Informacje

  • Łącznie przejechałem: 136325.94 km
  • Zajęło to: 259d 00h 15m
  • Średnia: 21.89 km/h

Warto zerknąć

Aktualnie

button stats bikestats.pl

Historycznie

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Zaliczając gminy

Moje rowery


Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Hipek.bikestats.pl

Archiwum

Kategorie

Poniedziałek, 7 listopada 2011 Kategoria do czytania, transport

Dzień dobry, panie taksówkarzu

Nareszcie udało się pojechać z rana do pracy. Trasa normalna, z wyjątkiem może momentu, w którym na skrzyżowaniu Górczewskiej z Prymasa, złotówiarz zastawia przejazd dla rowerzystów. Przejeżdżam przed nim, on w tym momencie rusza... w zasadzie się oparł o mnie. Do tej pory nie wiem, dlaczego nie wezwałem Policji: rozwalił mnie facet tekstem, że przez przejście się rower przeprowadza. I że nie ma czegoś takiego jak "przejazd". Teraz wydaje mi się, że nie wezwałem władz, bo tak się zająłem zjeżdżaniem go od ostatnich (a pojechałem sobie, hej!), że zapomniałem, że można mu jeszcze koło dupy zrobić. Przypomniałem sobie o tym dwieście metrów dalej.
Niedziela, 6 listopada 2011 Kategoria autorower, do czytania, waypointgame, < 25km

Autorower w Konstancinie-Jeziornej

Jak się powiedziało "A", wypada powiedzieć "Psik". W drugi dzień weekendu pakujemy rowery i ruszamy na zdobywanie waypointów w Konstancinie-Jeziornej. Nauczeni dniem poprzednim, ubieramy się jeszcze cieplej, co w konsekwencji i tak okazuje się nie w pełni wystarczające (ręce i stopy); gdy wróciliśmy do samochodu, termometr pokazał 2 stopnie.

Pierwsza część wycieczki - ciekawa: wyjeżdżamy z Konstancina, i ruszamy wzdłuż torów i pól, próbując tędy dostać się do sąsiedniej wioski. Turlamy się powolutku w świetle lampek, co chwilę ogrzewając się rudym napitkiem. Potem wracamy do Konstancina i zaczynamy Serię. Seria - to konstancińskie wille, których, kurka... jest mnogo. Sama jazda po dzielnicy willowej jest przyjemna, spokój, cisza... ale przejechanie kilkuset metrów - postój na kod i tak w kółko... irytuje i męczy. I na pewno nie grzeje. Zatem z przyjemnością powitaliśmy końcówkę, gdzie można było więcej jechac niż stać. Jednym z waypointów z końcówki był Obiekt kanalizacyjny w Oborach. Na początku, objeżdżamy dworek dookoła, potem stwierdzamy, że jednak może trzeba zawrócić. Tu, przy zawracaniu, przyczepia się do mnie pies, który goni mnie uparcie po dziurawej drodze. Gazu wyciągnąć nie dam rady, gdy jest za blisko nogawki, wykonuję kontrolny kop w tył, trafiam podeszwą, czyli blokiem, skutecznie: Hipcię tylko raz szczeknął, potem, gdy jechaliśmy, tylko warczał cicho zza ogrodzenia. Najchętniej bym sprzedał kopa nie psu, a właścicielowi, który nie pilnuje zwierzaka, bo to nie wina psiaka, że nas pogonił... trudno. Na sam obiekt zajeżdżamy, czeka nas tylko znalezienie odpowiedniej drogi podejścia, wspinaczka na "balkonik" i odpisanie kodu. I pokrzywy! Pierwszy raz w życiu poparzyłem się pokrzywami w listopadzie! :D

Potem tylko powrót do samochodu, ogrzewanie na maksa i do domu.
Sobota, 5 listopada 2011 Kategoria do czytania, waypointgame, < 50km, autorower

Autorower w Wawrze

Pierwsza wycieczka z gatunku "autorower". Po wszystkich ostatnich wycieczkach nie chciało nam się za bardzo jechać z domu na Wawer, więc pakujemy rowery na samochód, dowozimy kupry na Wawer i tam robimy przesiadkę na jednoślady. Przy okazji dowiaduję się, czy da się prowadzić auto w butach SPD. Da się, jest nawet wygodnie.

Wycieczka nie była długa, ot taka, na rozpędzenie ale przez dwa tygodnie względnie bez roweru zgubiliśmy gdzieś ślad pogody i teraz wyjechaliśmy średnio przygotowani. Znaczy - ubrani za lekko. Cała prawie trasa przebiegła asfaltem, bez większych wrażeń, ot, typowe jeżdżenie od kapliczki do kościoła i spisywanie kodów. Pod koniec zrobiło się ciekawiej, bo zajechaliśmy pod las, gdzie pałętamy się po cmentarzu, a potem jedziemy w ciemny las (cała trasa była robiona po zmroku), szukać wierzby. Przy przecięciu z ul. Podkowy mylimy drogę i wyjeżdżamy komuś pod dom. Ów, pewnie zaniepokojony, że ktoś mu pod domem łazi i świeci latarkami, kieruje nas na właściwą drogę.
Piątek, 4 listopada 2011 Kategoria do czytania

Odbieramy rower z serwisu!

Dwieście metrów, bo tyle przejechałem na rowerze od serwisu do samochodu i testując go pod blokiem. Dystans żaden, ale muszę wkleić sobie wpis świadczący o tym, że mam już rower :) Kosztował swoje, ale za tę cenę mam teraz rower jak nowy.
Wtorek, 1 listopada 2011 Kategoria nie do końca rowerowo, do czytania

Po tatrzańskich szlakach

Czas strzelić sobie pierwszy zerodystansowy wpis. A co mi tam szkodzi!

Dzień pierwszy:

Start - wczesnym północkiem z Warszawy, lądowanie w Zakopanem w okolicach siódmej. Po całej trasie za kółkiem dostaje leniwca i w rezultacie pod Łysą Polaną meldujemy się dopiero około 9:00. W towarzystwie szkolnych wycieczek, rodzin i skromnej liczby takich jak my (w tym znakomitej ilości przyjaciół zza południowej granicy), meldujemy się na czerwonym szlaku i radośnie ruszamy w stronę Morskiego Oka. Sam szlak jest tak niesamowicie ciekawy, że szkoda mi czasu na opisywanie: spacer asfaltem, jak po parku, tylko że cały czas pod górę. Pod Morskim Okiem obalamy sobie po piwku i ruszamy dalej. Obchodzimy Morskie Oko, wspinamy się na Czarny Staw pod Rysami (po drodze dowiadując się od napotkanej rodziny, że nam zazdroszczą, bo możemy iść dalej: tak, trzeba było jeszcze grubsze kurtki zalożyć, to na pewno by się Wam udało). Staw obchodzimy dookoła, juz samotnie, bo wszyscy kończą zabawę na skałkach przed szlakiem i podchodzimy w górę. Za nami nikt nie idzie. Po chwili przydają się raki, za nami nadal nikogo, z góry schodzą Turyści (można ich poznać po sprzęcie i ubiorze) i Prawdziwi Turyści (tych poznajemy po jesiennych kurtkach, adidasach i dżinsach). Po chwili mijamy długie, czerwone ślady po kimś, kto najwyraźniej miał dużego pecha i po kogo wcześniej wyleciał helikopter: spotkany po drodze człowiek mówi, że ktoś zmarł, ale komunikaty TOPRu, które Hipcia sprawdziła po przyjeździe, mówią o turystce w adidasach, która poślizgnęła się na śniegu. Dalej ślady prowadzą na wschód, podążamy za nimi, w ten sposób tracąc łącznie z 20 minut przez kogoś, kto poszedł oglądać widok, albo zwyczajnie się wysikać: niewidoczne z dołu, a wyraźne z góry pozostałe ślady prowadzą w górę w innym miejscu, gdybyśmy wczesniej byli na tym szlaku, pewnie byśmy to wiedzieli. Wychodzimy, po drodze jednak analizujemy czas i okazuje się, że wyjść damy radę, ale przy świetle dziennym nie zdążymy opuścić przynajmniej tej strefy, która jest niebezpieczna. Podejście zostawiamy jako nieudane i schodzimy w dół. Zmrok łapie nas w okolicy zejścia na Morskie Oko, droga prosta, czołówki mocne, więc spokojnie, bez przygód schodzimy w dół, zrozpaczeni po nieudanym podejściu, przy Wodogrzmotach Mickiewicza zostawiamy waypointa.

Dzień drugi:

Wstaliśmy jakoś z samego rana i ruszyliśmy czerwonym na Czerwone Wierchy. Po półtoragodzinnym spacerze na Przysłop Miętusi zalegamy na ławeczce w słońcu. Niesamowite: słońce grzeje, piękny widok, a my siedzimy sobie ubrani na krótko i pijemy piwo... w ostatnich dniach października. Trzeba jednak ruszać dalej: żółty szlak na Małołączniak kusi i zachęca, zatem ruszamy pod górę. Samo podejście trudne nie jest, chociaż w jednym miejscu umieszczono łańcuchy, ale to chyba bardziej profilaktycznie niż z rzeczywistej potrzeby. Na szczycie siadamy na sniegu obserwując panoramę Zakopanego, racząc się herbatą i zostawiając waypointa. Dalej droga wiedzie czerwonym, w stronę Krzesanicy (piwo+waypoint), a jeszcze dalej - Ciemniaka. Tu robimy dłuższy przystanek, spożywając prawie cały alkohol, jaki mieliśmy i zostawiając jeszcze jednego waypointa. Stamtąd schodzimy kawałek czerwonym, a potem odbijamy na zielony, w kierunku schroniska przy Hali Ornak. Na sam koniec zostaje nam jeszcze niesamowicie nudny spacer Doliną Kościeliska (dobrze, że pustą o tej godzinie) i powrót do samego Kościeliska Drogą pod Reglami.

Dzień trzeci:

Z rana budzi mnie Hipcia. Ma ambicję zaatakować Orlą Perć, ja za to widzę, jak fantastycznie czują się moje nogi (w tym lewa kostka) i próbuję sugerować inną trasę. Nie ma, że boli, trzeba ruszać tyłek, Hipci nie przegadasz. Zgadza się tylko na wyjechanie na Kasprowy i zejście do Murowańca, zamiast podejścia z Kuźnic. I tak czynimy: przed dziewiątą jesteśmy już na górze, schodzimy, szybkie śniadanie przy schronisku i ruszamy w kierunku Czarnego Stawu. Tam - żółty szlak i drogowskaz na Granaty. Wio, pod górę. Na początku jeszcze czysto, widać kamienie, a droga, prócz tego, ze pod górę, nie robi żadnych trudności. Potem nagle zaczyna się śnieg, widząc, że dalej będzie cały czas biało, zakładamy raki. Zaraz po zalożeniu, widzimy, że ślady prowadzą w górę, po sniegu. Oznaczeń szlakowych brak, zatem popełniamy drugi raz ten sam błąd i idziemy za śladami. Kilka metrów w górę to ludzkie ślady, potem to, co nas prowadzi, to ślady staczającego się śniegu, złudnie przypominającego ludzkie stopy. Na razie idzie się dobrze, idziemy więc wyżej, w końcu widzimy, że zaczynają się skały, robi się bardzo stromo i nie ma najmniejszych szans, żeby tamtędy prowadził szlak. Za nami fantastyczny widok na żleb, którym się wspięliśmy, niesamowita stromizna, ale zleźć trzeba, na szczęście raki spokojnie wystarczą do schodzenia: idąc twarzą do zbocza leziemy stabilnie w dół, powoli, ale bezpiecznie. W połowie zejścia odwracamy się i widzimy na dole człowieka idącego w ślad za nami. Gdy się mijamy, okazuje się, że facet porwał się na to zbocze, mając jedynie buty i rękawiczki. Kawałkiem kamienia ciosał sobie stopnie i szedł w górę. Gdy informujemy go, że tamtędy raczej szlak nie może prowadzić, wlazł po tym śniegu jeszcze 15 metrów (!), usiadł sobie, wyjął mapę i stwierdził, że to na pewno tędy. Ale, że może to dobry pomysł, żeby zawrócić; niemniej jednak, czas ma niezły, zdąży znaleźć szlak i jeszcze przejść. Schodził wolniej niż wchodził, więc mamy nadzieję, że pomyślał i zawrócił, zamiast pchać się dalej. My znaleźliśmy szlak schodząc (a gdybyśmy najpierw spojrzeli na mapę, to pewnie byłoby to szybciej) i ruszyliśmy do góry. Po chwili śnieg się skończył, by kawałek dalej znów się zacząć, niestety, zdjęliśmy już raki, więc stracilismy na to zdejmowanie i zakładanie trochę czasu. W końcu - szczyt. Na Krzyżne nie ma co już ruszać, stawiamy zatem waypointa i ruszamy w kierunku pozostałych Granatów. Po chwili napotykamy "skok nad przepaścią", który srodze mnie zawiódł, bo ani skok to nie był, ani przepaść żadna. Dalej to już tylko droga do ostatniego Granatu, gdzie również zostawiamy WP i spokojne zejście w dół zielonym szlakiem, przy początku którego zostawiamy ostatniego waypointa. Pozostaje tylko doturlać się pod Murowaniec i zejść, naszym ulubionym zejściem do Kuźnic. W lesie, jeszcze przed rozwidleniem na niebieski/żółty spotykamy w lesie dwie pary ślepi. Patrzą na mnie, my patrzymy na nie, ale nikt nie atakuje nikogo, mijamy się nawzajem. Co to był za stwór? Nie wiadomo.
Czwartek, 27 października 2011 Kategoria do czytania, transport

Rower dostaje wolne na tydzien

Dzis, zgodnie z planem, rower wyladowal w ramach hospitalizacji w AcivBike na Kabatach. Jazda w godzinach wieczornego szczytu w okolicach Rzymowskiego i KEN dostarcza niezapomnianych wrazen. Do moich (serio!) ulubionych naleza przejazd pod Pulawska i zmiana pasa na prawy.w.sznurze.samochodow jadacych.z.Pulawskiej na Ursynow.

Teraz czas na wypoczynek - jutro wyjazd w gory. Tak o, zeby lewa noga poczula, ze zyke.

Musze sprawdzic, ile km zrobilem od ostatniej wymiany lancucha - juz panowie powiedzieli, ze do wymiany.

---

[edit]
Piątek. Roweru brak. Do pracy trzeba się dostać, ba, trzeba to zrobić sprawnie, bo chcę wyjść wcześniej, wyspać się i jechać nocą w góry. Wstaję 6:45. O 7:01 wsiadam do samochodu. Planowana akcja: "oszukać korek", czyli objechać go, zanim się zacznie. Korek jest sprytniejszy: ustawia się wczesniej. Stąd z Bemowa do Elekcyjnej jadę 10 minut, a stamtąd pod BlueCity - 40 minut.

Nie chce mi się zastanawiać, dlaczego ludzie się na to zgadzają dobrowolnie: muszą to lubić; chociaż dla mnie jest to marnowanie dziennie trzech godzin na dojazdy do pracy samochodem (już wolałbym w zbiorkomie poczytać książkę), to może inni lubią tak sobie stać i pompować sprzęgłem. Albo hamulcem, jeśli mają automat. Zastanowię się jednak nad moją straszną dolą. Roweru brak, będzie pod koniec przyszłego tygodnia. Czekają mnie co najmniej dwa dni dojazdów do pracy inaczej niż rowerem. Auto - odpada. Zbiorkom... cholera, tramwajem tam nie dojadę, WKD z Bemowa na Zachodni chyba nie jedzie, a autobusem... to to samo co samochodem. Pozostaje chyba najlepsza możliwa opcja: tramwajem do Wolskiem, a potem dwa kilometry spaceru. Jeśli zmasakruję dodatkowo nogę teraz w górach, to proponuję tamtędy jeździć przed dziewiątą: kulejący facet idący z konieczności z kijami do trekkingu, to będę ja.

No i Hipcia znowu mi odjedzie w statystykach przez te dwa dni. :-) Chociaż to taka naturalna kolej rzeczy, żeby to chłop babę gonił...
Czwartek, 27 października 2011 Kategoria do czytania, transport

Przekraczamy pierwszą granicę

Udało się przekroczyć dziesięć tysięcy od początku "nowożytnej" jazdy (tym samym od początku zabawy na BS). Jeszcze na początku roku szacowałem, że jeśli dobrze pójdzie, to uda się w grudniu... a tu proszę, końcówka października i jest.

Zrezygnowałem z usztywniania nogi bandażem, na początku, gdy bolało nawet chodzenie, miało to sens; potem bandaż więcej przeszkadzał niż pomagał: wczoraj kółko na kurs i dzisiaj do pracy (plus bieganina na kursie) zakończyły się brakiem bólu. Teraz ścięgno tylko sobie trzeszczy. Ale tak bardziej radośnie trzeszczy niż smutno.

Dziesięć tysięcy skończone, rower zasłużył na nagrodę. Dziś wieczorem jedzie do serwisu na kompletny przegląd; na długi weekend nie będę go potrzebował, a najwyższy chyba czas, żeby ktoś mu w różne miejsca pozaglądał i powymieniał co trza.

No to teraz - wio - do dwudziestki. Termin - do końca przyszłego roku; jeśli nie będzie awarii, ani kontuzji, to wydaje mi się to realne.
Środa, 26 października 2011 Kategoria transport

Z i do pracy

Wtorek, 25 października 2011 Kategoria do czytania, transport, waypointgame

W takie zimno na rowerze?!

Ponieważ jest już nie Sezon, więc zaczynają się pytania "W takie zimno na rowerze?". I o ile przyjemny jest podziw zawarty w takim pytaniu, o tyle męczy zarówno zastanawianie się nad intelektem pytającego (bo co mam odpowiedzieć? "Nie, tak sobie w SPDach przyjechałem samochodem, mam bloki też na pedałach w aucie"? "Nie, na rowerze?! Gdzie tam, kręci mnie jazda w samych kalesonach w autobusie"?), jak i odpowiadanie, że "zimno" nie istnieje, są tylko źle ubrani ludzie; że "takie zimno" to się dopiero zacznie i tak, w zimie też mam zamiar jeździć rowerem.

Gdy na rowerze jadę wolno, to na kursie przeciążę nogę, szlag by to. Mam wrażenie, że o ile przy rowerze bandaż elastyczny pomaga, o tyle przy chodzeniu - przeszkadza i drażni. Aż się chce człowiekowi myśleć, że na przyszły weekend jedzie do Zakopanego. Myślę, żeby wykorzystać ten czas i w czwartek odstawić rower do serwisu, żeby był gotów na przyszły tydzień. Wypada wymienić tę korbę, wycentrować koła i pewnie coś by się jeszcze znalazło.

Rano dziś akcja malowania "rowerków" na DDRach. Panowie fachowo odmalowują szablon białą farbą... i przechodzą dalej; który rowerzysta nie zauważy, że świeżo malowane, ten białe nieco koła mieć będzie. Taka promocja ze strony Miasta - Pimp your Bike.

W Waypointgame posucha: nikt nie jeździ, nikt nie motywuje do podjęcia gry... Zaczął się "nie-sezon" i niektórzy odłożyli rower do pokrowca.
Poniedziałek, 24 października 2011 Kategoria do czytania, transport

Noga już zdrowa! (?!)

Po samochodowym weekendzie z rana czas na rower. Zaczęliśmy spokojnie, tak, jak to powinno być, ale potem, niestety, uległem standardowej, wewnętrznej presji "nie boli, jedźmy szybciej". I tak sobie cięliśmy "zwyczajnym" tempem; co oczywiście pod koniec trasy odezwało się w nodze. Bo... bo to wszystko przez Hipcię, o. Ja czuję na karku Jej presję na to, że jedziemy za wolno i staram się nadążyć. :D

W aptece poprosiłem o coś mocniejszego, bo nie widzę skutków działania Reparilu. Czas na Traumon, podobno wypisują go dość często ortopedzi i reumatolodzy. Doczytałem się, że dobrym pomysłem jest folia i zrobienie nocnego okładu z takiego żelu. Do lekarza też się zarejestrowałem - termin w II połowie listopada ("Nieh rzyje Surzba Zdrowja"). Czyli wyjścia nie ma, pozostaje leczenie się samemu.

Czyli, Hipku:
- nie reagujesz na milczące prowokacje swojej Pani
- jedziesz wolno
- nie reagujesz na słowne prowokacje swojej Pani
- jedziesz dalej wolno

stat4u Blogi rowerowe na www.bikestats.pl