kategorii
transport
| Dystans całkowity: | 47847.78 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 2254:03 |
| Średnia prędkość: | 21.21 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 60.42 km/h |
| Suma podjazdów: | 704 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (98 %) |
| Maks. tętno średnie: | 152 (78 %) |
| Suma kalorii: | 6134 kcal |
| Liczba aktywności: | 2279 |
| Średnio na aktywność: | 21.00 km i 0h 59m |
| Więcej statystyk | |
Czwartek, 19 kwietnia 2012
Kategoria do czytania, transport
Na zewnątrz mokro, a wyjazd się szykuje
Z pracy wracałem Połczyńską, jedzie się fajnie, mknę sobie, nagle zauważam, że coś auta mnie jakoś tak trudniej wyprzedzają. Patrzę na licznik - 43km/h. Zapewne to był wiatr, a nie rezultat brudu zmytego z napędu, niemniej jednak postanowiłem wykorzystać tę sytuację i wyciągnąłem sobie 50km/h. Nowy rekord. Co tam, że z wiatrem, ważne, ze nie w tunelu.
Z rana uwierzyłem nowemu metele na słowo i założyłem, że, tak jak piszą, padało będzie tylko wieczorem. Wyszedłem prosto w deszcz, ale jakiś taki niewielki, stwierdziłem, że będzie przyjemnie - no i było. Jechałem sam, więc standard - Połczyńska. Jakoś tak spokojnie, nikt nie chciał nikogo rozjeżdżać.
Do pracy przyszedł namiot, tym razem Wabakimi 2, którego już testowaliśmy rok temu, a którego z powodu wady oddaliśmy. Może teraz będzie jakiś lepszy egzemplarz, bo namiot, mimo przeciętnych parametrów, naprawdę jest dobry, jeśli chodzi o tempo rozstawiania, możliwość rozstawienia w deszczu i przestronność. Do tego przyszła paczka z rzeczami ze sklepu rowerowego, dobrze, że pamiętałem, żeby zabrać sakwy.
Już prawie udało się kupić bilet na samolot, sam bilet to nie sztuka, samolotem trzeba przewieźć rowery. Strony linii lotniczych są zawsze niesamowicie precyzyjne, zatem postanowiłem zadzwonić na Call Center. "Call Center", nie "Infolinię", bo dzwonić trzeba aż do Norwegii. Zastanowiłem się wpierw, w jakim języku rozmawiać, bo to, że ingoranccy Norwegowie nie znają tak ważnego języka jak polski, było dla mnie więcej niż pewne. Norweskim z kolei władam świetnie, problem w tym, że jest to taka specjalna odmiana norweskiego, którą rozumiem tylko ja. Pozostał zatem angielski. Wystukałem numer, włączył się automat, zacząłem słuchać i przestraszyłem się, że z grona tych wszystkich bulgotnięć mam domyśleć się, którą cyfrę mam wybrać, żeby toto zaczęło do mnie mówić po angielsku. Coś mi się wydawało, że bulgotnięcia na początku zawierały słowo "english", rozłączyłem się i z radością, po kolejnym połączeniu, usłyszałem "For english press zero.". Dalej czekały mnie dwie rozmowy, przeprowadzone z jedną Norweżką i jednym Norwegiem, z tego badania wyciągam wniosek, że Norwegowie mówią lepiej po angielsku niż Norweżki. A propos Norweżki: zapomniałem zapytać, czy rozmawiam z Marit Bjoergen, w końcu powinni się domyślać, że Pan z Polski dzwoni i podstawiać do telefonu kogoś sławnego.
W każdym razie udalo mi się dogadać, a chwilę po tym, jak szczęśliwy, pełen informacji, odłożyłem telefon, Hipcia wystrzeliła mi "A może jednak ten WizzAir".
Nie ma. Z Węgrami to sobie sama gadaj! :)
Z rana uwierzyłem nowemu metele na słowo i założyłem, że, tak jak piszą, padało będzie tylko wieczorem. Wyszedłem prosto w deszcz, ale jakiś taki niewielki, stwierdziłem, że będzie przyjemnie - no i było. Jechałem sam, więc standard - Połczyńska. Jakoś tak spokojnie, nikt nie chciał nikogo rozjeżdżać.
Do pracy przyszedł namiot, tym razem Wabakimi 2, którego już testowaliśmy rok temu, a którego z powodu wady oddaliśmy. Może teraz będzie jakiś lepszy egzemplarz, bo namiot, mimo przeciętnych parametrów, naprawdę jest dobry, jeśli chodzi o tempo rozstawiania, możliwość rozstawienia w deszczu i przestronność. Do tego przyszła paczka z rzeczami ze sklepu rowerowego, dobrze, że pamiętałem, żeby zabrać sakwy.
Już prawie udało się kupić bilet na samolot, sam bilet to nie sztuka, samolotem trzeba przewieźć rowery. Strony linii lotniczych są zawsze niesamowicie precyzyjne, zatem postanowiłem zadzwonić na Call Center. "Call Center", nie "Infolinię", bo dzwonić trzeba aż do Norwegii. Zastanowiłem się wpierw, w jakim języku rozmawiać, bo to, że ingoranccy Norwegowie nie znają tak ważnego języka jak polski, było dla mnie więcej niż pewne. Norweskim z kolei władam świetnie, problem w tym, że jest to taka specjalna odmiana norweskiego, którą rozumiem tylko ja. Pozostał zatem angielski. Wystukałem numer, włączył się automat, zacząłem słuchać i przestraszyłem się, że z grona tych wszystkich bulgotnięć mam domyśleć się, którą cyfrę mam wybrać, żeby toto zaczęło do mnie mówić po angielsku. Coś mi się wydawało, że bulgotnięcia na początku zawierały słowo "english", rozłączyłem się i z radością, po kolejnym połączeniu, usłyszałem "For english press zero.". Dalej czekały mnie dwie rozmowy, przeprowadzone z jedną Norweżką i jednym Norwegiem, z tego badania wyciągam wniosek, że Norwegowie mówią lepiej po angielsku niż Norweżki. A propos Norweżki: zapomniałem zapytać, czy rozmawiam z Marit Bjoergen, w końcu powinni się domyślać, że Pan z Polski dzwoni i podstawiać do telefonu kogoś sławnego.
W każdym razie udalo mi się dogadać, a chwilę po tym, jak szczęśliwy, pełen informacji, odłożyłem telefon, Hipcia wystrzeliła mi "A może jednak ten WizzAir".
Nie ma. Z Węgrami to sobie sama gadaj! :)
- DST 20.66km
- Czas 00:50
- VAVG 24.79km/h
- VMAX 50.49km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 18 kwietnia 2012
Kategoria do czytania, transport
Namiotu nie ma, biletów nie ma, ale jest...
Flaga jest. Wczoraj przy okazji wizyty w sklepie zauważyłem półkę z akcesoriami eurowymi. I taką flagę do wciknięcia za szybę samochodu, za 3,49zł nabyłem. Zobaczymy jeszcze, czy uda się to na czas wyprawy przymocować do roweru.
W weekend trzeba już oddać rowery do serwisu, zatem pojechaliśmy na myjkę. Sama woda, brudu trochę odpadło. Rano, zgwałciłem zasady dbania o rower po raz kolejny i nasmarowałem łańcuch bez czyszczenia - i tak idzie do wymiany. Ogólnie, przez całą zimę ogarnąłem łańcuch chyba ze dwa razy, smarowałem na brudno i tak dalej - i tak od poprzedniego serwisu przejechałem 3400. I tak, jak doświadczenie uczy, łańcuch pójdzie do wymiany. A jak już przyjdzie wiosna i znowu będzie w miarę czysto, to zacznę dbać. Przynajmniej do wyjazdu muszę dbać. ;)
W weekend trzeba już oddać rowery do serwisu, zatem pojechaliśmy na myjkę. Sama woda, brudu trochę odpadło. Rano, zgwałciłem zasady dbania o rower po raz kolejny i nasmarowałem łańcuch bez czyszczenia - i tak idzie do wymiany. Ogólnie, przez całą zimę ogarnąłem łańcuch chyba ze dwa razy, smarowałem na brudno i tak dalej - i tak od poprzedniego serwisu przejechałem 3400. I tak, jak doświadczenie uczy, łańcuch pójdzie do wymiany. A jak już przyjdzie wiosna i znowu będzie w miarę czysto, to zacznę dbać. Przynajmniej do wyjazdu muszę dbać. ;)
- DST 26.38km
- Czas 01:13
- VAVG 21.68km/h
- VMAX 39.63km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 17 kwietnia 2012
Kategoria do czytania, transport
Wszyscy piszą, że padało
To napiszę i ja: padało. I było mokro. Co, może nie być zaskoczeniem, skoro padało. Ale trzeba napisać.
Namioty dla rowerzystów mają dziesięciodniowy termin zwrotu, który upływał wczoraj, więc ze smutkiem zrezygnowaliśmy z jazdy rowerem na kurs i ruszyliśmy samochodem, by nawiedzić przybytek poczty całodobowej przy ul. Świętokrzyskiej.
Rano z kolei do pracy jechałem sam, to i nie ma o czym pisać.
Hipcia mówi, że Norwegia jest rozgrzebana i że jesteśmy w dupie, ale ja tam widzę już światełko na końcu tunelu. Ustaliliśmy już datę wyjazdu, mam nadzieję, dzisiaj kupić bilety na samolot; początek trasy brzmi optymistycznie, ponieważ ludzie mądrzy i bywali piszą, że południe Norwegii to takie trochę Mazury, zatem chcemy przejechać dalej, bliżej gór, środkiem transportu zwanym "pociąg". Jako że Hipcia rzecze, ze na żadnym lotnisku spała nie będzie, wylądowawszy o północy w Norwegii, pakujemy się na bicykle, jedziemy do pierwszego lasu, śpimy, a potem rano staramy się dojechać na 12:30 na pociąg. Od lotniska do stacji jest 50km. Wiem, jak ciężko jest mi wstać rano. Dotarcie na czas będzie wyzwaniem.
Namioty dla rowerzystów mają dziesięciodniowy termin zwrotu, który upływał wczoraj, więc ze smutkiem zrezygnowaliśmy z jazdy rowerem na kurs i ruszyliśmy samochodem, by nawiedzić przybytek poczty całodobowej przy ul. Świętokrzyskiej.
Rano z kolei do pracy jechałem sam, to i nie ma o czym pisać.
Hipcia mówi, że Norwegia jest rozgrzebana i że jesteśmy w dupie, ale ja tam widzę już światełko na końcu tunelu. Ustaliliśmy już datę wyjazdu, mam nadzieję, dzisiaj kupić bilety na samolot; początek trasy brzmi optymistycznie, ponieważ ludzie mądrzy i bywali piszą, że południe Norwegii to takie trochę Mazury, zatem chcemy przejechać dalej, bliżej gór, środkiem transportu zwanym "pociąg". Jako że Hipcia rzecze, ze na żadnym lotnisku spała nie będzie, wylądowawszy o północy w Norwegii, pakujemy się na bicykle, jedziemy do pierwszego lasu, śpimy, a potem rano staramy się dojechać na 12:30 na pociąg. Od lotniska do stacji jest 50km. Wiem, jak ciężko jest mi wstać rano. Dotarcie na czas będzie wyzwaniem.
- DST 21.61km
- Czas 00:59
- VAVG 21.98km/h
- VMAX 37.06km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Kategoria transport, do czytania
Namiot dla rowerzysty
Rowerzyści, konkretnie dwójka, konkretnie my, za półtora miesiąca jadą do Norwegii. Na zeszloroczną wyprawę nad Bałtyk mieliśmy namiot, ale trzeba go bylo zwrócić z powodu wady. I namiotu nie mamy, trzeba kupić. Kiedyś było łatwo - jedynym źródłem informacji i wyrocznią był sprzedawca w sportowym, teraz są internety i inne cuda. A wśród tych innych cudów należy wymienić dziesięciodniowy termin zwrotu, dzięki któremu jeszcze w piątek mielismy w domu cztery namioty do testów. Teraz już mamy trzy, dziś wieczorem będą dwa, ale za kilka dni przyjdzie kolejny. Sprawdzać trzeba sporo, bo raz, że to musi grać, jeśli chodzi o najbliższą wycieczkę, jako minimum wyliczam sobie dwa przedsionki, szybki czas rozkładania, w tym mozliwość sprawnego rozłożenia w deszczu, dwa, że musi to też spełnić wymagania innych wycieczek, w tym górskich, kiedy to człowiek zmuszony do noclegu na wysokości nie powinien namiotem świecić jak żarówka i przyciągać straży TPNu.
Plusem jest też to, że mimo że nie posiadamy jeszcze biletów na samolot, to już mamy ustalone, którędy będziemy po tej całej Norwegii jechać.
A tymczasem, wyjazd do pracy przypomniał, że w czasie deszczu dzieci się nudzą, bo rezygnują z rowerów, by spędzić trochę czasu zamknięci w kilkuosobowej puszce stojąc w korku, albo spędzić trochę czasu zamknięci w wieloosobowej puszce stojąc w korku, lub smigając po torach. W każdym razie, nudzą się i jest im gorąco. Czego ja zupełnie nie rozumiem, bo gdy deszcz pada, to raz, że nikogo nie ma na DDR, dwa, że nikogo nie ma na DDR, a trzy, że jest fajnie, bo nie jest gorąco.
Założyliśmy zatem na grzbiety przeciwdeszczowe kurtki i poszliśmy w miasto szpanować, jacy to my jesteśmy hardkorzy że w DESZCZ jedziemy NA ROWERZE. Po drodze minąłem jednego kolegę, który pracuje w tym budynku, co ja, poruszającego się w tempie 10km/h, bo założyl na kuper piękne dżinsy, a błotników załozyć zapomniał. Zresztą - błotniki do ostrzaka? WYstyd.
Uderzyć próbowano mnie dwa razy - raz przy Kasprzaka, drugi raz przy Rondzie Zesłańców - to drugie, standardowo, przez pajaca, który nie potrafi przed sygnalizatorem poczekać, aż będzie miejsce do jazdy dalej. Zastawil DDR i próbował ruszyć w mój bok, bo AKURAT MU SIĘ ZWOLNIŁO. Dziś w Gazecie napisali, że Warszawa zbija kapital na nowoczesnym fotoradarze, który wyłapuje, oprócz prędkościowców, także takich mądrali, którzy wjeżdżają na czerwonym. Bo jaśnie pan się spieszy i musi pojechać. I potem, przez takiego pajaca są korki, bo zastawia skrzyżowanie. Ale Warszawa robi źle, bo nie wolno, przecież, tak kierowców traktować, tak przynajmniej piszą ludziki w komentarzach. I słusznie. Ja bym zapolował na tych, co im się nie chce tyłka zdjąć z roweru na przejściu dla pieszych! Bandyci!
A propos "jaśnie pan się spieszy" - przy DDR znowu przeorane barierki. I znowu świeżo po deszczu. Najwyraźniej zrozumienie prostej zależności "pada deszcz -> jest mokro -> jest ślisko" przekracza możliwości pojmowania niektórych jednostek.
Plusem jest też to, że mimo że nie posiadamy jeszcze biletów na samolot, to już mamy ustalone, którędy będziemy po tej całej Norwegii jechać.
A tymczasem, wyjazd do pracy przypomniał, że w czasie deszczu dzieci się nudzą, bo rezygnują z rowerów, by spędzić trochę czasu zamknięci w kilkuosobowej puszce stojąc w korku, albo spędzić trochę czasu zamknięci w wieloosobowej puszce stojąc w korku, lub smigając po torach. W każdym razie, nudzą się i jest im gorąco. Czego ja zupełnie nie rozumiem, bo gdy deszcz pada, to raz, że nikogo nie ma na DDR, dwa, że nikogo nie ma na DDR, a trzy, że jest fajnie, bo nie jest gorąco.
Założyliśmy zatem na grzbiety przeciwdeszczowe kurtki i poszliśmy w miasto szpanować, jacy to my jesteśmy hardkorzy że w DESZCZ jedziemy NA ROWERZE. Po drodze minąłem jednego kolegę, który pracuje w tym budynku, co ja, poruszającego się w tempie 10km/h, bo założyl na kuper piękne dżinsy, a błotników załozyć zapomniał. Zresztą - błotniki do ostrzaka? WYstyd.
Uderzyć próbowano mnie dwa razy - raz przy Kasprzaka, drugi raz przy Rondzie Zesłańców - to drugie, standardowo, przez pajaca, który nie potrafi przed sygnalizatorem poczekać, aż będzie miejsce do jazdy dalej. Zastawil DDR i próbował ruszyć w mój bok, bo AKURAT MU SIĘ ZWOLNIŁO. Dziś w Gazecie napisali, że Warszawa zbija kapital na nowoczesnym fotoradarze, który wyłapuje, oprócz prędkościowców, także takich mądrali, którzy wjeżdżają na czerwonym. Bo jaśnie pan się spieszy i musi pojechać. I potem, przez takiego pajaca są korki, bo zastawia skrzyżowanie. Ale Warszawa robi źle, bo nie wolno, przecież, tak kierowców traktować, tak przynajmniej piszą ludziki w komentarzach. I słusznie. Ja bym zapolował na tych, co im się nie chce tyłka zdjąć z roweru na przejściu dla pieszych! Bandyci!
A propos "jaśnie pan się spieszy" - przy DDR znowu przeorane barierki. I znowu świeżo po deszczu. Najwyraźniej zrozumienie prostej zależności "pada deszcz -> jest mokro -> jest ślisko" przekracza możliwości pojmowania niektórych jednostek.
- DST 8.48km
- Czas 00:26
- VAVG 19.57km/h
- VMAX 36.72km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Sobota, 14 kwietnia 2012
Kategoria transport, do czytania
Dlaczego nie lubię jeździć w dzień?
Takie pytanie zadają mi czasami ludzie. A mają ku temu podstawy, bo i rowerem, i samochodem wolę jeździć, gdy jest co najmniej ciemno. W przypadku samochodu w ogóle nie uznaję innej opcji niż jazda w trasę w środku nocy, startując w okolicy pierwszej-drugiej. O ile z tym samochodem przy każdej trasie upewniam się, że robię słusznie, o tyle z rowerem zacząłem tracić pewność. Na szczęście Matka Natura postanowiła mi o tym przypomnieć.
W sobotę, jak wiadomo, było mokro, ale zaczęło powoli wyłazić słońce. A jak słońce i wczesna wiosna, i weekend, to na ulice wyłażą spragnieni słońca obywatele. I naprawdę, ja jestem bardzo tolerancyjnym człowiekiem. Generalnie nic, zupełnie nic mi nie przeszkadza, dopóki ktoś nie próbuje:
a) zrobić mi krzywdy
b) zrobić sobie krzywdy o mnie i narobić mi problemów
c) wkurwić mnie.
W sobotę mieliśmy kumulację. Piesi to piesi, oni zawsze robią swoje, tyle, że wylazło ich więcej. Do nich nic nie mam, oni nie umieją inaczej. Ale rowerowa brać wzięła się za popisy. Zjeżdżanie do (swojej) lewej strony przejazdu rowerowego, do lewej strony DDR, skręcanie bez patrzenia, uczenie dzieci jeździć na DDR i wiele innych pomysłów... czyli to, co mamy standardowo w lecie, ale w wersji razy dziesięć i co kilkadziesiąt metrów. Panu posłu Mroczku, który tak dzielnie walczy o prawa rowerzystów, który napisał, że rowery są czasami, niestety, zmuszone jechać po jezdni, pewnie zrzedłaby mina, gdyby poczuł tę samą ulgę, którą oboje poczuliśmy, gdy skończył się DDR przy Powstańców i mogliśmy wreszcie, jak ludzie, zjechać na jezdnię i między wszystkimi samochodami poczuć się bezpiecznie, jak nigdy podczas tej wycieczki.
W sobotę, jak wiadomo, było mokro, ale zaczęło powoli wyłazić słońce. A jak słońce i wczesna wiosna, i weekend, to na ulice wyłażą spragnieni słońca obywatele. I naprawdę, ja jestem bardzo tolerancyjnym człowiekiem. Generalnie nic, zupełnie nic mi nie przeszkadza, dopóki ktoś nie próbuje:
a) zrobić mi krzywdy
b) zrobić sobie krzywdy o mnie i narobić mi problemów
c) wkurwić mnie.
W sobotę mieliśmy kumulację. Piesi to piesi, oni zawsze robią swoje, tyle, że wylazło ich więcej. Do nich nic nie mam, oni nie umieją inaczej. Ale rowerowa brać wzięła się za popisy. Zjeżdżanie do (swojej) lewej strony przejazdu rowerowego, do lewej strony DDR, skręcanie bez patrzenia, uczenie dzieci jeździć na DDR i wiele innych pomysłów... czyli to, co mamy standardowo w lecie, ale w wersji razy dziesięć i co kilkadziesiąt metrów. Panu posłu Mroczku, który tak dzielnie walczy o prawa rowerzystów, który napisał, że rowery są czasami, niestety, zmuszone jechać po jezdni, pewnie zrzedłaby mina, gdyby poczuł tę samą ulgę, którą oboje poczuliśmy, gdy skończył się DDR przy Powstańców i mogliśmy wreszcie, jak ludzie, zjechać na jezdnię i między wszystkimi samochodami poczuć się bezpiecznie, jak nigdy podczas tej wycieczki.
- DST 17.78km
- Czas 00:49
- VAVG 21.77km/h
- VMAX 36.06km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 13 kwietnia 2012
Kategoria transport
Praca
- DST 15.65km
- Czas 00:36
- VAVG 26.08km/h
- VMAX 37.06km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 11 kwietnia 2012
Kategoria transport
Praca
- DST 14.13km
- Czas 00:40
- VAVG 21.20km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 10 kwietnia 2012
Kategoria transport
Praca
- DST 8.20km
- Czas 00:23
- VAVG 21.39km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 6 kwietnia 2012
Kategoria transport
Przedświąteczny piątek
- DST 34.14km
- Czas 01:20
- VAVG 25.61km/h
- VMAX 30.49km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 5 kwietnia 2012
Kategoria transport
Praca
- DST 20.62km
- Czas 00:48
- VAVG 25.77km/h
- VMAX 39.24km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















