Wpisy archiwalne w kategorii
transport
| Dystans całkowity: | 47847.78 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 2254:03 |
| Średnia prędkość: | 21.21 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 60.42 km/h |
| Suma podjazdów: | 704 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 191 (98 %) |
| Maks. tętno średnie: | 152 (78 %) |
| Suma kalorii: | 6134 kcal |
| Liczba aktywności: | 2279 |
| Średnio na aktywność: | 21.00 km i 0h 59m |
| Więcej statystyk | |
Wtorek, 10 stycznia 2012
Kategoria do czytania, transport
No wiesz, standard.
Jakoś tak spokojnie minęły wszystkie trasy, nic ciekawego się nie zdarzyło, jeździliśmy sobie i tam, i tam; i z pracy, i na kurs. Nie, żebym narzekał, ale tego śniegu to wciąż nie ma, a deszcz już mnie trochę męczy. Rowery znowu proszą o serwis, chyba trzeba będzie znowu nad nimi popracować i poczyścić.
Jako że Hipcia nie wpisuje w swoje wpisy nic z wyjątkiem tematu, wrzuciłem sobie w menu po lewej zabawkę RSSową, która ściąga wszystkie jej bike-o-tweety. A co sobie będę żałował. :)
Po raz kolejny pobijam rekord maksa na prostej wzdłuż Blue: jesteśmy powyżej 46km/h. Może, jak już dojdę do 50km/h, zacznę sprawdzać, ile wyciągnę, podniósłszy kuper z siodełka.
Dziś już pobiłem rekord dystansu z poprzedniego stycznia. Dobrze się zaczyna ten rok... albo tamten się źle zaczął...
Jako że Hipcia nie wpisuje w swoje wpisy nic z wyjątkiem tematu, wrzuciłem sobie w menu po lewej zabawkę RSSową, która ściąga wszystkie jej bike-o-tweety. A co sobie będę żałował. :)
Po raz kolejny pobijam rekord maksa na prostej wzdłuż Blue: jesteśmy powyżej 46km/h. Może, jak już dojdę do 50km/h, zacznę sprawdzać, ile wyciągnę, podniósłszy kuper z siodełka.
Dziś już pobiłem rekord dystansu z poprzedniego stycznia. Dobrze się zaczyna ten rok... albo tamten się źle zaczął...
- DST 39.85km
- Czas 02:01
- VAVG 19.76km/h
- VMAX 46.19km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 9 stycznia 2012
Kategoria transport, do czytania
Poniedziałek zaczął się ładnie
Bo Hipcia, bo rower, bo ładna pogoda, bo w zasadzie zielona linia przez Górczewską, bo nikt nas nie próbował zabić po drodze... Miło. A wiadomo, że jeśli poniedziałek udany, to cały tydzień cholera wie jaki, bo jedno na drugie wpływu nie ma. A szkoda; dziś akurat mogłoby mieć wpływ.
Wstałem dużo za późno, więc dziś do pracy prawie bez przystanku. Zabawa w maksa jakoś średnio dzisiaj, 41km/h, chyba dlatego, że było pod wiatr.
Mógłby jeszcze jakiś śnieg spaść, najlepiej, żeby dużo. Ale dobrze, poczekam cierpliwie.
Wstałem dużo za późno, więc dziś do pracy prawie bez przystanku. Zabawa w maksa jakoś średnio dzisiaj, 41km/h, chyba dlatego, że było pod wiatr.
Mógłby jeszcze jakiś śnieg spaść, najlepiej, żeby dużo. Ale dobrze, poczekam cierpliwie.
- DST 9.59km
- Czas 00:26
- VAVG 22.13km/h
- VMAX 41.41km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 5 stycznia 2012
Kategoria do czytania, transport
Wyganiając myśli
W pracy przed wyjściem dużo się działo, wyszedłem z głową nabitą myślami, więc przedłużyłem sobie trasę o spokojne dwa kilometry, żeby nadmiar myśli jednośladową bezmyślnością wygonić; prawie się udało. Pojechałem na odwrót, pierwszy raz jadąc nową dróżką przy Szczęśliwickiej po zmroku - w dzień bardzo mi się ona podoba, a po zmroku jest jeszcze ładniejsza, szkoda, że tak krótka.
- DST 13.27km
- Czas 00:33
- VAVG 24.13km/h
- VMAX 38.12km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 5 stycznia 2012
Kategoria do czytania, transport
Wiatr coś ostatnio jest miłościwy
Zwykle ludzie narzekają na wiatr, a teraz widzę, że mnożą się wpisy o tym, że wiatr nagle stał się miły, uprzejmy i w ogóle. O ile przy powrocie z pracy na Połczyńskiej dmuchał w ryło, o tyle, gdy wyszliśmy spóźnieni na kurs, dmuchał w plecy przez całą drogę; jazdę psuły tylko światła: czerwona linia przez Powstańców. Wiatr dmucha, 30km/h jest zupełnie bez pedałowania, a przy każdym zasmarkanym sygnalizatorze trzeba się zatrzymywać. Granda! Tak czy inaczej szło dobrze, trasę "na" zrobiliśmy w około 20 minut, czyli w okolicach górnej granicy. Z kursu za to jechaliśmy sobie jak zwykle spokojnie, a wiatr nie przeszkadzał jakoś zbytnio.
W drodze do pracy, gdyśmy sobie radośnie i powoli śmigali z Hipcią, ciesząc się pięknem wyczyszczonego przez deszcz DDRa, przyczaił się za nami jakiś typ w dziwnej, białej bluzie. Typ zrównał się na kolejnej prostej i okazało się, ze to nie żaden typ, tylko, odziany w piękne, biskupie barwy, Goro. Który go Goro wczoraj jeszcze rozmawiał ze mną, że są małe szanse na spotkanie się, bo coś ostatnio rzadko jeździ do pracy na rowerze. I nie pojechał, jak było ładnie, nie pojechał, jak zaczynało kropić, pojechał dziś, gdy błoto, deszcz i wiatr; widocznie to dobra pogoda na polowanie na Hipopotamy - jak błoto, to wyłażą się w nim tarzać, skubane. Zmyliliśmy go, wykorzystując znienacka zielone światło na przejeździe przy Wolskiej, ale się zorientował, uroczo tnąc Wolską pod prąd ;-) Auta jakoś nie chciały jechać na czołówkę, wiadomo: biskupa potrącić, to do nieba można nie pójść. Taki to ma dobrze.
Przy Kasprzaka odbiliśmy w lewo, z racji umykającego czasu pojechaliśmy razem tylko do I przystanku. Może w ten weekend w końcu się wyśpię, odpocznę i w przyszłym tygodniu uda się wstać wcześniej i dojechać razem dalej, bo coś mnie drażni takie krótkie wspólne jeżdżenie. Sobie człowiek baterii przed pracą nie zdąży naładować.
Zabawa "wykręć maksa na prostej przy Blue Shitty": 45,75km/h.
W pracy uparcie parkuje, prócz mojego, tylko jeden rower, obecny niezależnie od pogody. Rozumiem, że to wyzwanie; zobaczymy, kto wymięknie, gdy spadnie śnieg :)
W drodze do pracy, gdyśmy sobie radośnie i powoli śmigali z Hipcią, ciesząc się pięknem wyczyszczonego przez deszcz DDRa, przyczaił się za nami jakiś typ w dziwnej, białej bluzie. Typ zrównał się na kolejnej prostej i okazało się, ze to nie żaden typ, tylko, odziany w piękne, biskupie barwy, Goro. Który go Goro wczoraj jeszcze rozmawiał ze mną, że są małe szanse na spotkanie się, bo coś ostatnio rzadko jeździ do pracy na rowerze. I nie pojechał, jak było ładnie, nie pojechał, jak zaczynało kropić, pojechał dziś, gdy błoto, deszcz i wiatr; widocznie to dobra pogoda na polowanie na Hipopotamy - jak błoto, to wyłażą się w nim tarzać, skubane. Zmyliliśmy go, wykorzystując znienacka zielone światło na przejeździe przy Wolskiej, ale się zorientował, uroczo tnąc Wolską pod prąd ;-) Auta jakoś nie chciały jechać na czołówkę, wiadomo: biskupa potrącić, to do nieba można nie pójść. Taki to ma dobrze.
Przy Kasprzaka odbiliśmy w lewo, z racji umykającego czasu pojechaliśmy razem tylko do I przystanku. Może w ten weekend w końcu się wyśpię, odpocznę i w przyszłym tygodniu uda się wstać wcześniej i dojechać razem dalej, bo coś mnie drażni takie krótkie wspólne jeżdżenie. Sobie człowiek baterii przed pracą nie zdąży naładować.
Zabawa "wykręć maksa na prostej przy Blue Shitty": 45,75km/h.
W pracy uparcie parkuje, prócz mojego, tylko jeden rower, obecny niezależnie od pogody. Rozumiem, że to wyzwanie; zobaczymy, kto wymięknie, gdy spadnie śnieg :)
- DST 38.68km
- Czas 01:50
- VAVG 21.10km/h
- VMAX 45.75km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Środa, 4 stycznia 2012
Kategoria transport, do czytania
Na dwa liczniki
Z pracy to jeszcze na starym liczniku wróciłem do domu (standardową trasą, która coraz bardziej miła się robi, bo im częściej tam jeżdżę, tym więcej remontów i poprawek panowie drogowcy nanoszą; teraz to już na Połczyńskiej sama radocha jechać). W domu wcieliłem się w rolę Dobrego Mechanika, który z butlą w łapie wziął się za czyszczenie rowerów. Znaczy: czyszczenie roweru Hipci. Bo, co ciekawe: ja, przekradając się wioskami, jakąś tam Wolą i Ochotą, mam rower czyściutki, a Ona mknąc przez Centrum Stolycy, ma tak ślicznie upiaszczony i ubłocony rower, że tylko numerek startowy przyczepiać i szpanować, że wczoraj była jakaś Mazovia Dla Wybranych. Takoż: rowerek pięknie oczyściłem (i pewnie już jest cały w błocie), łańcuch nasmarowałem, poprawiłem złącze licznika, a u siebie w miejsce pokemona, zainstalowałem piękną, nową lampkę, com ją na urodziny dostał od Hipci. I moj nowy piękny, wypaśny Licznik; też od Hipci.
I z tymże już licznikiem pojechałem sobie rano do pracy. Który to licznik (a w zasadzie jego wskazania), już mnie wkurzył: na starym liczniku nie miałem liczenia średniej, więc co jakiś czas łapałem sobie okiem dystans i czas, i w glowie przeliczałem średnią; taka akcja: "ożyw swój intelekt". I było spoko. Teraz... Głupie światła wystarczą i średnia od razu leci w dół. A potem coraz trudniej nadrobić, znowu światła... i znowu w dół. Chyba lepiej tam nie patrzeć.
Ale, ale: licznik ma też funkcję "max", zatem mogę sobie wpisywać na BS maksymalną prędkość! Prędkość z tego wpisu wyciągnąłem jeszcze wczoraj, na Połczyńskiej, za ukraińskim autobusem, a dziś wymyśliłem sobie zabawę: wysiekaj maksa na ostatniej prostej do pracy. Dziś za późno się zorientowałem, że się w to bawię, więc wyszło tylko 44km/h.
I z tymże już licznikiem pojechałem sobie rano do pracy. Który to licznik (a w zasadzie jego wskazania), już mnie wkurzył: na starym liczniku nie miałem liczenia średniej, więc co jakiś czas łapałem sobie okiem dystans i czas, i w glowie przeliczałem średnią; taka akcja: "ożyw swój intelekt". I było spoko. Teraz... Głupie światła wystarczą i średnia od razu leci w dół. A potem coraz trudniej nadrobić, znowu światła... i znowu w dół. Chyba lepiej tam nie patrzeć.
Ale, ale: licznik ma też funkcję "max", zatem mogę sobie wpisywać na BS maksymalną prędkość! Prędkość z tego wpisu wyciągnąłem jeszcze wczoraj, na Połczyńskiej, za ukraińskim autobusem, a dziś wymyśliłem sobie zabawę: wysiekaj maksa na ostatniej prostej do pracy. Dziś za późno się zorientowałem, że się w to bawię, więc wyszło tylko 44km/h.
- DST 21.48km
- Czas 00:55
- VAVG 23.43km/h
- VMAX 50.10km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Wtorek, 3 stycznia 2012
Kategoria transport, do czytania
Zimowa wiosna.
Na szczęście w poblizu mam Decathlon, więc udało się kupić zapasową dętkę, do domu wróciłem już na kołach.
W tym roku musiał być dobry Sylwester: gdy wracaliśmy z kursu, jeden dziadek próbował nas rozjechać (nadal zastanawiam się, dlaczego go nie pogoniłem), a na Kasprzaka jakaś niunia próbowała przytulić mnie między swoim, a innym samochodem. Nie wiem, skąd moda na wyjeżdżanie na czerwonym i zastawianie przejścia/przejazdu. Tak ogólnie, liczba tępaków na drogach jest zatrważająca.
Czas chyba się wybrać po jakieś waypointy, zakończyliśmy wszelkie okazje, można posmęcić po okolicach. Dziś chyba nie; wieczorem jest Czas Małego Serwismena: rowery potrzebują czyszczenia, smarowania i wymiany baterii. I muszę założyć mój nowy licznik! :)
W tym roku musiał być dobry Sylwester: gdy wracaliśmy z kursu, jeden dziadek próbował nas rozjechać (nadal zastanawiam się, dlaczego go nie pogoniłem), a na Kasprzaka jakaś niunia próbowała przytulić mnie między swoim, a innym samochodem. Nie wiem, skąd moda na wyjeżdżanie na czerwonym i zastawianie przejścia/przejazdu. Tak ogólnie, liczba tępaków na drogach jest zatrważająca.
Czas chyba się wybrać po jakieś waypointy, zakończyliśmy wszelkie okazje, można posmęcić po okolicach. Dziś chyba nie; wieczorem jest Czas Małego Serwismena: rowery potrzebują czyszczenia, smarowania i wymiany baterii. I muszę założyć mój nowy licznik! :)
- DST 39.11km
- Czas 01:57
- VAVG 20.06km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Poniedziałek, 2 stycznia 2012
Kategoria do czytania, transport
Sezon nigdy się nie kończy
Gdybym był jakąś przesądną fujarą, to pewnie powiedziałbym jakieś mądrości typu "jaka pierwsza droga do pracy, taki cały rok". Przesądny jednak nie jestem, zatem napiszę: przynajmniej mogłem się przespacerować po deszczowej Warszawie. Po dwóch i pół kilometra tylne koło zrobiło "fiu!" i pozostałe cztery już sobie przespacerowałem: cała trasa zajęła mi około godziny, czyli nadal szybciej, niż gdybym jechał samochodem. W sumie, nawet idąc bezposrednio z domu, byłbym szybciej niż samochodem. Coraz bardziej lubię marsze, szkoda, że musiałem tupać sam.
Małe podsumowanie końcówki 2011: spodziewałem się w ostatnim wpisie z tamtego roku, że może to być ostatnia wycieczka i tak faktycznie było. Mieliśmy co prawda plan, żeby w Sylwestra gdzieś sobie śmignąć, tudzież pojechać w okolicach północy gdzieś w KPN, ale coś wiedziałem, że na trzeźwo to nie wyjdzie, więc temat został nieruszony. Rok zamknąłem z dystansem 8404km, co jest nowym rekordem rocznego przebiegu; nie uznaję postawien noworocznych, ale mam silne podstawy, żeby przypuszczać, że w 2012, o ile nie przeszkodzą kontuzje, dystans będzie miał pięć cyfr. Więcej podsumowań nie będzie: było fajnie, w 2012 mam nadzieję, że będzie nie gorzej, zwłaszcza, że w przygotowaniu jest co najmniej jeden wyjazd sakwiarski.
Końcowka roku, chronologicznie:
- jako, że już rok temu usunąłem datę moich urodzin z Facebooka, życzenia, podobnie jak rok temu, złożyły mi (prócz mojej rodziny i Hipci i jej rodziny) dwie osoby. Wynik dobry, spodziewany i pożądany. Prezenty też dostałem, od Hipci m.in. nowy licznik, taki, że na wypasie, liczy średnią i max speeda. Mój stary, zamoczony, przejechany przez samochód już coraz gorzej się spisuje.
- święta - minęły, na szczęście szybko. Się okazało, że teściowa tnie kilometraże na rowerku treningowym i w tym roku będzie kupowała sobie rower na dojazdy do pracy.
- czas międzyświąteczny: spędzony aktywnie, przyjemnie i tylko we dwoje. Głównie z okazji na fakt, że w tych dniach przypada nam rocznica. Ot, jedenaście lat razem. Trochę tego już jest.
No, to by było na tyle. Miłego!
Małe podsumowanie końcówki 2011: spodziewałem się w ostatnim wpisie z tamtego roku, że może to być ostatnia wycieczka i tak faktycznie było. Mieliśmy co prawda plan, żeby w Sylwestra gdzieś sobie śmignąć, tudzież pojechać w okolicach północy gdzieś w KPN, ale coś wiedziałem, że na trzeźwo to nie wyjdzie, więc temat został nieruszony. Rok zamknąłem z dystansem 8404km, co jest nowym rekordem rocznego przebiegu; nie uznaję postawien noworocznych, ale mam silne podstawy, żeby przypuszczać, że w 2012, o ile nie przeszkodzą kontuzje, dystans będzie miał pięć cyfr. Więcej podsumowań nie będzie: było fajnie, w 2012 mam nadzieję, że będzie nie gorzej, zwłaszcza, że w przygotowaniu jest co najmniej jeden wyjazd sakwiarski.
Końcowka roku, chronologicznie:
- jako, że już rok temu usunąłem datę moich urodzin z Facebooka, życzenia, podobnie jak rok temu, złożyły mi (prócz mojej rodziny i Hipci i jej rodziny) dwie osoby. Wynik dobry, spodziewany i pożądany. Prezenty też dostałem, od Hipci m.in. nowy licznik, taki, że na wypasie, liczy średnią i max speeda. Mój stary, zamoczony, przejechany przez samochód już coraz gorzej się spisuje.
- święta - minęły, na szczęście szybko. Się okazało, że teściowa tnie kilometraże na rowerku treningowym i w tym roku będzie kupowała sobie rower na dojazdy do pracy.
- czas międzyświąteczny: spędzony aktywnie, przyjemnie i tylko we dwoje. Głównie z okazji na fakt, że w tych dniach przypada nam rocznica. Ot, jedenaście lat razem. Trochę tego już jest.
No, to by było na tyle. Miłego!
- DST 2.55km
- Czas 00:08
- VAVG 19.12km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 23 grudnia 2011
Kategoria do czytania, transport
Ostatni powrot z pracy...
Jest duza szansa, ze to ostatni wyjazd w tym roku, wybywamy do trzydziestego, jest jeszcze szansa ze w Sylwestra cos zakrecimy, ale to sie zobaczy.
Za jakies szesc-siedem godzin w kazdym razie przesiadam sie za inna kierownice.
Tym, ktorzy jada w najblizszym czasie w trase, zycze przyczepnosci, omijania suszarek i ogolnie: bezpieczenstwa. Reszcie: swietego spokoju w okresie swiatecznym.
Za jakies szesc-siedem godzin w kazdym razie przesiadam sie za inna kierownice.
Tym, ktorzy jada w najblizszym czasie w trase, zycze przyczepnosci, omijania suszarek i ogolnie: bezpieczenstwa. Reszcie: swietego spokoju w okresie swiatecznym.
- DST 11.96km
- Czas 00:34
- VAVG 21.11km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Piątek, 23 grudnia 2011
Kategoria do czytania, transport
I już prawie święta. I jeszcze trzy dni i już po świętach.
Z pracy wróciłem sobie z myślą, że Hipcia zbierze się i pojedzie do Arkadii, gdzie ją zostawię i wybiorę się na umówione spotkanie. W domu zgodnie decydujemy, że bez sensu jest wbijać się w to centrum rozpusty i kolędy, zatem na spotkanie jadę nie samochodem, a rowerem. A czekał na mnie Tranquilo, przy paczkomacie dokładnie, przy Towarowej. Czekał, bo w paczkomacie był Kalendarz podrozerowerowe.info dla całej ekipy warszawskiej. Który to zawiśnie u Hipci w pracy, żeby miała motywację i mogła mnie męczyć o przygotowywanie wiosennego najazdu na Norwegię.
Na miejscu jestem pięć minut przed czasem, jako pierwszy, ledwo co zsadziłem kuper i przysiadłem sobie na krawężniku, a już musiałem wstawać. Na potwierdzenie tego, że tam obaj byliśmy, jest słit focia pod paczkomatem.
Muszę powysyłać zaproszenia do grona znajomych: z ludzi z BS (prócz Hipci) na żywo miałem okazję spotkać tylko Goro i Tranquilo. I ich obu nie mam w znajomych... Hańba!
Z ranka podążam sobie samotnie przez szarą Warszawę w kierunku miejsca mojej pracy. Sam, bo Hipcia ma urlop, podczas którego będzie próbowała dzielnie spakować nas na wyjazd świąteczny. Nie lubię tak.
Na miejscu jestem pięć minut przed czasem, jako pierwszy, ledwo co zsadziłem kuper i przysiadłem sobie na krawężniku, a już musiałem wstawać. Na potwierdzenie tego, że tam obaj byliśmy, jest słit focia pod paczkomatem.
Muszę powysyłać zaproszenia do grona znajomych: z ludzi z BS (prócz Hipci) na żywo miałem okazję spotkać tylko Goro i Tranquilo. I ich obu nie mam w znajomych... Hańba!
Z ranka podążam sobie samotnie przez szarą Warszawę w kierunku miejsca mojej pracy. Sam, bo Hipcia ma urlop, podczas którego będzie próbowała dzielnie spakować nas na wyjazd świąteczny. Nie lubię tak.
- DST 41.51km
- Czas 01:50
- VAVG 22.64km/h
- Sprzęt Unibike Viper
Czwartek, 22 grudnia 2011
Kategoria do czytania, transport
Hipcia jest już pr0. Albo nawet PROŁ.
Tak, tak... ja też w to nie wierzyłem. Może to świąteczny nastrój, może to jakiś dziwny wirus... ale stało się faktem: Hipcia przejechała się w kasku. Nie tyle, co przejechała się wczoraj na kurs i z powrotem, ale również pojechała w nim dziś do pracy. Teraz jest dopiero pr0 a nawet PROŁ, z daleka wygląda jak porządna BAJKERKA a nie jakaś rowerzystka, normalnie, że szacun na dzielni i kaski z dup.
Cała akcja była zaplanowaną na gorąco próbą przystosowania tego zalegającego w domu ustrojstwa jako wspomagania czapki na zimę. Co prawda trzeba było trochę poregulować, ale koniec końców wyszło znośnie, da się w tym jechać. I poza tym, że oboje czujemy się PROŁ aż do pięt, to nie widzimy różnicy w tym i w bezpieczeństwie. Kierowcy nie mijali nas jakoś bliżej niż zwykle, nie przewracaliśmy się jakoś więcej, nikt nikomu nie uratował życia. Standard.
Nadal zresztą uważam za śmieszną tę cała prokaskową propagandę. Rozbawia mnie tłuczenie do głowy rodzicom, że dziecko bez kasku to już jakby na śmierć posłane (ile pamiętacie z dzieciństwa kolegów, którym kask uratował zdrowie lub życie?), porównywanie kasku do pasów w samochodzie i porównywanie rowerzystów z motocyklistami. Tak samo zresztą rozwala mnie traktowanie roweru... jak roweru. Bez rozróżnienia na jazdę miejską, agresywną jazdę miejską, jazdę w terenie... jeden pies, zasady są proste: kaski na łby!
To, co natomiast do mnie przemawia, to przykłady kilku naszych kolegów z BS, którzy katują niesamowite ilości kilometrów i jakoś nie potrzebują ratować sobie życia. Przemawia do mnie przykład kurierów, którzy jeżdżą jak jeżdżą, a jednak nie wymierają, wypadków też jakoś nie słyszę, żeby były (a w temacie jestem na bieżąco, kolega mój jest właścicielem rowerowej firmy kurierskiej w Warszawie).
Się ma mózg, się ginie tylko wtedy, gdy się ma pecha. Się nie ma mózgu, to się zawsze doprosi o wypadek.
---
Ścieżka przy Szczęśliwickiej normalizuje się. Z dnia na dzien coraz więcej pacanów łazi tamtędy i włazi pod koła. Dziś - trójka ambitnych próbowała się do mnie przytulić. Wczoraj - tylko jeden.
Cała akcja była zaplanowaną na gorąco próbą przystosowania tego zalegającego w domu ustrojstwa jako wspomagania czapki na zimę. Co prawda trzeba było trochę poregulować, ale koniec końców wyszło znośnie, da się w tym jechać. I poza tym, że oboje czujemy się PROŁ aż do pięt, to nie widzimy różnicy w tym i w bezpieczeństwie. Kierowcy nie mijali nas jakoś bliżej niż zwykle, nie przewracaliśmy się jakoś więcej, nikt nikomu nie uratował życia. Standard.
Nadal zresztą uważam za śmieszną tę cała prokaskową propagandę. Rozbawia mnie tłuczenie do głowy rodzicom, że dziecko bez kasku to już jakby na śmierć posłane (ile pamiętacie z dzieciństwa kolegów, którym kask uratował zdrowie lub życie?), porównywanie kasku do pasów w samochodzie i porównywanie rowerzystów z motocyklistami. Tak samo zresztą rozwala mnie traktowanie roweru... jak roweru. Bez rozróżnienia na jazdę miejską, agresywną jazdę miejską, jazdę w terenie... jeden pies, zasady są proste: kaski na łby!
To, co natomiast do mnie przemawia, to przykłady kilku naszych kolegów z BS, którzy katują niesamowite ilości kilometrów i jakoś nie potrzebują ratować sobie życia. Przemawia do mnie przykład kurierów, którzy jeżdżą jak jeżdżą, a jednak nie wymierają, wypadków też jakoś nie słyszę, żeby były (a w temacie jestem na bieżąco, kolega mój jest właścicielem rowerowej firmy kurierskiej w Warszawie).
Się ma mózg, się ginie tylko wtedy, gdy się ma pecha. Się nie ma mózgu, to się zawsze doprosi o wypadek.
---
Ścieżka przy Szczęśliwickiej normalizuje się. Z dnia na dzien coraz więcej pacanów łazi tamtędy i włazi pod koła. Dziś - trójka ambitnych próbowała się do mnie przytulić. Wczoraj - tylko jeden.
- DST 32.80km
- Czas 01:42
- VAVG 19.29km/h
- Sprzęt Unibike Viper


















